Odcinek 44: Jak tata został naszym bohaterem...

... czyli Leskowiec na nowo odkryty - 7.09.2013

          Leskowiec odkryłam na nowo.. bo z perspektywy mamy. Nieprzypadkowo wybraliśmy ten szczyt na naszą pierwszą "potrójną" wędrówkę. Zaważyła krótkość czarnego szlaku od Rzyk, który choć stromy od początku do końca, zawiódł nas na górę w około 50 min. Bez przerw. Bez przystanków i w tempie (co uświadomiłam sobie już po zejściu) naprawdę szybkim, jak na wyprawę z Maluchem. Ważnym kryterium była - a jakże - obecność schroniska. Żeby było gdzie dziecku kaszkę mleczną przygotować. Bez tachania termosu oczywiście =).
          Nasza Córeczka trasę pokonała na rękach u Taty. Też bym tak chciała ;-). Zero zmęczenia i jaki komfort! Trochę mniej komfortowo miał M., który jednak wyszedł na szczyt, niosąc Słodki Nadbagaż, niemal bez zadyszki. A to na rękach, a to na ramionach. I został bohaterem swoich dziewczyn=).
     Słodki Nadbagaż, opatrzony dwoma sterczącymi kucykami, wzbudzał powszechną radość wśród mijających nas turystów i był w swoim żywiole, zaczepiając kogo się dało.
         Pogoda wprost wymarzona - nie za gorąco, nie zimno, słonecznie i  z delikatnym wietrzykiem. Ruch na szlaku umiarkowany, acz widoczny. Ludziów w schronisku masa, na szczycie nieco mniej=). Jesień wisiała w powietrzu, ale wciąż jeszcze królowało Lato. Może trochę już zmęczone, przyżółkłe z lekka, ale wciąż jeszcze zwiewne i czarujące magią leśnej gry świateł.
          Dotarło do mnie jak za tym światłem tęskniłam. Za tym lekkim zmęczeniem, sprężystym, równym marszem, odpoczynkiem na szczycie, okropną kawą w schronisku, bólem napinanych podczas schodzenia stromym zboczem mięśni, ciepłym wiatrem, ciszą. Tą szczególną ciszą=).





Rozważania nad żelazkiem... 2 =)

*O czym marzy mama karmiąca piersią?..O wielkiej, mega, tv pace chipsów spożytej jednorazowo w towarzystwie dwóch litrów lodowatej coli. Taa..

*Wytrzymałam półtora roku bez kawy, chipsów, fast foodów, jakiegokolwiek alkoholu (choć w zasadzie i tak nie piję), napojów gazowanych (wszelakich), zupek chińskich i innego śmieciowego jedzenia, które uwielbiam.  Wniosek: MOŻNA (dla wszystkich, którzy twierdzą inaczej). Wniosek 2: śmieciowe jedzenie nie wpływa nijak na przyrost mojej wagi - nie ważyłam ani grama więcej, gdy je jadłam...xD.

*Podobno 56% Polaków nie miało w ciągu ubiegłego roku kontaktu z żadną książką. Nie oznacza to, że 56% Polaków w ubiegłym roku nie przeczytało żadnego opasłego tomiska. Znaczy to, że 56% Polaków nie dotknęło, nie przejrzało, nie obejrzało obrazków nawet w książce kucharskiej, czy albumie przyrodniczym.
No to nic dziwnego, że taki mamy kraj...

*Jako mama odkrywam swoją niezwykłą wielofunkcyjność. Karmienie dziecka, pisanie meila, rozmowa z Mężem i spożywanie kolacji w tym samym czasie to już dla mnie bułka z masłem (w międzyczasie jeszcze na smsa odpisze ;-)). Ostatnio zrobiłam nawet lekki makijaż z dzieckiem na ręku... Strach pomyśleć, co będzie za miesiąc xD

*Czy tylko ja mam wrażenie, że Jedynie Słuszne Media próbują 40mln Polaków wmówić, że 40mln Polaków uważa, to czego tak naprawdę nie uważa?

*Powyższy punkt był jednak daleko posuniętym eufemizmem... W gruncie rzeczy mam wrażenie że JSMedia traktują 40mln Polaków jak bandę skończonych idiotów, którym wmówić można niemal wszystko...;-)

*Nie wiem, jak to jest, bo podobno ma być inaczej, ale od kiedy zostałam mamą, wysypiam się jak nigdy dotąd. Żyć nie umierać =)

*No i budzę się w najlepszym  towarzystwie... ;-)

*Czasem muszę mocno przytulić swoją Córeczkę, żeby się upewnić, że jest prawdziwa i że nie jest tylko najpiękniejszym marzeniem =).

