Odcinek 7: Po prostu, nie mogłam się oprzeć.

Po raz ostatni [w tym tygodniu]:Leskowiec - 22.02.2009.


Ze szczęścia, że mam jeszcze ferie; z nostalgii, że jednak zbliżają się ku końcowi; by stłumić myśl o powrocie do nauki =P, z nadmiaru energii, w przypływie wisielczego humoru i wreszcie z wielkiej radości na widok błękitnego, lazurowego nieba i promiennego słońca, podeptałam dziś po raz trzeci /tym razem z mamą, tatą i Kubą/ na Leskowiec. W końcu - on się nigdy nie nudzi! Trzecia tura - trzeci szlak. Dziś wybraliśmy się /cóż za romantyzm!/ Szlakiem Białych Serc. 
Wyszliśmy dość późno, po pysznym niedzielnym obiadku - około 14.30. Po króciutkim podejściu czarnym szlakiem, zmieniliśmy traskę na "białe serducha". I była to najlepsza decyzja dnia dzisiejszego! Szlak jest bardzo, bardzo łagodny. Ot, taki spacerek. Nie da się zmęczyć, za to.. można się naprawdę zachwycić! Po pierwsze, po drodze czeky nas fantastyczne widoki, po drugie szlak nie jest bardzo uczęszczany i cała przyroda pozostała w swoim nienaruszonym, dziewiczo czystym, zniewalająco pięknym stanie=) /a może po prostu na tym szlaku, wszyscy poruszają się najdelikatniej jak mogą, żeby niczego nie naruszyć =)?/.


Zawsze się zastanawiam, czy istnieje coś bardziej uroczego niż drzewa oprószone śniegiem? Każda gałązka - z mistrzowską precyzją, benedyktyńską dokładnością i artystyczną pasją - otulona białą pelerynką! Jeśli dodamy jeszcze słońce, które przebija miedzy nimi i błękit nieba, to pozostaje tylko zatrzymać się, milczeć i podziwiać Twórcę=). W całym śnieżnym śpiworku, jakim szczelnie owinął się Leskowiec - nie ma dwóch takich samych śnieżynek. Układ każdej z nich jest nieco inny, każda jest niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju. Każda jest doskonała. Ile takich śnieżynek mieści się w jednej śnieżce, ile musiało ich powstać, by pokryć góry? Ile razy w życiu zauważamy, jak zdumiewającym Cudem, jest otaczający nas świat=). Dziś pomyślałam, że my - ludzie - jesteśmy najszczęśliwsi w całej kosmicznej galaktyce=). Na szczycie, gdzie było niestety bardzo zimno, czekały nas jak zawsze /dziś w wersji High Definition/ śliczne widoki. Nawet Królowa, łaskawie, pokazała swoje wyniosłe, niedostępne i urzekające oblicze=). Było tak spokojnie, tak nieskalanie biało, tak poruszająco czysto i wzruszająco pięknie - to Ziemia miała dziś swój "return to innocence". Swój powrót do dziecięcej niewinności.


"Tu na szczycie wszystko jest pogodnym pokojem.
Powiewa lekki wietrzyk,
bezwonny, przejrzysty i jasny.
Tuli nas milczący śnieg i trzyma w swych objęciach,
a my wpatrujemy się w horyzont,
ach, jak bezkreśnie roztaczający się przed naszymi oczyma.
Nad całością wzeszło już słońce, które trwa
i wciąż jeszcze zalewa nasze włosy".

/Vicente Aleixandre/

Czas na reklamę: BAŁWANEK =)

20.02.2009 Return to childhood =P

Oto bałwanek Mieczysław=). Ulepiliśmy go z Kubą dziś w ogrodzie
. Jest tak sympatyczny, że musieliśmy zrobić mu małą sesję zdjęciową. I tak stał się bohaterem nowego wpisu.
Model: Mieczysław
Stylizacja, wizaż i make up: Paulik

Odcinek 6: Leskowiec. Reaktywacja.

