Odcinek 20: No chodź, chodź.. na Turbacz =D

31. 12. 2009 - Turbacz 1310 m n.p.m.


     Wyjściem na kolejny szczyt z działu "Korona Gór Polski" - Turbacz, zamknęliśmy rok chodzenia po górach.  Był to więc dzień wspomnień i nostalgii za wszystkimi wspaniałymi wycieczkami, przygodami, zabawnymi sytuacjami, śniegiem po pachy, mrozem, porywistym wiatrem, upalnym słońcem, zimną wodą ze strumieni i widokami zapierającymi dech ;-). Zarazem wyjście na Turbacz było też otwarciem nowego ZIMOWEGO SEZONU chodzenia po górach.. czyli otwarciem na kolejne wycieczki, zabawne sytuacje... itd xD. Dlatego zapewne było tak wspaniale =).
     Na Turbacz udaliśmy się (po burzliwych dyskusjach) z Nowego Targu żółtym szlakiem (czas sugerowany 2h 35 min). Początkowo podejście było oblodzone, co utrudniało sprawny marsz i oczywiście go spowalniało. Z czasem jednak zaczęło pojawiać się coraz więcej śniegu i droga stała się łatwiejsza i przyjemniejsza. Szlak żółty.. to najmniej męczące podejście, jakim kiedykolwiek miałam okazję iść. Nie wiem jak można wyjść na szczyt idąc praktycznie poziomo, ale jak widać można=). 
    W trakcie drogi na szczyt minęliśmy kilka "pamiątkowych" punktów. Wśród nich kaplicę Matki Boskiej Królowej Gorców, która po prawdzie była zamknięta, ale przez dziurki w drzwiach pachniała pięknie starym drewnem =).
     Na szczycie byliśmy po około dwóch godzinach. Nie jest on może najbardziej atrakcyjnym miejscem na mapie gór, ale za to doskonale nadaje się do wygłupów, biegania i osobistego sprawdzania głębokości pokrywy śnieżnej (miałam okazję dokonać tego na brzuchu, na plecach, głową w dół, w borówkach itd...Oczywiście z pomocą osób trzecich;-)). Po za krzyżem, znajduje się tam wielki kamienny obelisk, na który to, według pana B. będąc pierwszy raz na Turbaczu trzeba się wspiąć, żeby wejście było ważne. Dotychczas dokonał tego jednak chyba tylko on ;-P. Inną funkcją tej kamiennej kolumny, jest umożliwianie niedojrzałym turystom biegania wokół niej, no i oczywiście robienia romantycznych zdjęć typu "tacy sami, a ściana miedzy nami" =D.
     Jakieś 5 min od szczytu znajduje się schronisku na Turbaczu. Całkiem duży i przytulny budynek, w którym panuje przyjemne ciepło i typowa "schroniskowa" atmosfera. Spędziliśmy tam ponad godzinę, jedząc, pijąc i wygłupiając się. Z naciskiem na to ostatnie ;-). Turbacz jest popularnym szczytem, więc było sporo ludzi.
     Drogę powrotną postanowiliśmy odbyć szlakiem zielonym. Trudno powiedzieć, czy to pod wpływem dodatniej temperatury czy taka jest po prostu specyfika tej drogi, ale było niesamowicie ślisko i przez całą trasę musiałam koncentrować swoją uwagę na stawianiu kroków. Obawiam się jednak, że żadnego nie postawiłam bez małego poślizgu, co może i wyglądało komicznie, ale komiczne bynajmniej nie było ;-). Mimo to nie zaliczyłam gruntu ani raz ;-). (to wszystko dzięki kijkom, którymi "nie umiem się posługiwać, których nie potrafię wbijać w lód i które stanowią wyłącznie element ozdobny mojego górskiego ekwipunku" - niedosłownie przytoczona opinia członków wycieczki ;-)). 
     Po zejściu ze szlaku, czekał nas jeszcze kawałek asfaltową drogą. Po drodze minęliśmy wyciąg narciarski i w końcu dotarliśmy do samochodu.
     Mimo braku słońca, sporej wilgotności powietrza i wszędobylskiej mgły, była to jedna z najfajniejszych wypraw w góry. Turbacz jest w jakimś sensie szczytem  "kultowym". Nie tylko dlatego, że jest Królem Gorców. To  góra historii, barwnie opowiedzianych legend, np. tej o Stefanie Mrugale - twórcy górskiego "sanktuarium" Maksymiliana Kolbego. (Polecam, idąc na Turbacz poświęcić chwilkę temuż miejscu i  przeczytać zawieszony tam opis jego powstania - cóż za język...) ;-). Góra licznych kapliczek i miejsc pamięci. Poza tym Śnieg jest piękny w każdych warunkach. Świat przystrojony na biało potrafi oczarować, nawet jeśli nie oświeca go słoneczne światło. A w powietrzu i tak czuć było zbliżającą się powoli prawdziwą zimę. 
     Po prostu.. Turbacz jest czarujący nawet, gdy zamiast złotej korony zakłada turban z mgły =). 
   No i na koniec zdjęcie dnia: PANORAMA TATR Z TURBACZA:
UROCZA PRAWDA? ;-) 
(zdj.a.)

