Odcinek 8: Jej Wysokość, Królowa Wiatru - Babia Góra!

Babia Góra - 5.03.2009 =)

Będąc w księgarni, rzuciłam ostatnio okiem na książkę Pałkiewicza Sztuka podróżowania. Był tam rozdzialik poświęcony zasadom radzenia sobie w stanach hipotermii. Pomyślałam: "Może się przydać.. na Babiej". Bo oczywiście o wyprawie na "Babią w śniegu" (1725 m n.p.m.) myśleliśmy j od dłuższego czasu. A mi ten szczyt niezmiennie kojarzył się z przenikającym chłodem. No i udało się! Wyprawa zimowa doszła do skutku. Znając jednak zmienny charakter Miłościwie Nam Panującej, nikt z nas nie wiedział czego się tak naprawdę spodziewać. Poza jednym: że można się spodziewać wszystkiego=). Ja liczyłam w głębi serca na dobry humor Królowej i choć odrobinkę słońca na szczycie. Niestety, przyjęła nas raczej chłodno i statecznie, ale przynajmniej bez większych wahań nastroju=). Można powiedzieć: stonowana dworska etykieta. Wybraliśmy zielony szlak, a po dojściu to powstającego właśnie nowego schroniska, /a tamto dawne było takie hm.. klimatyczne!/ czerwony.

Pierwszy etap trasy - droga do schroniska - zajęła nam około 1,5 h. Ponieważ droga wiedzie przez las, było ciepło i przytulnie. Mimo grubej warstwy śniegu, nie zapadaliśmy się, ponieważ śnieg jest ubity i twardy. Za to, w ramach urozmaicenia - trochę się ślizgaliśmy =). Generalnie jednak było miło, a po drodze spotkaliśmy polną myszkę. Nieśmiała była i nie chciała spojrzeć w obiektyw, niestety;). W trakcie pierwszego etapu okazało się także, że jedyną osobą posiadającą aparat fotograficzny wyposażony w naładowane baterie jestem ja=). /A kto ma aparat ten ma władzę he he/. Po minięciu schroniska szliśmy jeszcze przez jakiś czas lasem, dość stromo pod górę. I tak pomykając dotarliśmy do przełęczy Brona (1408 m n.p.m.). I tutaj skończyło się rumakowanie =). No może nie tak od razu. Ale na pewno po około 15 min drogi.

Albowiem;) uderzył w nas potężny wicher, który towarzyszył nam aż do samego szczytu. Wiatr ten miał naprawdę wielką siłę i mnie, ze względu na moje jakże potężne gabaryty, niemal porywał a przede wszystkim cały czas ściągał na lewo /w stronę, jak mniemam, jakiejś przepaści;) - czego wolałam jednak nie sprawdzać/. Przez około 40 min szliśmy smagani od prawej strony zimnym podmuchem. Przyznaję, że duet Wiatr & Śnieg, na polu artystycznym osiąga niesamowite efekty - powierzchnia śniegu była jak gdyby przyozdobiona puchowymi ornamentami. Jednak nie mogłam specjalnie napawać się ich urokiem, gdyż zamarzła mi prawa część twarzy wraz z rzęsami, a z oczu leciały wywołane wiatrem łzy. Poza tym, jak już wspomniałam, musieliśmy nieźle się męczyć, żeby posuwać się w górę. Mimo wszystko, myślę, że lubię kiedy wieje=).

Babia zafundowała nam jednak power effect i im bliżej znajdowaliśmy się jej szlachetnego oblicza, tym bardziej zwiększała się mgła=). Trudno nawet powiedzieć, że szliśmy we mgle. To była wszechobecna BIEL. Biel u góry, u dołu z prawej i lewej. Biel z przodu i z tyłu. Mgła gęsta jak mleko. Do tego fruwające w powietrzu kryształki śniegu. Tak chyba musi czuć się człowiek w oku cyklonu - jakby zamknięty w wirującej otchłani bieli=). W każdym razie ja trochę tak się czułam. A jeszcze bardziej - jak członek ekspedycji na Biegun Południowy;). W takiej przestrzeni można poczuć się jakby poza czasem=).