Po raz kolejny... Leskowiec - 18.02.2009 =)

Pisać o Leskowcu nie jest łatwo. Pisać o Leskowcu po raz drugi - jest jeszcze trudniej =). Mimo wszystko - to mój ukochany szczyt /który to już "mój ukochany szczyt"? xD/ i parę słów muszę mu znów poświęcić. Tym bardziej, że wycieczka była świetna=). Sprawcą całego zamieszania był Endrju, który nigdy jeszcze tej górki nie nawiedził. Kiedy szydło wyszło z worka, postanowiliśmy, że czas na wyprawę inicjacyjną =p. Dla odmiany, poszliśmy dziś niebieskim szlakiem - z Ponikwi. Osobiście przyznaję, że nie lubię zbytnio tego szlaku. W mojej prywatnej nomenklaturze, takie długie podejścia, noszą miano "niekończących się historii" =). Idziesz i idziesz, i idziesz i.... końca nie widać=). Warunki były raczej ciężkie - szlak niby przetarty, ale nie wszędzie /zresztą naprószyło już nowym śniegiem/, sypało na nas całą drogę, wiało, była mgła, a przed szczytem brnęliśmy w zaspach po pas=). Wbrew oczekiwaniom, schronisko było dziś całkiem zaludnione, zgodnie z oczekiwaniami - herbatka smakowała jak zawsze=). Wbrew przewidywaniom - nie zabłądziliśmy ani nie zeszliśmy w przypływie ułańskiej fantazji do Krzeszowa, zgodnie z przewidywaniami - pomyliliśmy drogę i poszliśmy inną trasą /na szczęście dla nas - znacznie korzystniejszą=) /. Wbrew założeniom - droga na szczyt zajęła nam 1,5 h /nawet nie wiedziałam, że tak pędzimy!/, zgodnie z założeniami - było urzekająco pięknie, olśniewająco biało i cudownie cicho=). Brakło tylko troszkę słońca.
Na koniec zdjęcie kaplicy na Groniu. Kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam, że nawet genialny Antonio Gaudi nie potrafiłby zbudować koronkowej Sagrada Familia. A Zima... owszem, nie tylko ma doskonały gust i estetyczny zmysł, ale i świetnie robi na szydełku! =). Przed Państwem kaplica na Groniu Jana Pawła II, cała w śnieżnych koronkach:

P.s. Mam najwspanialszą mamę na świecie (i tatę też=). Zawsze kiedy przychodzimy zmarznięci i głodni, ona czeka już z pysznym obiadem. Kocham=). /Nawet gdyby nie czekała z obiadem i tak jest najlepsiejsza i moja, moja.. własna!/.

Dla Ani=)

Kasztanku, babciu Janinko, Dziobaku ufff, Aniu - pamiętasz to zdjęcie? Zawsze kiedy na nie patrzę myślę ... (patrząc na Ciebie) o Kordianie dumającym na Mont Blanc, Świteziankach, Marylach, Zosiach... no dobra żartowałam. Myślę o dziecku, które tak w Tobie lubię (i nie tylko ja =)). Takim trochę nietypowym, niepowtarzalnym i bardzo ineteligentnym =).W dniu Twoich urodzin, białych i śnieżnych, chciałam Ci życzyć, żeby ono pozostało tam na zawsze, nawet wtedy, kiedy już będziemy prawie ślepe, siedzieć na bujanych fotelach i robić na drutach szaliki dla (oby oby) wnucząt!!!! xD
Jak to było.. "ludzie fanatycznie kochają istnienie".
Wszystkiego najlepszego. Przytulam najmocniej jak umiem - urodzinowo.

Odcinek 5: Dzieci lubią zimę!!! =)

Leskowiec - 16.02.2009 =)