*Cud poczętego życia to dar, za który powinno się dziękować nieustannie. Szkoda, że dzisiejszy świat myśli dokładnie odwrotnie.

*Bycie żoną i  mamą to najpiękniejsza, najbardziej fascynująca, pełna niespodzianek i zdumień, przesycona wzruszeniami i łzami radości "przygoda" mojego życia=). Obserwowanie rozwoju dziecka dzień po dniu zapiera dech. Tylko Bóg mógł wymyślić coś tak genialnego jak macierzyństwo =). I jak  Życie.

*Mój Mąż mnie przytula, a nas oboje przytula Pan Bóg.


 I coś do posłuchania:
http://www.youtube.com/watch?v=5B_5jYC_SVI



Jak być piękną kobietą? - recepta podpatrzona=)



Miej zaufanie do tego, że jesteś dokładnie tam,
 gdzie powinnaś być.
Nie zapominaj o nieograniczonych możliwościach, 
które rodzą się z wiary.
Używaj darów, które otrzymałaś i dziel się miłością, 
która została Ci ofiarowana.
Bądź szczęśliwa wiedząc, że jesteś dzieckiem Boga.
Niech ta obecność zagości głęboko w Tobie, pozwól swojej duszy śpiewać i tańczyć z radości, a także kochać.
Miłości wystarczy dla każdego z nas.

/św. Teresa z Lisieux/

Rozważania nad żelazkiem...

...czy głęboko filozoficzne myśli życiowe kury domowej xD

1. Jak u licha mężczyźni rozróżniają te cholerne skarpetki??? - ta myśl nurtuje mnie przy każdym parowaniu skarpetek Męża ;-). Pół biedy jeśli to to ma jakiś znaczek, ociupińki choćby kwadracik, trójkącik paseczek...Ale reszta..czarne, czarne, szare, czarne i dla odmiany czarne... (według mojego podziału). Ech...

2. Nie da się zrozumieć mężczyzny. Zbyt skomplikowane.

3. Zamiast próbować zrozumieć, pokochać w całości i problem z głowy =).

4. Bycie żoną i mamą to najfajniejsza sprawa na świecie. Nie wierzcie feministkom.

5. Nasza Córeczka każdego ranka budzi się z takim wyrazem twarzy, jakby doświadczała największego  szczęścia. Patrzy codziennie w to samo okno z takim zachwytem, że nam starym dziadom (myślącym: cholera, znowu szaro, buro zimno i ponuro) robi się po prostu głupio.

6. Nasza Córeczka patrzy każdego ranka na świat z takim zachwytem, że nie możemy nie poczuć się, jak najszczęśliwsi ludzie na ziemskim globie. Po prostu.

7. Zima. Pół godziny ubierania się na cebulę, żeby wyjść na 40 minut. Lato. Minuta przygotowań i trzy godziny spaceru. Chcę wiosny!

8. Uśmiech dziecka. Bezcenne.

9. Mała nie ma jeszcze 4 miesięcy,a tymczasem w jej pyszczku zauważyłyśmy z babcią trzy kiełkujące ząbki. No i pożera wszystko, co jej wpadnie w rączki (lub własne rączki, jeśli nic nie wpadnie). / Zęby. Rosną - boli, nadwrażliwe - boli, dentysta - boli. Same problemy z tymi zębami =)/.

10. Małżeństwo to najskuteczniejsza szkoła wychodzenia z własnego egoizmu. "I nie opuszczę Cię aż do śmierci". Ślubowaliśmy, no to wio... Małżeństwo - trud codziennej śmierci... naszego rozbuchanego "ego". /Zabrzmiało jakoś tak patetycznie, co nie było zamiarem autorki ;D/.

Kopniak od Życia...

Są takie kopniaki od Życia...