Święta.

 25.12.2009
Naród kroczący w ciemnościach
ujrzał światłość wielką;
nad mieszkańcami kraju mroków
światło zabłysło.

Albowiem Dziecię nam się narodziło,
Syn został nam dany,
na Jego barkach spoczęła władza.
Nazwano Go imieniem:
Przedziwny Doradca, Bóg Mocny,
Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju.

                                
                                                                 Ks. Izajasza


Odcinek 19: Stary Robot mocno śpi....

STAROROBOCIAŃSKI WIERCH i ORNAK - 8.10.2009

      Zacznę od tego, że bardzo chciałam przeprosić wszystkie szlaki w Tatrach, które uważałam dotąd za "niekończącą się historię". A więc: szlak na Małołączniak, szlak na Wołowiec, szlak z Granatów do Czarnego Stawu (przeszłam w wieku lat 15 odcinek Orlej Perci od Krzyżnego przez wszystkie Granaty, nie wiedząc nawet, że to część Orlej, ha ha),podejście na Rysy - zanim rozpoczęły się łańcuchy, a nawet szlak na Trzydniowiański Wierch (sic!). To wszystko, wszystko, to naprawdę NIC - co najwyżej jednotomowe powieści - w porównaniu z podejściem na Starego Robota  (2196 m n.p.m.) ;-). I dlatego - pomimo początkowej niechęci - zakwitło pomiędzy nami gorące i płomienne uczucie ;-) Już tęsknie za MOIM STARUSZKIEM ;-)
      Trasa rozpoczęliśmy naturalnie w Dolinie Chochołowskiej, która, jak sądzę jest długa, nudna i do.... ść zatłoczona /nic mnie tak nie zdumiewa, jak ludzie, którzy jeżdżą w Tatry, a ich punktem docelowym jest Dolina Chochołowska, czy Kościeliska ;-)/. Dojście do szlaku zajęło nam około 45 min. Czarny szlak odbija w lewo. Tutaj zaczyna się podejście na Siwą Przełęcz (1812 m n.p.m) - według tabliczki 2h 30 min. Szlak wiódł początkowo leśną, błotnistą (z powozu wywózki drzewa) drogą. Raczej łagodnie. Po około 30 min wyszliśmy z  lasu, wprost w szeroko otwarte, ciepłe i pełne miłości ramiona Doliny Starorobociańskiej =). Wrażenie było niesamowite, bo nagle otworzył się przed nami cały świat kolorów jesieni, skąpanych w promieniach pełnego słońca. Magia. Po kilku minutach szlak zaczął robić się coraz bardziej stromy. I tak już pozostało do samej Przełęczy. Nie jest to na pewno łatwe podejście, ale też nikogo nie zabije, ani nie doprowadzi do śmierci z wycieńczenia (raczej). Poza tym całe zmęczenie rekompensuje nam widok na dolinę=). Po drodze płynie kilka strumyczków, które są lodowato zimne i w ogóle wspaniałe - chłodzą i poją. Pełny serwis=).
      Po dojściu na Przełęcz /uwielbiam to stopniowanie napięcia przed każdą przełęczą.. to oczekiwanie na widok, który już, już za chwilę sprawi, że zabraknie słów, tchu i, że łza wzruszenia zakręci się w oku.../ .. a więc po dojściu na Przełęcz, ukazała się nam panorama Tatr Zachodnich oraz  wyłaniające się w oddali  szczyty Tatr Wysokich. Po krótkiej sesji zdjęciowej, ruszyliśmy na Staruszka. Tablica informuje, że na szczyt jest 1 h drogi. I jest. A nawet mniej - 45 min wystarcza. Podejście na pewno nie jest skomplikowane, raczej nie jest też niebezpieczne (o ile wiatr nie porwie nas w przepaść, lub też nie obsunie się nam noga, a z nią i reszta ciała), ale jest baaaaardzo długie, odrobinkę monotonne /to rekompensują znów widoki/ i strome. Całą imprezę utrudnia porywisty wiatr =). Ale wiatr kochamy z natury, więc nie mogło go zabraknąć.  Szliśmy i szliśmy aż naszym oczom ukazał się TEN WŁAŚCIWY SŁUPEK wieńczący wytęskniony, upragniony, wyczekiwany, wyśniony szczyt Staruszka. Jak widać na zdjęciu obok,  moja radość z wyjścia była naprawdę ogromna. /I z tego, że niekończąca się historia, znalazła swój happy end ;-)/. Na wierzchołku nie zabawiliśmy zbyt długo i po kilku minutach, zeszliśmy odrobinkę niżej (gdzie mniej wiało -  tak przynajmniej próbowaliśmy sobie wmawiać, i gdzie spożyliśmy nieodłącznego w czasie górskich wędrówek snajkersa =D). Zejście było szybkie i  bezbolesne (ok 20 min). 