W czwartek padał śnieg. W piątek padał śnieg. W sobotę także padał śnieg. W niedzielę - co za zaskoczenie! - także. A że nie można pozostawać obojętnym wobec takiej ilości białego puchu, no więc wpadliśmy na pomysł jakiejś małej i skromnej wyprawy w góry. Mała i skromna wyprawa w góry oznacza ni mniej, ni więcej - Leskowiec. Pisać o Leskowcu (922 m n.p.m.), mieszkając w Beskidzie Małym, to trochę tak, jak pisać o Wawelu, będąc obywatelem miasta Kraków. Niby wszystko jasne, niby znamy każdy jego centymetr na pamięć, niby można by opowiadać o nim godzinami, ale w gruncie rzeczy... nie wiadomo, co powiedzieć ;). Że piękny - to jasne, że niezbyt wysoki - żadne odkrycie, że widoki ze szczytu są urocze - standard, że herbata w schronisku smakuje jak nigdzie indziej - no cóż, że to jeden z moich ukochanych punktów wypadowych - never mind =).Najkrótsza charakterystyka tego szczytu, jaka przyszła mi do głowy brzmi: to szczyt, który się nigdy nie znudzi=).
Pod grubą /naprawdę!/ śnieżną pierzynką Leskowiec prezentuje się fantastycznie. Jak łatwo się domyślić, śnieg był jeszcze świeżutki, niezadeptany, nienaruszony, cieplutki i pachnący - przesadziłam ;P. Wybraliśmy czarny szlak - najkrótszy i najbardziej stromy /z naciskiem na "najkrótszy" ;)/. Wbrew oczekiwaniom, nie tylko my mamy postrzelone pomysły i szlak był już nieco przetarty. Szło się więc komfortowo i w godzinę byliśmy już przy schronisku=). Schronisko na Leskowcu jest jednym z najbardziej klimatycznych miejsc w górach =). Ma swój nieodparty urok, szczególnie poza sezonem. Z licznych odwiedzin tego miejsca, zostało mi wspomnienie sprzedającej tam Pani /czy nadal tam pracuje - nie wiem/. Była to bowiem najbardziej nieprzejednana osoba w kwestii sprzedaży alkoholu wszystkim, którzy - w jej mniemaniu - ukończonego 18 roku życia mieć nie mogli. Kto zapomniał dowodu, ten o zimnym piwku na szczycie mógł sobie, co najwyżej, pomarzyć. I nie pomogło ani błagalne spojrzenie, ani szczere zapewnienia, ani stosowany umiejętnie urok osobisty, ani pozowanie na "śmierć z pragnienia" =). W każdym razie - obowiązkowo polecam wypić tam choć herbatkę! =) Po nawiedzeniu schroniska poszliśmy na szczyt (to jakieś 10 min). Było biało, biało i biało=). Oślepiająco, rażąco, i poruszająco pięknie. Nawet słońce wyciągnęło z zanadrza kilka swoich promyczków, muskając nimi nieruchomy i cichy krajobraz =). Bardzo chcieliśmy kontynuować wycieczkę na Łamaną Skałę, ale niestety tej trasy nikt nie przetarł, a na brodzenie w śniegu po pas przez kolejnych kilka godzin nie mieliśmy czasu /i ochoty ;)/. Zamiast tego postanowiliśmy dotrzeć do tamtejszej kaplicy, co okazało się decyzją dosyć zgubną w skutkach. Brodzenie w śniegu po pas i tak nas nie ominęło, ale za to było naprawdę dużo śmiechu=). Co więcej gdy już dopełzliśmy na miejsce, okazało się, że z drugiej strony była udeptana ścieżka. No cóż...

Na koniec muszę wspomnieć
o moim epokowym odkryciu - ŚNIEGOTERAPII. Doprawdy, nic tak człowieka nie stawia na nogi, jak kilka minut spędzonych w śnieżnej zaspie. Świeżutki śnieg wykazuje działanie odprężające, relaksujące, chłodzące i wyciszające. Do wyboru mamy trzy zestawy kosmetyczne: "Stojąc w śniegu" - zestaw kojący; "Leżąc w zaspie" - zestaw relaksujący; Bitwa na śnieżki! =) - zestaw energetyzujący; Wszystkie sprawdziłam osobiście i polecam!

"Kiedy jesteś dzieckiem i nawet śnieg pachnie, i wszystkie wiatry
są dla ciebie, śpiewaj."
/Jacek Podsiadło/

Zwiastun kinowy: Królowa

La regina di bellezza

"Królowa jest tylko jedna" - jak mawia pewna polska piosenkarka. Muszę się z nią zgodzić. Królowa jest tylko jedna=). Wyniosła jak Elżbieta I, kapryśna i zmienna - jak kobieta w stanie błogosławionym, złośliwa i przekorna jak szekspirowska złośnica, tajemnicza i nieprzewidywalna jak boginie greckiej mitologii. Przy tym wszystkim skrajna indywidualistka, piękna jak Helena Trojańska i romantyczna jak Ania z Zielonego Wzgórza. Królowa. Babia Góra=)Na Babiej byłam do tej pory trzykrotnie. Po raz pierwszy zdobyłam ją nocą 31.08.2002 - po to by móc ze szczytu zobaczyć wschód słońca. To była jedna z najbardziej niesamowitych chwil w moim życiu=). Drugi raz wybrałam się na Babią w lipcu 2006 r. Było upalne lato, temperatury przekraczały 30 stopni. A Babia jak to Babia, tuż przed szczytem uraczyła nas deszczem, gradem i burzą. To też była jedna z najbardziej "niesamowitych" chwil w moim życiu=). A konkluzja tejże wycieczki była następująca: "nigdy więcej Babiej Góry". Miesiąc później.. poszłam po raz trzeci. Przez całą drogę towarzyszyło nam przytulne, wrześniowe słońce. Żadnych niespodzianek, żadnych nieprzewidzianych numerów. La donna e mobile - że tak zacytuję Rigoletto Verdiego. =) Teraz kolej na wyprawę zimową. Czy się uda, zobaczymy. Z mogielickiej wieży mogliśmy zobaczyć wyłaniającą się z mgieł /niczym Afrodyta z morskiej piany/ bohaterkę niniejszego wpisu. Na specjalne życzenie;). La regina:
(fot. a)


Odcinek 4: Księżniczka na wieży.. i co z tego wynikło...