                   ...za które dziękuje się Panu Bogu na kolanach =)

fot. znalezione w google


Odcinek 43: Poszukiwanie Wiosny - skrót wydarzeń =)

10. 03. 2012 - Dolina Bolechowicka

Osoby: Najlepsze Towarzystwo Świata xD
Trasa: Ta Którą Już Dobrze Znam (czyli wejście od Karniowic, przez Bramę Bolechowicką, szlak żółty).
Warunki: Trojakie: 
- W miejscach bardzo nasłonecznionych - sucha, twarda ziemia, żółta trawa, wiatr porywisty, słońce stonowane, acz przyjemne =).
- W miejscach średnio nasłonecznionych: błotko, błotko, błotko; 
- Tam, gdzie słońce nie dochodziło: rozległe połacie mokrego lodu, po których poruszanie się groziło szybką utratą uzębienia, tudzież połamaniem kończyn. (Z racji tejże połacie owe omijać należało łukiem szerokim).
Zaludnienie: umiarkowane (spotkaliśmy jakieś dziesięć osób i dwa psy =)).
Ślady Wiosny: wysoka temperatura, pachnąca przebudzeniem trawa, nasze wyśmienite humory, a.. i pierwsze w tym roku lody włoskie, które zjedliśmy z zachwytem (nie w dolinie oczywiście) =).

17.03.2012 - Ukleina

Osoby: j.w.
Trasa: Ta, Którą Szłam Mnóstwo Razy (A I Tak W Życiu Nie Trafiłabym Sama Do Celu...) - czyli Bulina-Ukleina ;-)
Warunki: Trojakie:
- W miejscach nasłonecznionych upał jak cholera (ponad 25 stopni), cudownie sucha trawa, delikatny wietrzyk;
- W miejscach pół-zacienionych (czytaj: las): błogi cień, brak wiatru, absolutna cisza i mokre, lepkie błotko;
- W miejscach full-zacienionych (czytaj las od czasu do czasu): wielki połacie mokrego lodu, po których poruszania nie ułatwiały ani kijki, ani stosowny przez Autorkę tzw. ślizg kontrolowany. (Omijanie wskazane z powodów wymienionych powyżej - /omijanie lodu - nie Autorki/).
Zaludnienie: brak (idąc, nie spotkaliśmy żywej duszy).
Ślady Wiosny: zabójcza temperatura, szalony świergot ptaków, bazie, bazie, bazie, wiosenne słońce i ten niepowtarzalny zapach budzącego się do życia świata... ech... no i euforyczna radość Autorki =D.

24.03. 2012 - Nowa Huta

Osoby: j.w.
Trasa: Gdzie Oczy Poniosą (i Nogi).
Warunki: miejskie (czytaj wycie silników, spaliny, blokowiska, ale i niekwestionowany czar NH, jedyny i niepowtarzalny w skali światowej).
Zaludnienie: wysokie...masowa ilość rowerzystów, matek z dziećmi, matek bez dzieci, dzieci (bez matek), staruszków, spacerowiczów, zakochanych, turystów itd.
Wiosna Pełną Gębą, o czym świadczyło zdecydowanie lekkie odzienie mijanej młodzieży, widoczna radość rodaków, zauważalnie mniejszy ruch pod supermarketami, zauważalnie większy ruch na drogach i atmosfera pełna energii.

Niniejszym Wiosnę uważam za otwartą!

*Zdjęć na blogu nie będzie zbyt prędko,  bo świsnęli mi aparat =/.

Podróże (okiem po książce) ;-)

     Z racji czasowego unieruchomienia domowego (trwającego ostatnie trzy miesiące ;-)) szukam sobie substytutów turystycznych w postaci lektury książek podróżniczych (i nie tylko). Lepszy rydz niż nic.. Jakimś niepojętym cudem książki te zaczęły się ostatnio masowo pojawiać w mojej osiedlowej bibliotece, więc poluję co tydzień ;-)
I tak oto wędrując okiem po książce, przetrawiłam ostatnio:
- W. Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemion;
- W. Cejrowski, Rio Anaconda;
- J. Pałkiewicz, Syberia;
- T. Halik, Jeep;
- K. Choszcz, Moja Afryka;
- T. Michniewicz, Samsara;
- M. Wojciechowska, Przesunąć horyzont;
     Porównywanie tych wszystkich powieści jest zajęciem nader ciekawym. Jako bądź, co bądź antropolog literatury, nie mogę wyzbyć się wpojonych podczas studiów nawyków analizowania narracji (koszmar, wiem...). Jako zaś prosty czytelnik, nie mogę wyzbyć się lekkiego poczucia irytacji, wynikającego z zaobserwowanej niemal w każdej z powieści podróżniczych zasady - nazwijmy ją 2P:
- Podróżuje najlepiej - tylko JA (a większość turystów to zblazowani bogacze, którzy nigdy nie poznają naprawdę kraju, który zwiedzają);
- Porównuję - niemal zawsze na niekorzyść kraju ojczystego (gdzie ludność znerwicowana, zazdrosna, sfrustrowana, konformistyczna itd. itp.).
     Może wiele w życiu nie podróżowałam, ale miałam okazję spróbować opcji "podroży z biurem"- w wersji all inclusive, hotelem, wygodami i czego sobie dusza zapragnie oraz wersji dla mniej wybrednych - z noclegiem w towarzystwie szczurów, karaluchów, myszy i jaszczurek, kąpielą w deszczówce (o ile była) i innymi wygodami, których dusza pragnie nieco mniej.
     I cóż.. owszem, unikając hoteli, śpiąc wśród tubylców i uczestnicząc w ich życiu możemy ich lepiej poznać. Ale prawda jest taka, że nawet wtedy zawsze pozostaniemy "gringo", zawsze będziemy traktowani w sposób uprzywilejowany, będziemy budzić ciekawość i życzliwość i nigdy do końca nie poznamy jak to jest być rodowitym mieszkańcem danego kraju. To oczywiście moje zdanie. Nie widzę, żadnego sensu wartościowania sposobu podróży. Każdy tak zwiedza świat, jak mu na to pozwalają warunki, chęci i - krótko mówiąc - finanse=). Najważniejsze by jeździć. W końcu wszystko przemija, ale to co przeżyjemy na własnej skórze, zobaczymy, zwiedzimy - tego nikt nam nie odbierze. No.
     Wracając jeszcze do książek. Absolutnie urzekł mnie T. Halik - to jeden z tych piszących, który nie koncentruje się przede wszystkim na sobie (i swoich odczuciach), ale na spotkanych ludziach. Książka jest właściwie zbiorem opowiadań o niezwykłych postaciach spotkanych w czasie podroży z Argentyny na Alaskę. Ja autorskie bywa tu często ukryte - a z każdej strony książki przebija wielka pokora i ciekawość świata. Podobne odczucia budzi Pałkiewicz. W "Syberii" czyta się o podróżującym zespole, każdy jest ważny i każdy stanowi o sukcesie, bądź niepowodzeniu wyprawy. Z innej beczki - Cejrowski ma fantastyczny, humorystyczny sposób prowadzenia narracji, więc można śmiać się do rozpuku, czego w żadnej z pozostałych książek nie znalazłam=). A przeczytać i tak warto wszystkie.. Ot tak, żeby.. poszerzyć horyzont... ;-)/
    

Odcinek 42: Przez żołądek do serca... ;-)

Dolina Bolechowicka - w polewie karmelowo-czekoladowej i kolorowej posypce =D (4.11.2011)

 Wycieczka do Doliny Bolechowickiej miała tym razem charakter poniekąd inicjacyjny. Otóż zabrałam tam Swego Cudownego Męża („zabrałam tam” brzmi dumnie, bo po prawdzie on zabrał mnie, gdyż nie tylko prowadził, ale  i trafił na miejsce przy lichej pomocy z mej strony).  Ale niech będzie, że Go zabrałam i tuż po opuszczeniu samochodu przejęłam doniosłą rolę Obytego z Terenem Przewodnika, który (a jakże) przemierzył owe tereny wzdłuż i wszerz. (A jakże! – wzdłuż i wszerz...)
 I tak - w trakcie wędrówki z pięć razy musieliśmy pytać o drogę, dwa razy spojrzałam w mapę (i nic z niej nie wyczytałam), z cztery razy zawracaliśmy z błędnej ścieżki i ze trzy razy musiałam przyznać się do całkowitego braku orientacji /oczywiście w terenie/ (dlatego, że nie szliśmy Tą Trasą Którą Zawsze Chodzę, a więc skąd (!) miałam wiedzieć, jak iść =)). Ale i tak było fantastycznie, pięknie, niezwykle, bajkowo i zapierało dech w piersiach!  Poza tym potwierdza się fakt, że prawdziwy Mąż powinien posiadać w sobie coś z Rycerza, który damę swego serca - mimo jej uroczej wszakże nieporadności - zawsze zaprowadzi tam, gdzie trzeba i ochroni;-). No.
Do Doliny weszliśmy od strony Karniowic. Pierwszy postój po pięciu minutach marszu zaliczyliśmy pod krzyżem-pomnikiem. Z miejsca tego rozlega się niesamowita panorama na okoliczne wioski. Przy iście letniej pogodzie, na jaką trafiliśmy, widoki były doskonałe. Następnie zjedliśmy, wygrzewając się w słońcu, pączki z adwokatem na pobliskich skałkach (moje ulubione miejsce w  Dolinie). A potem szliśmy i szliśmy...
 Przekroczyliśmy Bramę Bolechowicką i żółtym szlakiem zagłębiliśmy się w oszałamiająco kolorowy las. W trakcie wędrówki, jak zwykle, przeskakiwać trzeba było przez - dość prężnie płynącą Bolechówkę oraz – jak niezwykle – zachować sporą ostrożność bo wilgotna ziemia i mokre liście nadawały się doskonale na nieplanowany zjazd (na własnym tyłku).  Wkrótce las zrobił się nieco mniej wilgotny a bardziej nasłoneczniony. Co kilka kroków leżały na ziemi wielkie sterty kolorowych liści, które wykorzystywałam do wspaniałej zabawy, rzucania, podrzucania, kopania, podskakiwania (na stercie) itd.  W miejscu, w którym rozpoczynają się pola uprawne i przejście do Doliny Kobylańskiej, skręciliśmy w lewo w las – podążając nadal za żółtym szlakiem. (I to był błąd – bo właśnie tu się zgubiłam:-)). Szlak oraz GPS Intuition wyprowadził nas na asfaltową drogę prowadzącą w kierunku Kobylan (informacja zaczerpnięta od tubylców;-)), więc szlak i GPS Intuition musiał następnie zaprowadzić nas z powrotem.
Wróciliśmy do miejsca gdzie rozpoczynają się pola uprawne, po czym przemierzyliśmy je idąc cudowną miedzą między dwoma świeżo zaoranymi, pachnącymi gliną polami (kadr jak z filmu). Do Doliny Kobylańskiej jednak nie poszliśmy, bo trzeba przecież zostawić sobie coś na deser.
Właśnie.. deser....Nie wiem, czy naprawdę taki ze mnie łasuch, ale podobnie jak zima, także i jesień wywołuje we mnie ciąg kulinarnych skojarzeń =). Te chrupiące liście, leżące na czekoladowo brązowej ziemi, jak kolorowa posypka na delikatnej polewie; trawa w kolorze puszystego biszkoptu, grudy ziemi jak aromatyczny piernik, modrzewiowe igły w tonacji zmysłowego karmelu, (tudzież bardzo słodkiego toffi) (podkreślam – baaaardzo słodkiego toffi), czerwień suszonej żurawiny i malinowego soku, barwy w gamie włoskiego tiramisu, mrożonej kawy,  pomarańczowej skórki, rodzynek, cynamonu, migdałów i włoskich orzechów... STRASZNE. WIEM ;-).
Ale to jeszcze nic, bo teraz kiedy zima zaczyna oszraniać ziemię... biały szron plus ciemno-brązowa ziemia... ech... były by LODY STRACIATELLA! ;-) 




fot. A.

Odcinek 41: Abrakadabra - jesienna magia=)

3.11.2011 Kamiennik - Sucha Polana*

   Poszłam dziś na Kamiennik - mała wyprawa, która skończyła się na Suchej Polanie. Doświadczenie niezwykłe, bo to, co dzieje się ze światem, przekracza moje najśmielsze oczekiwania. Jesień jest rozrzutna. Tworzy na granicy kiczu, lecz nigdy w niego nie wkracza. Wydaje się, że działa w jakimś artystycznym szale, wenie twórczej, która nie zna granic i barier. Rozrzuca kolory garściami, maluje kompozycje, które nigdy się nie powtarzają. To feeria barw, euforia tonów, szalona rozrzutność, oszałamiający spektakl natury. Bezkompromisowość. Nieumiarkowanie w tworzeniu. Nienasycenie.I pasja.
   Jesień wymaga od nas uruchomienia wielu zmysłów. Nie da się jej odbierać na jednej płaszczyźnie. 
  Otwierałam oczy, żeby uchwycić ten zdumiewający świat natury. Liczyłam ile odcieni ma czerwień na liściach, ile złotych drzew pokrywa stok góry. Porównywałam kształt spadających liści. I z zachwytem spoglądałam na promienie słońca, tańczące wśród tej eksplozji kolorów.
     Słuchałam, jak szumi liściasty dywan pod moimi stopami. Bo inaczej szumią liście dębu, inaczej klonu, inaczej leszczyny (dębu najgłośniej =)), gdy się po nich przechodzi. Słuchałam delikatnej miękkości leżącego na ścieżce igliwia i lekkiego powiewu wiatru buszującego wśród gałęzi. 
   Dotykałam liści. Pod spodem są miękkie jak aksamit. Można się do nich przytulic, można pogłaskać nimi kogoś czule po policzku. Dotykałam szorstkiej kory drzew. Ciepłych kamieni na szczycie. Trawy na Suchej Polanie.
   Wąchałam jak pachnie natura. Jesień jest przesycona zapachami. Pachną liście (niesamowicie!), pachnie ziemia - mokra i układająca się do zimowego snu, pachnie sucha trawa (ta, na której najlepiej się leniuchuje) i świeżo ścinane drzewa.
     Najchętniej zabrałabym tą jesień ze sobą. Zamknęła w domu. Patrzyłabym sobie na nią w mroźne zimowe wieczory.I odkrywałabym wciąż na nowo jej niekończąca się tajemnicę. 