Byliśmy jednak wytrwali i dotarliśmy na szczyt. Po króciutkim odpoczynku w osłoniętym miejscu ruszyliśmy z powrotem=). Droga powrotna - jak to droga powrotna. Zawsze jest przyjemna i szybsza. No i mniej męcząca. Ta była również bardzo wesoła, bo co chwilkę potykaliśmy się, zjeżdżaliśmy na butach /niczym Małysz na nartach na rozbiegu skoczni ;)/, i zaliczaliśmy "glebusie". Zatrzymaliśmy się też na chwilkę w Goprówce żeby w końcu coś skonsumować;). A potem już tylko w dół. Całość zajęła nam 5 h. Chyba niezły czas, jak na tak trudne warunki i mnóstwo przerw w drodze powrotnej, przeznaczonych na wygłupy w śniegu;). Bo jak nietrudno się domyślić pan B. zadbał o poszerzenie asortymentu usług oferowanych w ramach "Śniegoterapii". Ponieważ śnieg był ubity i twardy, zdobył się na kreatywność i wymyślił dwie nowe kuracje=P. Pierwszą z nich nazwaliśmy "Wtłaczaniem w śnieg". Kładzie się ofiarę na śniegu, a potem wbija ją w niego - w celach zdrowotnych, naturalnie. Druga polega na stawianiu innej osoby w śniegu.. na głowie. Kto był "ofiarą" - wiadomo ;).
       Dla mnie ta wyprawa była okazją do pokonania swojego lęku przed Babią zimową, trochę też nauką wytrwałości i walki z porywistym wiatrem=). Poza tym odkryłam dziś.. jak wiele kolorów ma biel=). Kto twierdzi, że jest ona po prostu biała, jest w wielkim błędzie. Jest wielobarwna - ołowiowa, stalowa, czasem oślepiająco jasna, czysta lub przechodząca w szarość, mleczna, śnieżna, mgielna, lekko zabarwiona błękitem. Połyskliwa lub matowa. Inna jest biel ubitego śniegu, a inna tego, który właśnie naprószył. Inna mgły gęstej, a inna tej rozwianej przez wiatr. Inna chmur na błękitnym niebie, a inna tych, zza których słabo przebija słoneczny blask. Kiedy świeci słońce biel mieni się jak złoto, kiedy go nie ma.. jak platyna=). Naprawdę! Już nie wspomnę o cudownych skutkach bliskiego kontaktu ze śniegiem, oraz o tym, że po raz pierwszy nie zmarzłam na Babiej. Chyba ze strachu ;P. Efekt jest w każdym razie taki, jak zawsze. Co widać na załączonym obrazku =).

P.s. Dziękuję za tą wycieczkę. A najbardziej za bezpieczne poprowadzenie nas na szczyt i w dół. Bo w takiej mgle naprawdę nie było to łatwe. Ta wyprawa to wspaniały urodzinowy prezent. W dodatku z wyprzedzeniem =).

4 komentarze:

  1. Co za dramatyzm! Już się bałam, że nie doczytam do końca, bo zejdę na zawał :D
    I wiesz co? Pięknie nazwałaś tego bloga. Jak się czyta te Twoje (nie tylko dramatyczne :P) wpisy, to faktycznie ma się wrażenie, że świat się uśmiecha... do nas (do mnie też!) :]

    OdpowiedzUsuń
  2. tu nie ma żadnego dramatyzmu, ty zołzo=). Normalnie, że też przyszło mi mieszkać z takim szydercą???
    a za resztę komentarza dziękuję. I uśmiecham się do Ciebie...pełną gębą=p

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, zapomniałaś dodać jeszcze, że powstały nowe określenia: "Śniegowa Baba" oraz "Jeżyk" :D

    OdpowiedzUsuń
  4. na "Jeżyka" ewentualnie mogę się zgodzić. Ale z żadną babą nie mam nic wspólnego =P

    OdpowiedzUsuń