Mogielica - 5.02.2009

Mogielica to najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego. Tak więc, kolejny element Korony Gór Polski został zdobyty! W rankingu na miss i mistera Beskidów, ta piękna góra, plasuje się na miejscu czwartym. Nasza trzecia Wicemiss ma bowiem 1171 m n.p.m. i jak przystało na tajemniczą kobietę, obdarzona jest zmiennymi nastrojami, a ponadto uwielbia zaskakiwać i czyni to z uporem godnym prawdziwej damy;). Wycieczka na Mogielicę jest dla mnie ewidentnym dowodem na to, że cuda się zdarzają =).
Przywitała nas chłodno i powściągliwie - zimną i gęstą mgłą, którą widać na pierwszym zdjęciu. Byliśmy więc trochę zrezygnowani. /Choć i takie morze
mgieł posiada swój dyskretny urok=)/. Po dosyć męczącej wędrówce, dotarliśmy wreszcie na szczyt. Mimo kiepskiej pogody, postanowiliśmy zabawić tam przez chwilkę. Po mniej więcej piętnastu minutach ukazał się nam maleńki i słabiutki jeszcze skraweczek błękitnego nieba. Potem ten fragmencik zaczął się powiększać i nagle.. tak, nagle rozbłysło słońce! Jeśli ktoś nie wierzy w cuda, to ta nagła, niespodziewana, wymarzona, upragniona, diametralna zmiana aury jest dowodem na to, że one istnieją=). Nie tracąc ani chwili wdrapaliśmy się na wieżę widokową. Zaraz, zaraz, przesadziłam z optymizmem. Ja raczej wpełzłam - blada ze strachu i z trzęsącymi się kolanami. Ale opłacało się być dzielną. Bo to, co zobaczyłam z najwyższego (sic!) poziomu wieży, po prostu mnie oczarowało=). Co więcej, mgła rozproszona przez wiatr i słońce, co jakiś czas przetaczała się przez widnokrąg, dzięki czemu widok, na który spoglądaliśmy, ukazywał się naszym oczom wciąż w innej postaci, pod inną mgiełkową sukienką. /Mówiłam - Mogielica to stuprocentowa kobieta ;)/. Oto efekt:


Gdy nasyciliśmy się już widokami i sfotografowaliśmy wszystko po tysiąc razy, nadeszła pora na drogę powrotną. /Najpierw trzeba było zejść z wieży, a schodzenie jest dużo gorsze niż wychodzenie ;)/. Podejście na szczyt zajęło nam 1,5 h /sugerowany czas to 2,5/. Szliśmy zielonym szlakiem od przełęczy Rydza-Śmigłego. Droga powrotna, tą samą trasą, w promieniach wciąż jeszcze świecącego słońca, była już czystą przyjemnością.


A to jedno z moich ulubionych zdjęć. Zrobione właściwie przypadkiem, już po zejściu z Mogielicy. Jak widać mgła powróciła. A mi udało się uchwycić ostatnie promyczki słońca przebijające się zza jej kłębiastych warstw i odbijające się w jeszcze oblodzonej, wiejskiej drodze. Czy można chcieć więcej?
Na koniec nie może zabraknąć tytułowej "księżniczki". W baśniach takie księżniczki grzecznie siedziały w wieży. Zapuszczały wielometrowe warkocze /w końcu ukochany musiał się po czymś wspiąć/ i prawdopodobnie uczyły się na pamięć nazw gwiezdnych konstelacji, wyglądając przez półokrągłe mini okienka =). Ale co ma zrobić, "księżniczka" obdarzona lękiem wysokości, gdy wieża ma aż 20 metrów? Najlepiej wchodzić i wychodzić tyle razy, aż w końcu przestanie się bać=). Zresztą, na księżniczkę to ja się kompletnie nie nadaję.

Koniec bajki i bomba, kto nie słuchał ten trąba.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się.

Odcinek 3: Góry i SUBKULTURY. Czy Czupel może być punkiem???

