Odcinek 9: Ta... niezwykła Śnieżnica =) - czyli jak w góry, to tylko bez piątej klepki =D.

26.03.2009 - Śnieżnica

Przyznaję - bardzo chciałam wyjść na tą górkę =). Posiadam nieukrywany sentyment do wszystkich szczytów, których nazwa wiąże się ze słowem "śnieg" ;). I jak na życzenie - pomimo, że w planach był Ćwilin - ostatecznie wylądowaliśmy na Śnieżnicy (1006 m n.p.m.). A że życie jest pełne paradoksów, nasza pierwsza wiosenna wyprawa w góry, była najbardziej śnieżna i zimowa, ze wszystkich opisanych na tym blogu=).
Bo kiedy w Krakowie wiosna zaczyna się zadamawiać na dobre, w Beskidzie Wyspowym, Lady Zima skutecznie eliminuje ewentualne konkurentki do tytułu=). Panuje niepodzielnie, absolutnie i z niepodważalnym wdziękiem! I jak się wydaje nie ma najmniejszej ochoty na abdykację...

Na Śnieżnicę udaliśmy się niebieskim szlakiem - biegnie on od Ćwilina , przez Przełęcz Gruszowiec. Tam też ma swój początek szlak zielony. Przez pewien fragment trasy szlaki biegną równolegle. Ten odcinek był raczej komfortowy=). Wkrótce jednak szlaki się rozwidlają: zielonym po około dziesięciu minutach można dojść do ośrodka rekolekcyjnego i schroniska, niebieski prowadzi na szczyt. Wybraliśmy naturalnie - niebieski. Zaczęło się raczej niewinnie. Pół godziny drogi w śniegu po kolana. Trudności sprawiało nam jedynie odnalezienie oznaczeń szlaku, które z racji wielkich ilości białego puchu, gdzieś się poukrywały. Po tym "wstępie", szlak skręcił odrobinę w lewo. Ścieżka wiodła przez coś w rodzaju mini wąwozu. Użyte tu przeze mnie, jakże optymistyczne określenie "ścieżka", należy naturalnie rozumieć metaforycznie=). Oczywiście, nie było żadnej drogi, szlaku, trasy - nic=). Był tylko świeżutki, nieprzetarty śnieg.

Ale cóż, pełni optymizmu postanowiliśmy /z braku innych opcji/ sami przetrzeć sobie drogę na szczyt. I zaczęła się jazda. Przez dwie godziny brnęliśmy w śniegu po pas=). Naprawdę po pas=). Naprawdę przez dwie godziny=). Naprawdę brnęliśmy /nie da się tego inaczej nazwać/=). Oczywiście ochraniacze nie mogły tego wytrzymać, więc w połowie drogi byliśmy przemoczeni. No i było nam w związku z tym troszkę zimno=).

Jednak zanim zaczęło być bardzo zimno, przeszliśmy spory odcinek trasy. I cóż? Wracać nie wiedząc, czy szczyt jest za 5, 10 czy 20 minut - bez sensu. A nuż byliśmy tuż, tuż... Śnieżnica jest dość specyficzna i kiedy naokoło wyłącznie drzewa i śnieg - każdy zakręt wydaję się być wytęsknioną metą. Takich "wytęsknionych met" minęliśmy kilka. Na szczęście jak każda niekończąca się historia i ta miała swój finał, powiedziałabym nawet happy end ;). I po długich, mozolnych trudach znaleźliśmy się na szczycie. Zalesionym=). W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze wspomniane "schronisko" i znajdującą się tam kaplicę. Przyznaję - śliczną, drewnianą, przytulną i kunsztownie zdobioną=).

