Mama kocha, mama wie najlepiej =)

26.05. - Dzień Matki =)

Moja Mama jest najwspanialsza na świecie.
Na Mamę można liczyć w każdej sytuacji, nigdy nie zawodzi, za to zawsze potrafi świetnie doradzić. Im człowiek starszy, tym bardziej to docenia=).
Jak byłam mała opowiadała mi o zajączkach na mojej piżamce. Strasznie to lubiłam.
Radziła sobie z opieką nad trójką łobuzów, a nie byliśmy najgrzeczniejszymi dziećmi. Żeby nie powiedzieć, iż wykazywaliśmy (szczególnie z bratem bliźniakiem) wielką inwencję w kwestii przesadzania kwiatów, budowania wież ze szklanek, prasowania bezpośrednio na kimś itd... xD 
Teraz jestem już duża, ale kiedy mi źle, to bardzo lubię kiedy jest blisko i mogę się do Niej przytulić.
Nigdy nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie Mama. Nauczyła mnie tylu ważnych rzeczy, przekazała całą swoją mądrość i miłość. Zresztą nie tylko mi=).
Nauczyła mnie wierzyć w siebie i w to, że umiem, potrafię i dam radę.
Cokolwiek bym nie napisała, zawsze będzie za mało i nie tak jakbym chciała=). Bo są rzeczy, których słowa nie potrafią wyrazić.
Chciałabym być taką mamą dla swoich dzieci, ale też być taką (piękną) kobietą jak Mama.
Wcale się nie dziwię, że przepadają za nią wszyscy moi znajomi. Dzięki Niej do naszego domu chce się przychodzić. Zawsze czeka z szerokim uśmiechem =) (i pysznym obiadem xD).
Myślę, że kochać kogoś znaczy właśnie dać mu poczucie, że tak będzie zawsze, że kocha się go nie "za coś" ale "pomimo wszystko". To cud, być tak kochanym.
Moja Mama jest moim największym Darem =).
Pamiętam o tym zawsze, nie tylko w Dzień Matki.
Ale może dziś jeszcze bardziej.
Przytulam=).

Odcinek 13: ZAPACH.