Czupel, Magurka, Gaiki - 30.12.2008


Minus osiem stopni. To nie przelewki=). Do tego gruba warstwa świeżutkiego, bielutkiego i puszystego niczym serek Almette śniegu. Do tego piękne, mocne, grudniowe ońce. Takie zestawienie warunków klimatycznych określa się mianem - IDEALNE! W idealną pogodę sięga się po szczyty z najwyższej /he he/ półki=). No więc, sięgnęliśmy po Czupel (933 m n.p.m. - szaleństwo xD). Wyruszyliśmy z Międzybrodzia Bialskiego - czerwonym szlakiem. Podejście na Czupel - jak na Beskidy - jest dosyć strome=). Szliśmy cały czas drogą przez las (uwaga - pod koniec zmieniliśmy szlak na niebieski). Dopiero na szczycie rozciągnęła się przed nami niesamowita panorama Beskidu Małego oraz pasma Hrobaczej Łąki. Z racji doskonałej widoczności mogliśmy zobaczyć także Babią Górę, a nawet ośnieżone szczyty Tatr =)! Wszystko to było lekko oprószone zalegającą w dolinach, mleczną i delikatną /tym razem niczym wedlowskie ptasie mleczko/ mgiełką.
Z Czupla pomaszerowaliśmy na Magurkę Wilkowiecką (909 m n.p.m.) - czwarty pod względem wysokości szczyt Beskidu Małego. Na Magurce znajduje się dość duże schronisko PTTK. Myślę, że nie będzie to zaskoczeniem, jeśli powiem, że... darowaliśmy sobie penetrowanie wnętrza, tego bez wątpienia użytecznego budynku =). Żal było rozstawać się choć na chwilę z grudniowym słońcem ;). Po za tym musieliśmy zastanowić się: "co dalej?". W wyniku demokratycznego, bezpośredniego, jawnego i dobrowolnego /miejmy nadzieję=)/ głosowania, podjęliśmy decyzję o przedłużeniu naszej wędrówki o kolejną beskidzką "stację".
Po zejściu z Magurki i przejściu Przełęczy Przegibek (663 m n.p.m.) wdrapaliśmy się - niebieskim szlakiem - na Gaiki (808 m n.p.m. )/czyż te nazwy nie są urocze? =)/. To maleńki, zalesiony szczyt - właściwie taka polanka, z której w około godzinkę można dojść na Hrobaczą Łąkę. Niestety, miało się już ku zachodowi i z bólem serca /przynajmniej mojego ;)/ zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. No cóż, mamy pretekst żeby przejść tą trasę po raz kolejny. Zeszliśmy najpierw zielonym, a potem znów niebieskim szlakiem. Całość zajęła nam około 6 h, ale szliśmy dość wolno. Zresztą, było
tak pięknie, że
nikt nie mógłby się oprzeć ciągłym postojom, już choćby po to żeby zrobić kilka /i tak nie oddających piękna krajobrazu=) / zdjęć. Nawet ja. Oto dowód ;)

Przez całą drogę towarzyszyło nam piękne słońce. Dzięki temu śnieg mienił się wszystkimi kolorami tęczy (sic!). Można by powiedzieć, że ziemia - jak przystało na prawdziwą kobietę - przystroiła się w swoją najlepszą, najśliczniejszą, brokatową suknię. W końcu zbliżał się Nowy Rok i Sylwester był tuż, tuż. Bardzo chciałam ująć choć trochę tego
śnieżnego, tęczowego brokatu na fotografii. Nawet się udało=). Jeszcze tylko wyjaśnienie skąd tytuł: "Góry i subkultury"=). Otóż kiedy spojrzymy na Czupel z dołu, zobaczymy na jego szczycie szereg drzew. W zimie, gdy są one pozbawione liści, sprawiają wrażenie równiutkiego, regularnego... irokeza! Ta myśl niesłychanie mnie rozbawiła. I tak Czupel zyskał przydomek: Czupel - Irokez =D!
Są szczyty, które lubi się bardziej i takie, które nieco mniej. Czupel pokochałam. Być może dzięki niesamowitej pogodzie, może dzięki jego subkulturowym zapędom, może dzięki skrzącemu się wielobarwnie śniegowi. Nie wiem=). Ale była to miłość od pierwszego wejrzenia i na zawsze =).

Odcinek 2: Zima lubi dzieci =)

Lubomir i Kudłacze - 22.11.2008

 