Coś do posłuchania... 


*Opis trasy na Kamiennik i Suchą zawarty jest w innym poście, więc nie powielałam=)  

Odcinek 40: Dmuchawce, latwace, wiatr...

17.09.2011 - Potrójna- Łamana Skała- Potrójna


    Wrzesień jest moją ulubioną porą do chodzenia po górach. Jeszcze nie jesień, już nie pełne lato, brak burz, stabilna pogoda, delikatne słońce, subtelny wietrzyk...ech...=). 
  Ponieważ nie cierpię ostatnio na nadmiar czasu, udało się nam wyskoczyć tylko w Beskid Mały, na szczyt naszej WiceKrólowej - Madohory. Góra niewielka, szlak bardzo łatwy.. ale uwaga - myliłby się ten, kto nie potraktowałby tej trasy poważnie i założył adidasy (np. ja =)) - od leżących na szlaku kamieni, można stracić czucie w stopach :).
     Wycieczkę rozpoczęliśmy z drogi na Kocierz, oczywiście czerwonym szlakiem. W około godzinę doszliśmy na Potrójną (884 m n.p.m.), która niezmiennie pozostanie jednym z moich ukochanych miejsc w Beskidzie Małym. Rozgrzana wrześniowym słońcem, rozkołysana wiatrem, porośnięta suchą i miękką trawą - polana na szczycie, jest naprawdę bardzo, bardzo kusząca. I gdyby nie moi Towarzysze, wykazujący subtelne, acz widoczne symptomy ADHD, zapewne ucięłabym sobie tam słodką drzemkę ;-). Drzemka musiała jednak zostać odłożona w niepewną przyszłość, a my ruszyliśmy dalej. 
     Z Potrójnej na Łamaną Skałę (929 m n.p.m.) prowadzi w dalszym ciągu szlak czerwony. Przejście nie powinno zająć więcej niż 45 minut. Po tym czasie wejdziemy na teren Rezerwatu Przyrody Madohora, a stamtąd to już tylko kilka(naście) kroków na szczyt. 
     Szczyt - nie sądziłam, że to możliwe - w promieniach ciepłego słońca, wydał mi się dużo znacznie atrakcyjniejszy, niż podczas pierwszej wędrówki. Powiedziałabym nawet, że jest całkiem uroczy, a sam jego czubek stanowi, jak gdyby małą samotną wysepkę na oceanie Beskidu Małego. I choć nic z niego nie zobaczymy, to warto spędzić tam choć chwilę.
      Z Łamanej w około 1h 15 minut  możemy dojść na Leskowiec. Myślę, że to fantastyczna trasa. Wymaga jednak mobilności - więc wyprawa samochodem odpada (no chyba, że chcemy wrócić przez Łamaną i Potrójną, ale to raczej kiepski pomysł). My musieliśmy iść po samochód, więc poszliśmy z powrotem tą samą trasą. Niestety.
        Wycieczka była naprawdę cudowna. Jest to jeden z mniej uczęszczanych szlaków w Beskidzie Małym. Spokój mamy więc zapewniony. Trzeba się trochę namaszerować i miejscami bywa to monotonne, ale dla polany na Potrójnej warto. Bez tłoku, bez hałasu, bez schroniska ;-) - czyli to, co tygryski lubią najbardziej =D.
           I tak sobie myślę, że od tej trasy zaczęłam prowadzenie bloga. Może to znak, że czas już wreszcie skończyć... =).

Obudzimy się wtuleni, w południe lata...
Na końcu świata.
Na wielkiej łące...ciepłej i drżącej...
Wszystko będzie takie nowe i takie pierwsze.
Nad nami dmuchawce, latawce, wiatr ...
Daleko z betonu świat...
 Chodź ze mną.. chodź... 
;-)