3.05.2009 - Mogiła

Z Anią, przyszłą panie etnolog /wróżę jej świetlaną przyszłość w tym zawodzie =)/, postanowiłyśmy dziś przemierzyć nieprzetarte rubieże Nowej Huty, czy szerzej Królewskiego Miasta K.=). A poważnie mówiąc, to po prostu obydwie miałyśmy już od dawna chrapkę na zwiedzenie opactwa Cystersów. No i udało się. Wspaniałym, nieklimatyzowanym autobusikiem nr 132 pojechałyśmy wpierw, rzucić choć swym niegodnym okiem na bramę Kombinatu i Huty naszej imieniem Sendzimira, do której jednak nas nie wpuszczono=), /ale przemiły pan strażnik wyjaśnił nam zasady zwiedzania=)/. Stamtąd z radością w sercu i obwarzankiem w ręce wyruszyłyśmy w kierunku kopca Wandzi.
Jak na dzielną, narodową bohaterką, niewiastę co to Niemca nie chciała, do Wisły się rzuciła /dziś, zważywszy na stan czystości tej rzeki, to byłby dopiero wyczyn=)/ i takie tam, to pomnik jej usypano dość skromniutki. Za to teren naprawdę urokliwy. Zieleń, łąka i kilka beztrosko opalających się osób. Na tyle mało - by można jeszcze spokojnie odpocząć (np. leżąc do góry brzuchem i licząc chmury na niebie), na tyle dużo by nie czuć się samotnym i ducha wspólnoty narodowej poczuć;). My ducha chyba nie poczułyśmy, ale za to serię zdjęć popełniłyśmy. Ania dmuchała w dmuchawce, co miało zdaje się być symbolem powrotu do dzieciństwa /i wyszło jej przeuroczo=)/, jam zaś miała wpatrywać się w te roślinki wzrokiem nostalgiczno-melancholijnym, dumając nad kruchością i przemijaniem życia. /Niestety zrobienie foty trwa na tyle długo, że nie udało mi się zachować,wymuszonej powagą sytuacji, miny i zaduma wyszła niezbyt.. wiarygodnie=P). Z kopca Wandy, przy użyciu kończyn dolnych, chyżo ( o żesz...) udałyśmy się do celu naszej wycieczki, czyli opactwa Cystersów. Najpierw postanowiłyśmy zwiedzić drewniany kościółek pod wezwaniem św. Bartłomieja. Tam spotkałyśmy Pana, który zapytał, czy chcemy żeby nam opowiedział coś o historii tego miejsca. Oczywiście ucieszyłyśmy się bardzo, bo komfortowa to doprawdy sytuacja, mieć Przewodnika tylko dla siebie. /A zdarza się takowa rzadko, oj rzadko =D/. Pan był absolutnie fantastyczny i na moją prośbę pokazał nam też zakrystię i chór=). /Wiem, jestem udręką wszystkich oprowadzających =P/. Zauroczyłyśmy się z Anią wnętrzem tej modrzewiowej perełki. Kościółek powstał w II połowie XV wieku, oczywiście w stylu gotyckim. Niestety w XVIII wieku dokonano jego przebudowy i zaaplikowano wystrój w stylu barokowym. Tak więc, z ram obrazów i ołtarzy, uśmiechały się do nas promiennie barkowe, pulchniutkie putto. /Bynajmniej nie mam nic przeciwko stylowi barokowemu - ale zawsze mi żal, że nie zachował się pierwotny kształt budowli/.I tak na miłym słuchaniu i oglądaniu upłynęła nam godzinka. Podziękowałyśmy naszemu Przewodnikowi, uścisnęłyśmy Mu prawicę, zrobiłyśmy wzorem turystów z Japonii setki zdjęć / zewnątrz, bo wewnątrz nie wiedziałyśmy czy wolno/ i już mniej chyżo, za to z niegasnącym zapałem, poszłyśmy zobaczyć klasztor. /Czyli, aż przeszłyśmy przez drogę he he/.
Opa
ctwo cystersów nie rzuca na kolana swoją fasadą. Lecz, czyż należy przekreślać budynek, nim zajrzy się do jego wnętrza? Zdecydowanie - nie należy=).
Architekt chyba specjalnie wykręcił nam kawał. Widzimy barokowy kościół, jakich wiele, no czymże może nas zaskoczyć? =) Ale kiedy przeszłyśmy przez pierwsze drzwi, potem przez drugie i spojrzałyśmy do środka.. to równo, jak na komendę, powiedziałyśmy: "Jak pięknie". Chyba nadal jestem pod tak silnym wrażeniem, tego co zobaczyłam, że mogę tylko powiedzieć "JAK PIĘKNIE".
Jak pięknie, jest przekroczyć próg i zaniemówić z wrażenia.
Jak pięknie jest nie móc znaleźć słów, by opisać to, co się widzi =D.
Jak to dobrze, że mamy oczy i dar wzroku, który pozwala nam po prostu patrzeć i milczeć.
Jak to dobrze, że mamy dar głosu, którego nie musimy używać, gdy i tak nie mamy nic wystarczająco mądrego do powiedzenia=). /czyli w moim przypadku często =P/


No i najważniejsze.. jak pięknie, że mamy zmysł węchu=). Kiedy byłyśmy kilkanaście metrów od kościółka św. Bartłomieja, nagle zaczęło pachnieć. Powiedziałam: "czujesz? to kościół tak pachnie"! =). Naprawdę pachniał - on i stare ogrodzenie, które go otaczało. Uwielbiam ten zapach. Pachniało starym drewnem, i kurzem. Wszystkimi drewnianym kościołami, w których słońce zaczęło prowadzić swoje porządki. Pachniało starością i naturą. Pachniało życiem i przeszłością. Zapach historii. Zapach modlitwy. Zapach kościoła. Zapach Kościoła. Jak go utrwalić na piśmie, jak zabrać go ze sobą wszędzie?