Tym razem wzięliśmy na tapetę Beskid Makowski. Padło na Lubomir (904 m n.p.m.). Mimo marniutkiej wysokości, jest to najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego, zaliczany do Korony Gór Polski! /Kolejna lekturka obowiązkowa, tym razem z serii wydawniczej „Beskid Makowski”=)/. Jak przystało na koniec listopada, w górach było już sporo śniegu. Droga na szczyt minęła nam bardzo szybko, taki spacerek – w sam raz na dotlenienie szarych komórek, lub przy ich braku – przewietrzenie np. uszu=). Na szczycie czeka niewtajemniczonych turystów surprise – maleńkie obserwatorium astronomiczne im. T. Banachiewicza i tuż obok pozostałości dawnego obserwatorium, spalonego przez Niemców latem 1944 r.
Ponieważ było pięknie, biało i śnieżnie postanowiliśmy przedłużyć trasę i poszliśmy do oddalonego o jakąś godzinkę drogi schroniska na Kudłaczach. Jak ono wygląda wewnątrz – nie wiem, gdyż nie pofatygowaliśmy się do środka. To była przechadzka w stylu Forresta Gumpa – do celu, a potem come back. Czyli tak jak lubię najbardziej =).
Na koniec mała refleksja. Można się zastanawiać, co takiego oferują nam Beskidy? Wysokości są marniutkie, adrenalina zerowa, zmęczyć za bardzo się nie da =). Przyznaję, że myślałam tak bardzo długo i zawsze z rezerwą odnosiłam się do pomysłów wypadu w te góry. Chodziłam więc dużo po Tatrach, szczególnie chętnie wysokich, a o Beskidach myślałam: "na emeryturze" =) /sic!/. A jednak - są to góry niezwykłe. Idąc w Beskidy nie musimy usilnie koncentrować się na osiągnięciu zamierzonego celu, możemy tworzyć plan swojej wędrówki "na bieżąco". Przedłużyć ją, jeśli tylko pozwala nam na to czas i ochota, lub zadowolić się zdobytym właśnie szczytem. Idąc w Beskidy możemy skoncentrować się na widokach, detalach krajobrazu lub nawet na rozmowie z przyjacielem. Wniosek jest krótki: polecam wspinaczkowy mix - czasem Tatry, od czasu do czasu Beskidy, a jak się uda to i Himalaje=) A co!
(fot.K)

Odcinek 1: Madohora - o borówkach, beskidzkich niespodziankach i poszukiwaniu pustelnika =)

Potrójna i Łamana Skała - 10.11.2008

Długie weekendy, które co jakiś czas serwuje nam nasz polski kalendarz, zdecydowanie sprzyjają wycieczkom w góry. Ta była niespodziewana, nieplanowana i chyba podświadomie przeze mnie wytęskniona =). Bardzo chciałam iść w góry, a że marzenia lubią się spełniać /naprawdę!/, otrzymałam późnym wieczorkiem propozycję małego wypadu na pobliską Łamaną Skałę.
Następnego dnia zostawiliśmy samochód pod znajdującym się na Kocierzu ośrodkiem, po czym pomaszerowaliśmy na nasz – czyli czerwony – szlak. Szlak ten jest bardzo przyjemny, nie wymaga specjalnej /żeby nie powiedzieć żadnej=)/ kondycji, i jak to zazwyczaj w Beskidach, nie zaskoczy na stromymi podejściami, bezdennymi przepaściami, łańcuchami i innymi tego typu atrakcjami. W końcu nie tego szukamy w Beskidzie Małym.
Gdy doszliśmy na Potrójną (884 m n.p.m.) rozciągnęła się przed nami wielka, porośnięta trawą przestrzeń. Takie przestrzenie – przyznaję - lubię najbardziej. Dużo żółtej trawy, jakiś domek, i widok na Beskidy. Zabawiliśmy tam dłuższą chwilę, zastanawiając się nad zdatnością do konsumpcji kilku odrobinkę już pomarszczonych borówek z pobliskiego krzaczka =). Po moim powtórzonym kilkanaście razy: „możemy już iść?”, podreptaliśmy dalej, na Łamaną Skałę (929 m n.p.m.). Po drodze minęliśmy drogowskaz prowadzący do chatki studenckiej, który, uwaga, bardzo łatwo przeoczyć. W końcu dotarliśmy na miejsce. Piszę miejsce bo słowo „szczyt” – naprawdę, w kontekście Łamanej Skały – brzmi zbyt patetycznie! Pierwsza moja refleksja brzmiała: „To już?” – bo cóż to za szczyt, którego właściwie nie ma i z którego NIC nie widać? Nawet połamanych skał nie mogłam się nigdzie dopatrzeć=). Ot, kupka kamieni i po imprezie=) /W tej chwili znienawidzili mnie wszyscy miłośnicy Łamanej=)/.
Dla sprawiedliwości dodam tylko, że Madohora /to druga nazwa szczytu – piękna, prawda?/ jest drugim pod względem wysokości szczytem w BM. Więc, pomimo pewnego /kiepsko skrywanego/ rozczarowania polecam ją jako „lekturę obowiązkową” z serii wydawniczej „Beskid Mały”.
Z Łamanej Skały w około godzinę można by dojść na Leskowiec, ale z braku czasu musieliśmy /ku mojemu wielkiemu żalowi ;), / zrezygnować z tego projektu.
Całość – czyli droga czerwonym szlakiem na Łamaną, przez Potrójną i powrót zajęła nam około 4,5 godziny. Ale specjalnie się nie spieszyliśmy, no i dość długo odpoczywaliśmy na Potrójnej=). Przez cały czas towarzyszył nam akompaniament szeleszczących pod butami jesiennych liści, zapach trawy, kory, żywicy i chłodny powiew wiatru. Po prostu jesień. Niestety zabrakło słońca.
Aha, podobno na Potrójnej znajduje się chatka pustelnika. [Na pewno znajduje się dość spory dom rekolekcyjny – ale to nie to samo]. Chatki odnaleźć się nam nie udało, ale przy końcu wycieczki minęliśmy pana, który moim zdaniem, świetnie się do roli pustelnika nadawał. Był starszy, niósł chleb /pewnie popijał wodą ze strumienia =)/ i co najważniejsze… miał brodę =)... długą!
(fot.a)