Hasłem dzisiejszej wycieczki były słowa "Ta cholerna Śnieżnica!" =D. Jednak powstało ono w desperacji i muszę je unieważnić =). Muszę, ponieważ było tak niesamowicie, niesamowicie pięknie, że nawet metrowe zaspy nie są w stanie p
odważyć tego faktu. Na Babiej śnieg był wielobarwny, biel mieniła się jak paleta impresjonisty. Był też zróżnicowany pod względem "faktury" - ubity lub świeży, gładki lub udrapowany /niczym suknia mitologicznej bogini/, przez figlarny Wiatr. Na Śnieżnicy panowała cisza z lekką domieszką delikatnego powiewu. Na Śnieżnicy panowała wyłącznie Biel. Tak oślepiająca i rażąca, że początkowo musiałam mrużyć oczy, żeby cokolwiek widzieć. Puchowy kożuszek naszej Bohaterki był nieskalanie czysty. Nigdy jeszcze nie widziałam takiego czystego śniegu - wielkiej, grubej, puszystej masy, pozostawionej w swoim nienaruszonym stanie. Pokrywającej wszystko i wszędzie. Mogłoby się wydawać, że Śnieżnica zapadła pod tą grubą sukienką w zimowy sen. Ale kiedy zza chmur nieśmiało przebijały promienie (bądź co bądź wiosennego =)) słońca, to cała brokatowa tkanina jej kreacji ożywała, mieniąc się i błyszcząc jak najlepszej jakości jedwab=). Mieliśmy więc pierwszy tej wiosny pokaz mody. A może po prostu zachwycający spektakl=). I w gruncie rzeczy, nie ma się czemu dziwić - Śnieżnica jest olśniewająco piękną modelką, Lady Zima jest doskonałą stylistką, Cisza to najbardziej wyszukany podkład muzyczny, a całości dopełniło Słońce - genialny reżyser światła. Tak po prostu. A najważniejszy i tak pozostaje Projektant=).

wieczór... shopenowski xD

19.03.2009 Dzień To Niezwykły, Dzień To Radosny - Szopen Ukończył 23 Wiosny!

Drogi Szopenku!
Miast pisać tradycyjne życzenia, co wychodzi mi raczej kiepsko, postanowiłam zamieścić tutaj małą listę - listę Twych niezliczonych właściwości, które sprawiają, że jesteś jedyna w swoim rodzaju=). Allora:
Szopen je
st absolutnie wyjątkowy, niepowtarzalny i oryginalny ponieważ nikt inny spośród znanych mi ludziów:
1. Nie przepisuje smsów do notesu! (w dodatku na wykładach =P) i nie gromadzi tylu dziwnych rzeczy w pudełkach=)
2. Nie przykrywa ugotowanego ryżu grubym kocem w niewiadomych dla mnie celach=)
3. Ni
e śpiewa pieśni w kościele tak dźwięcznym i donośnym sopranem =), doprowadzając mnie do wybuchów nieopanowanego śmiechu xD /o zgrozo!/.
4. Nie przestrzega tak NIErestrykcyjnie tygodniowego limitu spożywania jajek (hehehe)=P
5. Nie doprowadza mnie do śmiechu jednym ironicznym spojrzeniem - oczywiście wtedy, kiedy w żadnym wypadku nie powinnam się śmiać=P
6. Nie przyn
ależy do elitarnego klubu Trzech Muszkieterów, składającego się z Rączej Sarny, Gibkiej Surykatki i Dzikiej Loszki =P (podobno Tańcząca Chmura ubiega się o przyjęcie =D).
7. Nie mówi do mnie takim tonem "Ty wariacie!"
8. Nie
jest w stanie przeczytać ośmiu stron tekstu nie zauważając, że brakuje dwóch środkowych kartek =)!!!
9. Nie rozumie tajnego grypsu /z wiodącym słowem "obłopalczasty"=)/.
10. Nie m
ógłby pierwszego dnia w pracy zdemolować zawiasów w skrzynce na książki=)
11. Nie potrafi ubrać się w 5 min, zjeść śniadania i jeszcze zdążyć na autobus=)
12. Nie zna na pamięć wszystkich odcinków "Przyjaciół" i nie ogląda tak zapamiętale tvn-owskich seriali=P
13. Nie pod
ejmuje tak długo, głośno i irytująco najprostszych decyzji =* =)
14. Nie robi tak pysznego budyniu i nie rezygnuje ze spożywania posiłków już po godzinie 18 /tolerując jednakowoż moje smażenie frytek po 21 =P/.
15. Nie je
st tak świetnym towarzyszem autobusowych podróży na uczelnię i z powrotem=).
16. NO I W KOŃCU.. NIKT INNY Z MOICH ZNAJOMYCH NIE... JEST TOBĄ =D