      Po ponownym dojściu do Siwej Przełęczy postanowiliśmy zrobić jeszcze cały grzbiet Ornaku, zaliczając w ten sposób Suchy Wierch Ornaczański (1832 m n.p.m.), Ornak (1854 m), Zadni Ornak (1867 m), Kotłową Czubę (1840 m). Droga była bardzo przyjemna, to wznosiła się, to znów opadała. Więc była urozmaicona. Mnie najbardziej urzekły zielone kamienie, na jednym ze "szczytów" Ornaka. Naprawdę były piękne (ach, te porosty...).
     Ornak był tak uroczy, że pozwoliliśmy sobie nawet na kilkuminutową przerwę wśród żółtych traw porastających jego zbocza. Kocham taką trawę, a jeszcze bardziej lubię się na niej położyć.. I naprawdę mogłabym tak spędzić resztę dnia (pod warunkiem posiadania odpowiedniego zapasu jedzenia) - leżąc sobie w trawie i patrząc na panoramę Tatr. Bez słów, bez bieganiny myśli, bez książki. Patrzeć dla samego patrzenia. Słuchać wiatru, dla samego słuchania. Pozwolić, żeby owiewał nas jego powiew - dla samego dotyku. Zapomnieć i poczuć się  wobec ogromu przestrzeni całkowicie wolnym i szczęśliwym =). Chyba tylko w górach można tak "być"=). 
     Z Ornaku schodziliśmy bardzo długą, kamienistą (schody) drogą, która jest raczej uciążliwa i wymaga nieustannej koncentracji, żeby dobrze postawić stopę i  nie pośliznąć się. Po dwóch godzinach - bez wątpienia poczujemy każdy przebyty stopień w swoich stawach kolanowych oraz  we wszystkich dziesięciu palcach u stóp. Nie chciałabym nikogo zniechęcać - ale taka jest bolesna (dosłownie) prawda =) i drogę tę szczerze i z głębi serca odradzam. Po dojściu do niewielkiej polanki, wchodzimy w las i idziemy, idziemy, idziemy... aż do Doliny Chochołowskiej. A stąd już tylko godzina drogi asfaltem do samochodu. W połowie marszu doliną, zapytałam, czy daleko jeszcze i usłyszałam, że  za najbliższym zakrętem będzie "ostatnia prosta". To samo słyszałam jeszcze przy kolejnych dziesięciu zakrętach. Ten dziesiąty okazał się trafiony, co doprowadziło mnie do nieopanowanej potrzeby śmiechu.. W końcu do dziesięciu razy sztuka=). I kto powiedział, że "ostatnia prosta" nie może występować kilka razy? =)
    Cóż tu na koniec napisać o dzisiejszym dniu? W malarstwie - im wierniej staramy się oddać piękno przyrody, tym pewniej namalujemy żenujący kicz. Tak już jest  z pięknem. Kiedy próbujemy zamknąć je w jakieś ramy, utrwalić w naszych sformułowaniach i zatrzymać - będzie się bronić. Mogę tylko napisać, że nigdy i nigdzie nie widziałam takiego bogactwa ciepłych barw jak podczas tej wędrówki. Były wszystkie: była trawa we wszystkich odcieniach złota, czasem jasna, czasem miodowa, czasem lniana, czasem prawie pomarańczowa, amarantowa lub już przyprószona brązem. Była  wysmakowana czerwień borówek i radosna czerwień jarzębiny, ciemna zieleń kosodrzewiny, jaskrawa - porostów i spokojna igieł na choinkach . Była ciemna szarość skał i biel  nielicznych chmur. Przejrzystość wody w strumykach i błękit nieba. A to wszystko w doskonałych proporcjach i zestawieniach. Teraz trzeba dodać morze słońca, rozjaśniające to wszystko, wprawiające każdą barwę w taniec drgań, w subtelną grę lśnienia i błysków, podkreślające wszystkie wypukłości gór, dzięki grze cieni na zboczach. A na koniec jeszcze podkład muzyczny w  postaci Koncertu Symfonicznego pod batutą Pana Wiatru (Opcja W) i mamy... Tatry Zachodnie jesienią.  A następna będzie Bystra i Błyszcz =P.