Z cyklu "W starym kinie" : Tunezja =)

Morza szum ptaków śpiew i... wielbłądy zamiast mew... - Tunezja.

Przeglądając ostatnio zdjęcia na naszym domowym komputerze, znalazłam folder fotek z Tunezji. Były to wspaniałe wakacje. Pomyślałam więc, że wobec perspektywy kolejnych, zrobię małą kryptoreklamę dla wszystkich, którzy wahają się... gdzie by tu pojechać w tym roku... xD. To żartem. A tak na serio, to po prostu chciałabym utrwalić wspomnienia z tego czasu. Magię tamtej atmosfery, swoje odczucia i wrażenia. Bardziej dla siebie, niż dla... bloga =).Podróż do Tunezji miała jeden wielkim minus.. konieczność przemieszczania się samolotem =). Zdecydowanie jestem dziewczyną twardo stąpającą po ziemi i bardzo lubię czuć grunt pod nogami ;). Po wylądowaniu na lotnisku w Monastirze i wyjściu z tej kupy żelastwa, nazywanej potocznie samolotem, miałam wielką ochotę kogoś uścisnąć, czy też przytulić się do podłoża (choćby i asfaltowego =)). No ale skupmy się na samym kraju.... Mieszkaliśmy w Skanes - to taka mała miejscowość w pobliżu Sousse, Mahdia i Monastiru. Przez czas pobytu udało mi się zobaczyć kilka ciekawych miejsc, które opiszę.

Na bazarku w dzień targowy...
Sousse

Obowiązkowym zjawiskiem do zobaczenia w Tunezji jest bazar - nie zobaczyć go, to tak, jakby pojechać do Zakopca i nie odwiedzić Krupówek. My jeździliśmy do Sousse. Naprawdę - przy tym bazarze, Krupówki wymiękają doszczętnie. Takiego nagromadzenia rzeczy dziwnych, dziwniejszych, niepotrzebnych, kiczowatych, robionych ręcznie i masowo, we wszystkich rozmiarach i kształtach, ale także pięknych, wielobarwnych, egzotycznych i zawsze posiadających nieodparty urok tandety, nie widziałam nigdzie=). Można było kupić wszystko. Nawet żółwie! Co zresztą jest zabronione i nielegalne /jak wyjaśnił mi mój tunezyjski kolega, ludzie przewożą je przez granice w pudełkach od papierosów/. Była nawet zielenina.. ale gwarantuje, nikt z nas by jej nie kupił. W ogóle kupować nie należy za wiele. Za to można się fantastycznie bawić, podczas targowania ze sprzedawcami. Zaręczam - każdy z nich, gdy idzie o opylenie swojego towaru, jest poliglotą! =) Ostatecznie za towar, kosztujący dajmy na to 100 dinarów płacimy 10 (albo i mniej) - i wilk syty i owca cała. Irytuje tylko odrobinę natarczywość handlujących. Ale można sobie z tym poradzić. A nawet trzeba ;).

Pomaluj mój świat... na niebiesko!!!
Sidi bou Said

A to moje absolutnie ukochane miasteczko. Tunezyjskie Beverly Hills. Maleńki raj na ziemi. Arkadyjska kraina słońca, ciszy i spokoju. Charakterystyczną cechą tej magicznej miejscowości są białe domki z pomalowanymi na błękitno oknami i drzwiami. Wygląda to po prostu pięknie. Przez środek miasteczka prowadzi wąska alejka. U jej końca otwiera się przed nami widok na Morze Śródziemne. A to już błękit w najczystszej postaci=). Swoją drogą podobno w Sidi bou Said mieszkał trener Kasperczak, gdy jeszcze prowadził tunezyjską reprezentację. (Zajął z nią nawet drugie miejsce w Pucharze Narodów Afryki=) /. Sidi bou Said to mój zdecydowany numer 1. Zresztą najlepiej popatrzeć:


Nie przenoście nam stolicy...
Tunis

Hmm... Tunis mnie nie powalił. Zdecydowanie bardziej odpowiadały mi klimaty małomiasteczkowe. Zbyt tu europejsko, zbyt nowocześnie, zbyt podobnie do tego, co widzimy na ulicach naszych miast=). Jak przystało na stolicę, wszystko tętni życiem, ulicami przechadzają się tłumy turystów, pięknie ubrane Arabki, trochę rodowitych mieszkańców. Dookoła mnóstwo sklepów. Warto przespacerować się ulicą Habib Bourguiby (pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji). I zjeść jakieś dobre lody xD. W Tunisie można też odwiedzić rzymskokatolicką świątynię - naprawdę robi ona niesamowite wrażenie, zważywszy, że dookoła są tylko meczety=)). Katedra św. Wincentego (Saint Vincent de Paul) została wybudowana w 1882 roku. Podobno w środku znajdują się niezwykle piękne freski. Podobno - niestety nie widziałam. Była zamknięta na cztery spusty =(.
Za to z radością odwiedziliśmy Muzeum Narodowe w Bardo, mieszczące się w okazałym osiemnastowiecznym zespole pałacowym bejów. W muzeum zobaczymy wszelakie wykopaliska archeologiczne, i przede wszystkim słynną kolekcję rzymskich mozaik. Usytuowanie w murach pałacu pozwala też
zapoznać się ze stylem życia jego dawnych mieszkańców.
Tunezyjskie muzeum jest dosyć specyficzne. Myślę, że zdecydowanie mniej rygorystycznie traktuje się tam zwiedzających. Pewnie niejeden europejski kustosz zdziwiłby się, widząc tłumy, robiące zdjęcia z włączoną lampą błyskową wszystkim eksponatom=). Mozaiki mające kilka tysięcy lat, są ledwie otoczone jakimś sznurem. Mnie najbardziej urzekła ornamentyka ścian. Na zdjęciu obok widać jak na zaledwie kilku metrach kwadratowych, sąsiadują ze sobą różnorodne, niesamowicie misternie wykonane zdobienia. Każdy sufit, każda ściana była swego rodzaju dziełem sztuki. Naprawdę niepowtarzalnym. Naprawdę pięknym. Naprawdę baśniowym.


A mury runą, runą, runą...
Kartagina

No i na koniec.. lekcja historii w terenie =). Kartagina jest niesamowita=). W ogóle to świetne uczucie stanąć w miejscu wojen punickich, o których w końcu uczyło się dość szczegółowo w szkole xD. Trudno ją zwiedzić tylko z jednego powodu - prażącego słońca. Dlatego większą popularnością cieszą się podziemia. Ja spenetrowałam grób zamożnego mieszkańca.. Co ciekawe, w takim grobie po śmierci męża, zamurowywano też żonę (żywą). Jakkolwiek straszny ten proceder by nie był, ubawił mnie pan stojący obok mnie i mówiący do s
wojej lubej: "No idź, weź wymiary" xD. Nie dziwię się, że w czasach swej świetności Kartagina była niezwykle cennym łupem i chętnie odwiedzanym punktem na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Jeśli jeszcze dziś - mimo, że zostały z niej tylko ruiny - jest tak piękna=).

Fajne wakacj
e. Kiedy wiatr wiał od Sahary temperatura potrafiła sięgać 48 stopni =). Piasek na plaży parzył w stopy, zmuszając do sprintu, ale powiew znad Morza Śródziemnego łagodził wszystko=). Chciałabym bardzo zobaczyć kiedpołudnie Tunezji. Północ - jest jak ogród, południe to pustynia. Na północy wystarczy zapewnić ziemi trochę wody i wszystko, wszystko kwitnie tabunami. Północ jest znacznie zamożniejsza, znacznie bardziej cywilizowana i opanowana przez tłumy turystów z całego świata. Na razie miałam więc tylko maleńki przedsmak Tunezji, można powiedzieć próbną degustację. Może kiedyś, uda się zobaczyć coś więcej. Zobaczyć prawdziwe życie tego kraju. Niestety ogromne różnice kulturowe, nie ułatwiają kobiecie podróżowania po tamtych rejonach. Choć ludzie są naprawdę wspaniali - życzliwi, zawsze uśmiechnięci. Ile w tym turystyki, wyrachowania i nastawienia na zysk? Nie wiem. Pewnie sporo. Mimo wszystko naprawdę - było warto. Pozostaje tylko kombinować.. jak tam jeszcze wrócić =).