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚ!

Odcinek 8: Jej Wysokość, Królowa Wiatru - Babia Góra!

Babia Góra - 5.03.2009 =)

Będąc w księgarni, rzuciłam ostatnio okiem na książkę Pałkiewicza Sztuka podróżowania. Był tam rozdzialik poświęcony zasadom radzenia sobie w stanach hipotermii. Pomyślałam: "Może się przydać.. na Babiej". Bo oczywiście o wyprawie na "Babią w śniegu" (1725 m n.p.m.) myśleliśmy j od dłuższego czasu. A mi ten szczyt niezmiennie kojarzył się z przenikającym chłodem. No i udało się! Wyprawa zimowa doszła do skutku. Znając jednak zmienny charakter Miłościwie Nam Panującej, nikt z nas nie wiedział czego się tak naprawdę spodziewać. Poza jednym: że można się spodziewać wszystkiego=). Ja liczyłam w głębi serca na dobry humor Królowej i choć odrobinkę słońca na szczycie. Niestety, przyjęła nas raczej chłodno i statecznie, ale przynajmniej bez większych wahań nastroju=). Można powiedzieć: stonowana dworska etykieta. Wybraliśmy zielony szlak, a po dojściu to powstającego właśnie nowego schroniska, /a tamto dawne było takie hm.. klimatyczne!/ czerwony.

Pierwszy etap trasy - droga do schroniska - zajęła nam około 1,5 h. Ponieważ droga wiedzie przez las, było ciepło i przytulnie. Mimo grubej warstwy śniegu, nie zapadaliśmy się, ponieważ śnieg jest ubity i twardy. Za to, w ramach urozmaicenia - trochę się ślizgaliśmy =). Generalnie jednak było miło, a po drodze spotkaliśmy polną myszkę. Nieśmiała była i nie chciała spojrzeć w obiektyw, niestety;). W trakcie pierwszego etapu okazało się także, że jedyną osobą posiadającą aparat fotograficzny wyposażony w naładowane baterie jestem ja=). /A kto ma aparat ten ma władzę he he/. Po minięciu schroniska szliśmy jeszcze przez jakiś czas lasem, dość stromo pod górę. I tak pomykając dotarliśmy do przełęczy Brona (1408 m n.p.m.). I tutaj skończyło się rumakowanie =). No może nie tak od razu. Ale na pewno po około 15 min drogi.

Albowiem;) uderzył w nas potężny wicher, który towarzyszył nam aż do samego szczytu. Wiatr ten miał naprawdę wielką siłę i mnie, ze względu na moje jakże potężne gabaryty, niemal porywał a przede wszystkim cały czas ściągał na lewo /w stronę, jak mniemam, jakiejś przepaści;) - czego wolałam jednak nie sprawdzać/. Przez około 40 min szliśmy smagani od prawej strony zimnym podmuchem. Przyznaję, że duet Wiatr & Śnieg, na polu artystycznym osiąga niesamowite efekty - powierzchnia śniegu była jak gdyby przyozdobiona puchowymi ornamentami. Jednak nie mogłam specjalnie napawać się ich urokiem, gdyż zamarzła mi prawa część twarzy wraz z rzęsami, a z oczu leciały wywołane wiatrem łzy. Poza tym, jak już wspomniałam, musieliśmy nieźle się męczyć, żeby posuwać się w górę. Mimo wszystko, myślę, że lubię kiedy wieje=).