Dolina Starorobociańska
Widok na Przełecz Siwą oraz szlak na Ornak z drogi na Staruszka.
Królowa Bystra i Paź Królowej - Błyszcz.
Prawda, że zachwycające?
 I widzisz swój szlak jak na dłoni...
Moje ukochane porosty =)
Słynne schody (osobom skłonnym do depresji nie polecam=)).

Odcinek 18: Babia, ach ta Babia.. =)

Babia Góra - 20.09.2009 

     To moja piąta prywatna audiencja u Królowej Beskidu Żywieckiego. A że "z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się.." więc i tym razem mieliśmy sporo obaw, co  do jej humoru i ewentualnej burzy na szczycie (tym bardziej, że chwilami niebo pokrywało się wielkimi, kłębiastymi chmurami). Na szczęście Babia zaskoczyła nas bardzo pozytywnie i wszystko poszło jak z płatka.
      Decyzje o wyjeździe podjęliśmy o 10 rano=). Pod Babią byliśmy przed 12. Zaczęło się od lekkiego szoku. Około 2 km przed parkingiem, po jednej i drugiej stronie drogi ciągnął się nieprzerwany strumień samochodów. Podobnie za parkingiem=). Szukaliśmy więc miejsca, w przeświadczeniu, że przyjdzie nam z 3 km kulać się po asfalcie, nim dojdziemy na Krowiarki. Jednak zanim objechaliśmy na drugi koniec łańcucha samochodów, zwolniło się jedno miejsce bardzo blisko wejścia do Parku.W sam raz na naszą żabę. To się fachowo nazywa "fuksem" =). Lekko oszołomieni ilością tłoczących się w okół koni mechanicznych, stwierdziliśmy, że w naszym kraju takie tłumy są tylko wtedy, gdy coś rozdają za darmo... no ale cóż można rozdawać na Babiej??? =) Borówki, grzyby, kamienie? =). Zapytaliśmy pana od biletów, co się dzieje a on spokojnie stwierdził: "zawsze tak jest w niedzielę, kiedy świeci słońce" [???].
    Co do samego słońca, to akurat było sporo chmur i przyznaję, że zawahaliśmy się, czy iść, ale czerwony szlak to jedyne 2,5 h na szczyt.. powinniśmy zdążyć przed deszczem =D.No i zdążyliśmy...  
   Czerwony szlak był do tej pory moim ulubionym. Dzieli się on jakby na dwa etapy. Pierwszy (1 h) kończy się na Sokolicy i wiedzie bardzo stromo pod górę, dużymi, kamiennymi schodami (rozkosz). Nie  ma praktycznie żadnych łagodniejszych podejść, a krajobraz jest mało urozmaicony, bo cały czas idzie się lasem. Na Sokolicy zwykle jest mnóstwo osób, odpoczywających przed dalszą drogą, albo po prostu finiszujących. Drugi etap wiedzie już na szczyt Babiej (1,5h) i jest nieco ciekawszy. Idzie się początkowo kosodrzewiną, a później odsłoniętą ścieżką mając po prawej, po lewej oraz przed sobą piękny widok  na Beskidy. (W niedzielę ma się także przed sobą widok na plecy innych turystów ;-)).    