Odcinek 13: ZAPACH.

3.05.2009 - Mogiła

Z Anią, przyszłą panie etnolog /wróżę jej świetlaną przyszłość w tym zawodzie =)/, postanowiłyśmy dziś przemierzyć nieprzetarte rubieże Nowej Huty, czy szerzej Królewskiego Miasta K.=). A poważnie mówiąc, to po prostu obydwie miałyśmy już od dawna chrapkę na zwiedzenie opactwa Cystersów. No i udało się. Wspaniałym, nieklimatyzowanym autobusikiem nr 132 pojechałyśmy wpierw, rzucić choć swym niegodnym okiem na bramę Kombinatu i Huty naszej imieniem Sendzimira, do której jednak nas nie wpuszczono=), /ale przemiły pan strażnik wyjaśnił nam zasady zwiedzania=)/. Stamtąd z radością w sercu i obwarzankiem w ręce wyruszyłyśmy w kierunku kopca Wandzi.
Jak na dzielną, narodową bohaterką, niewiastę co to Niemca nie chciała, do Wisły się rzuciła /dziś, zważywszy na stan czystości tej rzeki, to byłby dopiero wyczyn=)/ i takie tam, to pomnik jej usypano dość skromniutki. Za to teren naprawdę urokliwy. Zieleń, łąka i kilka beztrosko opalających się osób. Na tyle mało - by można jeszcze spokojnie odpocząć (np. leżąc do góry brzuchem i licząc chmury na niebie), na tyle dużo by nie czuć się samotnym i ducha wspólnoty narodowej poczuć;). My ducha chyba nie poczułyśmy, ale za to serię zdjęć popełniłyśmy. Ania dmuchała w dmuchawce, co miało zdaje się być symbolem powrotu do dzieciństwa /i wyszło jej przeuroczo=)/, jam zaś miała wpatrywać się w te roślinki wzrokiem nostalgiczno-melancholijnym, dumając nad kruchością i przemijaniem życia. /Niestety zrobienie foty trwa na tyle długo, że nie udało mi się zachować,wymuszonej powagą sytuacji, miny i zaduma wyszła niezbyt.. wiarygodnie=P). Z kopca Wandy, przy użyciu kończyn dolnych, chyżo ( o żesz...) udałyśmy się do celu naszej wycieczki, czyli opactwa Cystersów. Najpierw postanowiłyśmy zwiedzić drewniany kościółek pod wezwaniem św. Bartłomieja. Tam spotkałyśmy Pana, który zapytał, czy chcemy żeby nam opowiedział coś o historii tego miejsca. Oczywiście ucieszyłyśmy się bardzo, bo komfortowa to doprawdy sytuacja, mieć Przewodnika tylko dla siebie. /A zdarza się takowa rzadko, oj rzadko =D/. Pan był absolutnie fantastyczny i na moją prośbę pokazał nam też zakrystię i chór=). /Wiem, jestem udręką wszystkich oprowadzających =P/. Zauroczyłyśmy się z Anią wnętrzem tej modrzewiowej perełki. Kościółek powstał w II połowie XV wieku, oczywiście w stylu gotyckim. Niestety w XVIII wieku dokonano jego przebudowy i zaaplikowano wystrój w stylu barokowym. Tak więc, z ram obrazów i ołtarzy, uśmiechały się do nas promiennie barkowe, pulchniutkie putto. /Bynajmniej nie mam nic przeciwko stylowi barokowemu - ale zawsze mi żal, że nie zachował się pierwotny kształt budowli/.I tak na miłym słuchaniu i oglądaniu upłynęła nam godzinka. Podziękowałyśmy naszemu Przewodnikowi, uścisnęłyśmy Mu prawicę, zrobiłyśmy wzorem turystów z Japonii setki zdjęć / zewnątrz, bo wewnątrz nie wiedziałyśmy czy wolno/ i już mniej chyżo, za to z niegasnącym zapałem, poszłyśmy zobaczyć klasztor. /Czyli, aż przeszłyśmy przez drogę he he/.
Opa
ctwo cystersów nie rzuca na kolana swoją fasadą. Lecz, czyż należy przekreślać budynek, nim zajrzy się do jego wnętrza? Zdecydowanie - nie należy=).
Architekt chyba specjalnie wykręcił nam kawał. Widzimy barokowy kościół, jakich wiele, no czymże może nas zaskoczyć? =) Ale kiedy przeszłyśmy przez pierwsze drzwi, potem przez drugie i spojrzałyśmy do środka.. to równo, jak na komendę, powiedziałyśmy: "Jak pięknie". Chyba nadal jestem pod tak silnym wrażeniem, tego co zobaczyłam, że mogę tylko powiedzieć "JAK PIĘKNIE".
Jak pięknie, jest przekroczyć próg i zaniemówić z wrażenia.
Jak pięknie jest nie móc znaleźć słów, by opisać to, co się widzi =D.
Jak to dobrze, że mamy oczy i dar wzroku, który pozwala nam po prostu patrzeć i milczeć.
Jak to dobrze, że mamy dar głosu, którego nie musimy używać, gdy i tak nie mamy nic wystarczająco mądrego do powiedzenia=). /czyli w moim przypadku często =P/


No i najważniejsze.. jak pięknie, że mamy zmysł węchu=). Kiedy byłyśmy kilkanaście metrów od kościółka św. Bartłomieja, nagle zaczęło pachnieć. Powiedziałam: "czujesz? to kościół tak pachnie"! =). Naprawdę pachniał - on i stare ogrodzenie, które go otaczało. Uwielbiam ten zapach. Pachniało starym drewnem, i kurzem. Wszystkimi drewnianym kościołami, w których słońce zaczęło prowadzić swoje porządki. Pachniało starością i naturą. Pachniało życiem i przeszłością. Zapach historii. Zapach modlitwy. Zapach kościoła. Zapach Kościoła. Jak go utrwalić na piśmie, jak zabrać go ze sobą wszędzie?

5 komentarzy:

  1. Pięknie, pięknie, ale zastanawiam się nad Wandą: czy ona rzeczywiście taka szlachetna, czy może po prostu nie umiała pływać :D
    A blog się rozwija tematycznie w górsko-wyjazdowo-urodzinowo-architektoniczny.
    Ciekawe, w ile stron jeszcze pójdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie B., Pan niech na moim blogu nie próbuje mitów narodowych obalać! Bohaterką Wandzia była, pływała jak Jędrzejczak, tylko Niemca nie chciała. I tej wersji się trzymamy ok? =D
    a tematyka architektoniczna wpisuje się w tematykę podróżniczo-wycieczkową.. czyli jak na razie.. żadnych innowacji =)
    pozdrawiam =D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm, Szanowna P. - nie wiem co lepsze: żyć w nieświadomości czy może próbować reinterpretacji mitów :)
    Polemizował będę z tematyką, ponieważ nie każda podróż-wycieczka opisana na tym blogu zawierała elementy architektoniczne (nawet architektury krajobrazu) :P

    OdpowiedzUsuń
  4. owszem ale chodzi o to za z elementami architektonicznymi czy bez każda była podróżą-wycieczką. i to jest ten wspólny mianownik =D

    OdpowiedzUsuń
  5. No może i tak, ale z pierwotnego określenia nie wynikało, że mają to być tylko podróżo-wycieczki o różnych charakterach :) Zatem mianownik ustalonym nie bardzo był.
    Wielonowocharakterowo i słońcowo pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń