Odcinek 16: Jak już ja coś wymyślę.... ;-)

21.08.2009 - Czupel - Magurka - Gaiki - Hrobacza Łąka xD


      Jak ja coś wymyślę, to klękajcie narody=). Tym razem wpadłam na pomysł, przejścia opisywanej już kiedyś na blogu traski po raz drugi. Z tą różnicą, że dziś przemierzyliśmy ją całą - od Czupla po Hrobaczą Łąkę, no i że nie było - 8 stopni mrozu, tylko 30 stopni ciepła. A może nawet i więcej... =).Upał mówiąc krótko=).
    
     Wyszliśmy z Międzybrodzia nieoznaczoną ścieżką, która według zapewnień jakiejś pani, miała połączyć się z naszym (czerwonym) szlakiem. I tak też się stało. Po półtora godzinki marszu (w tempie dość szalonym), znaleźliśmy się na Czuplu. Panorama była naprawdę śliczna i mogliśmy podziwiać Beskidy w całym ich pięknie.    
      A że Czupel to jeden z moich ukochanych szczytów, więc spędziliśmy tam całe pięć minut. Następnie ruszyliśmy dalej, niebieskim szlakiem, na Magurkę (45 min).
     Na Magurce w dużym i przestronnym schronisku PTTK, wyposażonym także na zewnątrz w stoliki i parasole, zrobiliśmy naszą pierwszą, porządną i .... jedyną dłuższą przerwę w marszu. Upłynęła nam ona między innymi na spożywaniu lodów i odkrywaniu uroków bezczynnego, radosnego leżenia na ławce z buzią skierowaną wprost do słońca. Wszystko co dobre, jednak szybko się kończy=).
     Punktualnie o 13 zdjęliśmy nasze rozleniwione ciała z ławek i poszliśmy dalej, czyli na przełęcz Przegibek i Gaiki (ok 1,5 h). Po drodze pomyliliśmy szlak i nie wiadomo jak, znaleźliśmy się na zielonym. Na szczęście drogą (na przełaj), jakoś wróciliśmy na swój błękitny trakt. Po kolejnej pięciominutowej przerwie na Gaikach, wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Hrobaczą Łąkę. (1 h).

     Szliśmy, szliśmy i szliśmy w prażącym słońcu i w cieniu drzew, aż naszym oczom ukazał się 35 metrowy krzyż wieńczący szczyt Hrobaczej. Po... dwóch minutach stwierdziliśmy zgodnie: "bez rewelacji" xD i zeszliśmy z tarasu widokowego, znajdujaćego się na szczycie, do schroniska. A jest to budynek naprawdę ciekawy, w którym bufet, sklep czy jak to nazwać.. funkcjonuje na zasadzie: "proszę pukać". Po zapukaniu naszym oczom ukazuje się (po chwili) sympatyczny Pan i reszta toczy się według znanego schematu. Poza tym schronisko jest niesamowicie czyste! Aż lśni. A w środku znajduje się duża kaplica, co nie jest znowu tak powszechnie spotykane. Wbrew moim nadziejom nie powtórzyliśmy w tym schronisku degustacji ławek zewnętrznych (wewnętrznych też nie=)) i po 15 min schodziliśmy już niekończącą się, pełną zawijasów, miejscami asfaltową drogą w dół (1,5h). 
       Pod koniec rozpostarł się przed nami wspaniały krajobraz, z jeziorem w roli głównej. Potem czekały nas tylko 4 km marszu wzdłuż ruchliwej, zatłoczonej i głośnej drogi (za to z widokiem na Jezioro Żywieckie po lewej) w prażącym słońcu. Bomba=).
     Długość trasy to około 30 km. Przejście zajęło nam 6 h (w tym około godzinę rozt
rwoniliśmy na odpoczynek;-)). Było fantastycznie, wspaniale, uroczo i prześmiesznie. W myśl zasady: nie ważne gdzie, ważne z kim=). Ani nieznośny upał, ani niekończąca się trasa nie odebrały nam humoru. A może nawet przeciwnie. Nadmiar słońca wpłynął aż nazbyt korzystnie na funkcjonowanie naszych mózgów =). 
       Bo życie jest takie piękne, świat tak niepojęcie różnorodny, a udana ekipa w górach sprawia że...

...nawet gdy odpoczynek trwa chwileczkę, nie można przestać się śmiać...
... nawet, jak chce się poudawać menela, ktoś musi stać nad nami i robić zdjęcia...
...nawet na 900 m wysokości można zrobić minę zdobywcy Mont Everestu...
.... i po wielu próbach udaje się zrobić zdjęcie samowyzwalaczem.. [Załoga G =)]
 

..a na Hrobaczej trzeba się uśmiechnąć, bo to w końcu META...

Odcinek 15: Wyprawa do żródeł Wisły (ech...)

20. 08. 2009 - Barania Góra 1220 n.p.m.


Zawsze chciałam iść na Baranią Górę. Chyba już od pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy to w ramach programu nauczania, serwowano nam takie oto narodowe hity jak "Płynie, Wisła, płynie" ;-). A z Wisłą nie ma żartów. Wszak to rzeka nasza najdłuższa, duma narodowa i wstążka spinająca północ Polski z południem. I tak oto moje dziecięco-patriotyczne pragnienia w końcu się zrealizowały. Przybyłam, źródła Wisły zobaczyłam i nawet się wody z niej napiłam=).I o dziwo żyję ;-).

Na Baranią Górę wyruszyliśmy z Wisły - Czarne- czyli niebieskim szlakiem. Pogoda była idealna, pełne słońce, temperatura około 25 stopni C. Szlak, jak sam kolor wskazuje, był dość długi (2 h 30 min), ale naprawdę piękny i zupełnie niemęczący.
Początkowy odcinek trasy trzeba (niestety) przejść po asfaltowej szerokiej ścieżce. Na szczęście szliśmy cały czas Doliną Białej Wisełki, w związku z czym życie umilała nam chłodna bryza oraz przepiękny szum rzeczki=). Następnie weszliśmy w las i lasem podążaliśmy już do samego szczytu. W dolnych partiach czekała nas przeprawa przez błotko, później wszystko wróciło do normy i maszerowaliśmy szerokim, kamienistym, suchym traktem.
Na szczycie znajduje się wieża widokowa, z której roztacza się panorama na Beskid Śląski, Żywiecki, czy Mały. Na wieży zaś znajduje się bardzo wygodna ławka, na której można usiąść i podziwiać.
Może Barania nie wymaga szczególnej kondycji, ale wrócę tam na pewno nie raz. Bo klimat jest naprawdę niepowtarzalny. A piękno Wisełki jedyne w swoim rodzaju. No i ten szum... jak najdoskonalsza muzyka relaksacyjna. Poza tym, można pić ze wszystkich źródełek naszej Królowej Rzek (a jest ich tam sporo), co oznacza, że nie trzeba brać ze sobą ciężkiej, szybko ogrzewającej się wody mineralnej ;-).

Odcinek 14: Czy korony?

8.08.2009 - Trzy Korony =)

Cóż tu pisać. Szlak wszystkim znany i naprawdę nie można, nie można się zmęczyć=). Ale napatrzeć owszem.. Poza tym nie było jeszcze nic o Pieninach, a przecież fajne te górki ;-).