My przemierzyliśmy obydwa odcinki trasy w 1 h i 15 minut. (Odtąd nie jest to już mój ulubiony szlak ;-)). Po drodze nie zrobiliśmy ani jednego odpoczynku, poza minutą na Sokolicy (czas na zjedzenie trzech kostek czekolady=)). Przyznam, że wymagało to naprawdę dużego wysiłku i samozaparcia. Po drodze minęłam dwie panie i kiedy byłam już parę metrów przed nimi, usłyszałam jak jedna mówi  do drugiej: "jak można tak iść?" xD. Pomyślałam sobie.. "no właśnie jak można???" i o mało nie powiedziałam tego na głos ;-). 
     Tak więc po 75 minutach byliśmy na szczycie. Naturalnie nie sami. Trudno byłoby tu pisać o jakimś rozkoszowaniu się ciszą gór =), ale i tak było super. I przede wszystkim NIE BYŁO WIATRU (na Babiej to fenomen), NIE BYŁO MGŁY, i BYŁO CIEPŁO. - nieprzewidywalność kobiet. Po kilkunastu minutach i krótkiej naradzie, co do drogi powrotnej, uznaliśmy, że najszybciej wrócimy tym samym szlakiem. Rzeczywiście na dole byliśmy w 45 min... =) Oczywiście bez odpoczynku =P.Po drodze kilka razy włożyłam swój kijek w buty nieznanych mi mężczyzn, którzy akurat szli przede mną =) - (nowy sposób na zawiązywanie znajomości =)). Dwa razy o mały włos nie zwichnęłam nogi (dobre buty to podstawa - uratowały moje kostki) i przynajmniej raz o mało co się nie wywróciłam =).

   Był to najbardziej szalony rajd, jaki odstawiliśmy  w górach. Normalny czas na wyjście na Babią to 2,5 h. My w dwie godziny zdążyliśmy wyjść i zejść. I wcale mi się to nie podobało. Wyjść ekspresem - ok. Zejść ekspresem - ok. Ale w drodze powrotnej było tyle suchej, ciepłej i kuszącej trawy, na której można by się położyć i zdrzemnąć... =). 
     Babia ma w sobie coś magnetycznego. Można być na niej nie wiem ile razy, ale i tak za każdym wyjściem ma się wrażenie, jakby to był pierwszy raz. Można być tam po raz setny, a i tak najpiękniejszym i upragnionym widokiem jest kamienna "osłona" przed wiatrem, wieńcząca naszą Królową (niczym diamentowa korona). Można znać panoramę Beskidu już na pamięć, a i tak stojąc na szczycie otworzy się szeroko oczy ze zdumienia i zachwytu.. że mimo postępu cywilizacji, uprzemysłowienia, urbanizacji, rozwoju gospodarki, komputeryzacji i innych mniej lub bardziej potrzebnych zjawisk.. są takie miejsca na ziemi gdzie zostaje się sam na sam..z przyrodą. I że świat, wciąż jeszcze, jest tak zachwycająco piękny=).
      Do domu wracaliśmy już po zmroku (po drodze odwiedziliśmy paru znajomych i staliśmy w  wielkim korku =). A dzień zakończyliśmy wielkimi, bardzo czekoladowymi, bardzo słodkimi, i baaaaardzo kalorycznymi lodami, zjedzonymi w bardzo miłym towarzystwie xD. 

P.s. Na wspaniałą wycieczkę nie wzięliśmy ANI KROPLI WODY.. Na szczęście zorientowaliśmy się dopiero na szczycie... Bomba no nie? ;-)

Odcinek 17: Cudze chwalicie, swoje zwiedzacie- okolice Krakowa cz I =)

Dolina Mnikowska - 17.09. 2009 

     Próbowałam sobie przypomnieć, czy na tym blogu było już coś o dolinkach. No  i właśnie, nie było.. (ale kiedyś musi być Ten Pierwszy Raz ;-)). Dlatego niniejszym otwieram  nowy wątek w moich postach. Zaszczytne przecięcie wstęgi przypadło w udziale Dolinie Mnikowskiej. 
     Ta mała, śliczna dolinka leży na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Oczywiście  w obszarze Jury. A kiedy myślimy o Jurze to i  o wapieniach =). A jak  są wapienie.. to musi być pięknie. I jest. Głębokość wąwozu sięga do 80 m, a  jego dnem płynie mała rzeczka Sanka. Jednak poza naturalnymi walorami, dolina zaskakuje  odwiedzających przede wszystkim  wymalowanym na skale wizerunkiem Matki Boskiej.
     Z powstaniem tego malowidła wiążą się dwie legendy, których naturalnie nie opowiem - z tejże przyczyny, że nie lubię ludowych podań. Kto ciekawy, ten znajdzie=). Przez dolinkę wiedzie niebieski szlak, który prowadzi przez Wąwóz Półrzeczki do Doliny Brzoskwinki.


Mnie najbardziej urzekła cisza tego miejsca. I przestrzeń. Idąc głębokim wąwozem, nie ma się wrażenia zamknięcia. Wręcz przeciwnie. Poza tym, musi tam być przepięknie, gdy na scenę wkroczy Pani Jesień. Na koniec, coś, co kocham najbardziej w przyrodzie. Słońce i las. Nic tego słońca nie zapowiadało, a jednak... Czy może być coś piękniejszego niż promienie przebijające przez korony drzew i rozświetlające leśną ściółkę? =) Na pewno może. Jednak na mojej osobistej Top Liście Cudów Przyrody taki widok plasuje się na miejscu... ;-).

Odcinek 16: Jak już ja coś wymyślę.... ;-)

21.08.2009 - Czupel - Magurka - Gaiki - Hrobacza Łąka xD


      Jak ja coś wymyślę, to klękajcie narody=). Tym razem wpadłam na pomysł, przejścia opisywanej już kiedyś na blogu traski po raz drugi. Z tą różnicą, że dziś przemierzyliśmy ją całą - od Czupla po Hrobaczą Łąkę, no i że nie było - 8 stopni mrozu, tylko 30 stopni ciepła. A może nawet i więcej... =).Upał mówiąc krótko=).
    
     Wyszliśmy z Międzybrodzia nieoznaczoną ścieżką, która według zapewnień jakiejś pani, miała połączyć się z naszym (czerwonym) szlakiem. I tak też się stało. Po półtora godzinki marszu (w tempie dość szalonym), znaleźliśmy się na Czuplu. Panorama była naprawdę śliczna i mogliśmy podziwiać Beskidy w całym ich pięknie.    
      A że Czupel to jeden z moich ukochanych szczytów, więc spędziliśmy tam całe pięć minut. Następnie ruszyliśmy dalej, niebieskim szlakiem, na Magurkę (45 min).
     Na Magurce w dużym i przestronnym schronisku PTTK, wyposażonym także na zewnątrz w stoliki i parasole, zrobiliśmy naszą pierwszą, porządną i .... jedyną dłuższą przerwę w marszu. Upłynęła nam ona między innymi na spożywaniu lodów i odkrywaniu uroków bezczynnego, radosnego leżenia na ławce z buzią skierowaną wprost do słońca. Wszystko co dobre, jednak szybko się kończy=).
     Punktualnie o 13 zdjęliśmy nasze rozleniwione ciała z ławek i poszliśmy dalej, czyli na przełęcz Przegibek i Gaiki (ok 1,5 h). Po drodze pomyliliśmy szlak i nie wiadomo jak, znaleźliśmy się na zielonym. Na szczęście drogą (na przełaj), jakoś wróciliśmy na swój błękitny trakt. Po kolejnej pięciominutowej przerwie na Gaikach, wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Hrobaczą Łąkę. (1 h).

     Szliśmy, szliśmy i szliśmy w prażącym słońcu i w cieniu drzew, aż naszym oczom ukazał się 35 metrowy krzyż wieńczący szczyt Hrobaczej. Po... dwóch minutach stwierdziliśmy zgodnie: "bez rewelacji" xD i zeszliśmy z tarasu widokowego, znajdujaćego się na szczycie, do schroniska. A jest to budynek naprawdę ciekawy, w którym bufet, sklep czy jak to nazwać.. funkcjonuje na zasadzie: "proszę pukać". Po zapukaniu naszym oczom ukazuje się (po chwili) sympatyczny Pan i reszta toczy się według znanego schematu. Poza tym schronisko jest niesamowicie czyste! Aż lśni. A w środku znajduje się duża kaplica, co nie jest znowu tak powszechnie spotykane. Wbrew moim nadziejom nie powtórzyliśmy w tym schronisku degustacji ławek zewnętrznych (wewnętrznych też nie=)) i po 15 min schodziliśmy już niekończącą się, pełną zawijasów, miejscami asfaltową drogą w dół (1,5h). 
       Pod koniec rozpostarł się przed nami wspaniały krajobraz, z jeziorem w roli głównej. Potem czekały nas tylko 4 km marszu wzdłuż ruchliwej, zatłoczonej i głośnej drogi (za to z widokiem na Jezioro Żywieckie po lewej) w prażącym słońcu. Bomba=).
     Długość trasy to około 30 km. Przejście zajęło nam 6 h (w tym około godzinę rozt
rwoniliśmy na odpoczynek;-)). Było fantastycznie, wspaniale, uroczo i prześmiesznie. W myśl zasady: nie ważne gdzie, ważne z kim=). Ani nieznośny upał, ani niekończąca się trasa nie odebrały nam humoru. A może nawet przeciwnie. Nadmiar słońca wpłynął aż nazbyt korzystnie na funkcjonowanie naszych mózgów =). 
       Bo życie jest takie piękne, świat tak niepojęcie różnorodny, a udana ekipa w górach sprawia że...

...nawet gdy odpoczynek trwa chwileczkę, nie można przestać się śmiać...
... nawet, jak chce się poudawać menela, ktoś musi stać nad nami i robić zdjęcia...
...nawet na 900 m wysokości można zrobić minę zdobywcy Mont Everestu...
.... i po wielu próbach udaje się zrobić zdjęcie samowyzwalaczem.. [Załoga G =)]
 

..a na Hrobaczej trzeba się uśmiechnąć, bo to w końcu META...

Odcinek 15: Wyprawa do żródeł Wisły (ech...)

20. 08. 2009 - Barania Góra 1220 n.p.m.


Zawsze chciałam iść na Baranią Górę. Chyba już od pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy to w ramach programu nauczania, serwowano nam takie oto narodowe hity jak "Płynie, Wisła, płynie" ;-). A z Wisłą nie ma żartów. Wszak to rzeka nasza najdłuższa, duma narodowa i wstążka spinająca północ Polski z południem. I tak oto moje dziecięco-patriotyczne pragnienia w końcu się zrealizowały. Przybyłam, źródła Wisły zobaczyłam i nawet się wody z niej napiłam=).I o dziwo żyję ;-).

Na Baranią Górę wyruszyliśmy z Wisły - Czarne- czyli niebieskim szlakiem. Pogoda była idealna, pełne słońce, temperatura około 25 stopni C. Szlak, jak sam kolor wskazuje, był dość długi (2 h 30 min), ale naprawdę piękny i zupełnie niemęczący.
Początkowy odcinek trasy trzeba (niestety) przejść po asfaltowej szerokiej ścieżce. Na szczęście szliśmy cały czas Doliną Białej Wisełki, w związku z czym życie umilała nam chłodna bryza oraz przepiękny szum rzeczki=). Następnie weszliśmy w las i lasem podążaliśmy już do samego szczytu. W dolnych partiach czekała nas przeprawa przez błotko, później wszystko wróciło do normy i maszerowaliśmy szerokim, kamienistym, suchym traktem.
Na szczycie znajduje się wieża widokowa, z której roztacza się panorama na Beskid Śląski, Żywiecki, czy Mały. Na wieży zaś znajduje się bardzo wygodna ławka, na której można usiąść i podziwiać.
Może Barania nie wymaga szczególnej kondycji, ale wrócę tam na pewno nie raz. Bo klimat jest naprawdę niepowtarzalny. A piękno Wisełki jedyne w swoim rodzaju. No i ten szum... jak najdoskonalsza muzyka relaksacyjna. Poza tym, można pić ze wszystkich źródełek naszej Królowej Rzek (a jest ich tam sporo), co oznacza, że nie trzeba brać ze sobą ciężkiej, szybko ogrzewającej się wody mineralnej ;-).