Babia zafundowała nam jednak power effect i im bliżej znajdowaliśmy się jej szlachetnego oblicza, tym bardziej zwiększała się mgła=). Trudno nawet powiedzieć, że szliśmy we mgle. To była wszechobecna BIEL. Biel u góry, u dołu z prawej i lewej. Biel z przodu i z tyłu. Mgła gęsta jak mleko. Do tego fruwające w powietrzu kryształki śniegu. Tak chyba musi czuć się człowiek w oku cyklonu - jakby zamknięty w wirującej otchłani bieli=). W każdym razie ja trochę tak się czułam. A jeszcze bardziej - jak członek ekspedycji na Biegun Południowy;). W takiej przestrzeni można poczuć się jakby poza czasem=).


Byliśmy jednak wytrwali i dotarliśmy na szczyt. Po króciutkim odpoczynku w osłoniętym miejscu ruszyliśmy z powrotem=). Droga powrotna - jak to droga powrotna. Zawsze jest przyjemna i szybsza. No i mniej męcząca. Ta była również bardzo wesoła, bo co chwilkę potykaliśmy się, zjeżdżaliśmy na butach /niczym Małysz na nartach na rozbiegu skoczni ;)/, i zaliczaliśmy "glebusie". Zatrzymaliśmy się też na chwilkę w Goprówce żeby w końcu coś skonsumować;). A potem już tylko w dół. Całość zajęła nam 5 h. Chyba niezły czas, jak na tak trudne warunki i mnóstwo przerw w drodze powrotnej, przeznaczonych na wygłupy w śniegu;). Bo jak nietrudno się domyślić pan B. zadbał o poszerzenie asortymentu usług oferowanych w ramach "Śniegoterapii". Ponieważ śnieg był ubity i twardy, zdobył się na kreatywność i wymyślił dwie nowe kuracje=P. Pierwszą z nich nazwaliśmy "Wtłaczaniem w śnieg". Kładzie się ofiarę na śniegu, a potem wbija ją w niego - w celach zdrowotnych, naturalnie. Druga polega na stawianiu innej osoby w śniegu.. na głowie. Kto był "ofiarą" - wiadomo ;).
       Dla mnie ta wyprawa była okazją do pokonania swojego lęku przed Babią zimową, trochę też nauką wytrwałości i walki z porywistym wiatrem=). Poza tym odkryłam dziś.. jak wiele kolorów ma biel=). Kto twierdzi, że jest ona po prostu biała, jest w wielkim błędzie. Jest wielobarwna - ołowiowa, stalowa, czasem oślepiająco jasna, czysta lub przechodząca w szarość, mleczna, śnieżna, mgielna, lekko zabarwiona błękitem. Połyskliwa lub matowa. Inna jest biel ubitego śniegu, a inna tego, który właśnie naprószył. Inna mgły gęstej, a inna tej rozwianej przez wiatr. Inna chmur na błękitnym niebie, a inna tych, zza których słabo przebija słoneczny blask. Kiedy świeci słońce biel mieni się jak złoto, kiedy go nie ma.. jak platyna=). Naprawdę! Już nie wspomnę o cudownych skutkach bliskiego kontaktu ze śniegiem, oraz o tym, że po raz pierwszy nie zmarzłam na Babiej. Chyba ze strachu ;P. Efekt jest w każdym razie taki, jak zawsze. Co widać na załączonym obrazku =).

P.s. Dziękuję za tą wycieczkę. A najbardziej za bezpieczne poprowadzenie nas na szczyt i w dół. Bo w takiej mgle naprawdę nie było to łatwe. Ta wyprawa to wspaniały urodzinowy prezent. W dodatku z wyprzedzeniem =).