Odcinek 14: Czy korony?

8.08.2009 - Trzy Korony =)

Cóż tu pisać. Szlak wszystkim znany i naprawdę nie można, nie można się zmęczyć=). Ale napatrzeć owszem.. Poza tym nie było jeszcze nic o Pieninach, a przecież fajne te górki ;-).


Poczuj magię tego świata - Peru xD

21.06-22.07. 2009 Peru.
foto: paulik
modelki: Amazonka i Yavari
stylizacja, wizaż i oprawa świetlna: słońce =)












I w tym całym pięknie.... ja =).
Bo cuda się zdarzają =)

Peru cz 2

Bracia Mniejsi =)

Mój najlepszy model w Islandia. Tukan Pepe. Artysta poruszający się przekomicznie na tylnych nóżkach. I ten błękit... =)

Takie papugi są w stanie nauczyć się do 200 słów. Nasza była wygadana naprawdę. Witała się, żegnała. Kiedy się śmiała to jak czarownica, za to płakała jak niemowlę...

Odwiedziliśmy wyspę małp. Żyje ich tam sporo, różne gatunki. A imiona jakie noszą pochodzą od narodowości. Na zdjęciu.. Rosjanin xD

Mariposa czyli motyl po hiszpańsku =)

Peru cz III

Drogą, polem, chodnikami, ulicami, miasta, lasu i wsi...


Madryt. Jeszcze Hiszpania. Czyli nic ciekawego. Dżungla w Peru jest znacznie ciekawsza=)
Iquitos. Najbardziej zmotoryzowane miasto świata=). Całe Peru dzieli się na trzy części: Costa (wybrzeże), Selva (dżungla) i Sierra (góry). Ja spędziłam miesiąc w dżungli=).

Quistococha.W tej miejscowości znajduje się zoo oraz przepiękne jezioro. Można się kąpać=)
Pevas. Jedyna miejscowość położona wysoko. Bardzo piękna i zamieszkała przez różne szczepy Indian.
Islandia. Tu spędziłam dwanaście dni. Najpiękniejszych dni w Peru. Zbudowana na 4 metrowych palach. Żartobliwie nazywaliśmy ją peruwiańską Wenecją=). Komunikacja odbywała się po drewnianych pomostach, których stan czasem pozostawiał wiele do życzenia=). Miejscowość położona na samym koniuszku Peru, na granicy z Brazylią i Kolumbią.

Santa Rosa. Miejscowość przygraniczna. Panowała tam wieczna impreza.
Mazan. Tutaj jechaliśmy dróżką przez dżunglę rikszami. Fantastyczna zabawa =)

San Pablo. Niezwykle malownicza wioska zamieszkana przez trędowatych.

Indiana. 15 tys mieszkańców. To zdjecie z placyku w centrum miasta.

Benjamin. Brazylia. Do Benjamin pływaliśmy z Isalndia w celach rekreacyjno-turystycznych, w odwiedzinach i ... na internet=). Inną miejscowością w Brazylii, którą odwiedzaliśmy była Tabatinga.

Letizia. Kolumbia. Z Santa Rosa pływaliśmy sobie do Kolumbii przez Yavari na internet. Albo na zakupy, albo na kolumbijską kawę. Paszport nie był wymagany=). W Kolumbii była już inna strefa czasowa. Godzinę do przodu.

Lima.El Parque de la reserva. Pokaz wodno, muzyczno, świetlny. Największe takie widowisko na świecie. Tutaj jedna z fontann. Sama Lima to 10 mln miasto, w którym nie ma słońca i nie pada deszcz. Zawsze jest szaro. Lima należy do Costa. Jedyne miasto, które odwiedziłam spoza sfery Selva czyli dżungli=)