Odcinek 18: Babia, ach ta Babia.. =)

Babia Góra - 20.09.2009 

     To moja piąta prywatna audiencja u Królowej Beskidu Żywieckiego. A że "z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się.." więc i tym razem mieliśmy sporo obaw, co  do jej humoru i ewentualnej burzy na szczycie (tym bardziej, że chwilami niebo pokrywało się wielkimi, kłębiastymi chmurami). Na szczęście Babia zaskoczyła nas bardzo pozytywnie i wszystko poszło jak z płatka.
      Decyzje o wyjeździe podjęliśmy o 10 rano=). Pod Babią byliśmy przed 12. Zaczęło się od lekkiego szoku. Około 2 km przed parkingiem, po jednej i drugiej stronie drogi ciągnął się nieprzerwany strumień samochodów. Podobnie za parkingiem=). Szukaliśmy więc miejsca, w przeświadczeniu, że przyjdzie nam z 3 km kulać się po asfalcie, nim dojdziemy na Krowiarki. Jednak zanim objechaliśmy na drugi koniec łańcucha samochodów, zwolniło się jedno miejsce bardzo blisko wejścia do Parku.W sam raz na naszą żabę. To się fachowo nazywa "fuksem" =). Lekko oszołomieni ilością tłoczących się w okół koni mechanicznych, stwierdziliśmy, że w naszym kraju takie tłumy są tylko wtedy, gdy coś rozdają za darmo... no ale cóż można rozdawać na Babiej??? =) Borówki, grzyby, kamienie? =). Zapytaliśmy pana od biletów, co się dzieje a on spokojnie stwierdził: "zawsze tak jest w niedzielę, kiedy świeci słońce" [???].
    Co do samego słońca, to akurat było sporo chmur i przyznaję, że zawahaliśmy się, czy iść, ale czerwony szlak to jedyne 2,5 h na szczyt.. powinniśmy zdążyć przed deszczem =D.No i zdążyliśmy...  
   Czerwony szlak był do tej pory moim ulubionym. Dzieli się on jakby na dwa etapy. Pierwszy (1 h) kończy się na Sokolicy i wiedzie bardzo stromo pod górę, dużymi, kamiennymi schodami (rozkosz). Nie  ma praktycznie żadnych łagodniejszych podejść, a krajobraz jest mało urozmaicony, bo cały czas idzie się lasem. Na Sokolicy zwykle jest mnóstwo osób, odpoczywających przed dalszą drogą, albo po prostu finiszujących. Drugi etap wiedzie już na szczyt Babiej (1,5h) i jest nieco ciekawszy. Idzie się początkowo kosodrzewiną, a później odsłoniętą ścieżką mając po prawej, po lewej oraz przed sobą piękny widok  na Beskidy. (W niedzielę ma się także przed sobą widok na plecy innych turystów ;-)).    My przemierzyliśmy obydwa odcinki trasy w 1 h i 15 minut. (Odtąd nie jest to już mój ulubiony szlak ;-)). Po drodze nie zrobiliśmy ani jednego odpoczynku, poza minutą na Sokolicy (czas na zjedzenie trzech kostek czekolady=)). Przyznam, że wymagało to naprawdę dużego wysiłku i samozaparcia. Po drodze minęłam dwie panie i kiedy byłam już parę metrów przed nimi, usłyszałam jak jedna mówi  do drugiej: "jak można tak iść?" xD. Pomyślałam sobie.. "no właśnie jak można???" i o mało nie powiedziałam tego na głos ;-). 
     Tak więc po 75 minutach byliśmy na szczycie. Naturalnie nie sami. Trudno byłoby tu pisać o jakimś rozkoszowaniu się ciszą gór =), ale i tak było super. I przede wszystkim NIE BYŁO WIATRU (na Babiej to fenomen), NIE BYŁO MGŁY, i BYŁO CIEPŁO. - nieprzewidywalność kobiet. Po kilkunastu minutach i krótkiej naradzie, co do drogi powrotnej, uznaliśmy, że najszybciej wrócimy tym samym szlakiem. Rzeczywiście na dole byliśmy w 45 min... =) Oczywiście bez odpoczynku =P.Po drodze kilka razy włożyłam swój kijek w buty nieznanych mi mężczyzn, którzy akurat szli przede mną =) - (nowy sposób na zawiązywanie znajomości =)). Dwa razy o mały włos nie zwichnęłam nogi (dobre buty to podstawa - uratowały moje kostki) i przynajmniej raz o mało co się nie wywróciłam =).

   Był to najbardziej szalony rajd, jaki odstawiliśmy  w górach. Normalny czas na wyjście na Babią to 2,5 h. My w dwie godziny zdążyliśmy wyjść i zejść. I wcale mi się to nie podobało. Wyjść ekspresem - ok. Zejść ekspresem - ok. Ale w drodze powrotnej było tyle suchej, ciepłej i kuszącej trawy, na której można by się położyć i zdrzemnąć... =). 
     Babia ma w sobie coś magnetycznego. Można być na niej nie wiem ile razy, ale i tak za każdym wyjściem ma się wrażenie, jakby to był pierwszy raz. Można być tam po raz setny, a i tak najpiękniejszym i upragnionym widokiem jest kamienna "osłona" przed wiatrem, wieńcząca naszą Królową (niczym diamentowa korona). Można znać panoramę Beskidu już na pamięć, a i tak stojąc na szczycie otworzy się szeroko oczy ze zdumienia i zachwytu.. że mimo postępu cywilizacji, uprzemysłowienia, urbanizacji, rozwoju gospodarki, komputeryzacji i innych mniej lub bardziej potrzebnych zjawisk.. są takie miejsca na ziemi gdzie zostaje się sam na sam..z przyrodą. I że świat, wciąż jeszcze, jest tak zachwycająco piękny=).
      Do domu wracaliśmy już po zmroku (po drodze odwiedziliśmy paru znajomych i staliśmy w  wielkim korku =). A dzień zakończyliśmy wielkimi, bardzo czekoladowymi, bardzo słodkimi, i baaaaardzo kalorycznymi lodami, zjedzonymi w bardzo miłym towarzystwie xD. 

P.s. Na wspaniałą wycieczkę nie wzięliśmy ANI KROPLI WODY.. Na szczęście zorientowaliśmy się dopiero na szczycie... Bomba no nie? ;-)

Odcinek 17: Cudze chwalicie, swoje zwiedzacie- okolice Krakowa cz I =)

Dolina Mnikowska - 17.09. 2009 

     Próbowałam sobie przypomnieć, czy na tym blogu było już coś o dolinkach. No  i właśnie, nie było.. (ale kiedyś musi być Ten Pierwszy Raz ;-)). Dlatego niniejszym otwieram  nowy wątek w moich postach. Zaszczytne przecięcie wstęgi przypadło w udziale Dolinie Mnikowskiej. 
     Ta mała, śliczna dolinka leży na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Oczywiście  w obszarze Jury. A kiedy myślimy o Jurze to i  o wapieniach =). A jak  są wapienie.. to musi być pięknie. I jest. Głębokość wąwozu sięga do 80 m, a  jego dnem płynie mała rzeczka Sanka. Jednak poza naturalnymi walorami, dolina zaskakuje  odwiedzających przede wszystkim  wymalowanym na skale wizerunkiem Matki Boskiej.
     Z powstaniem tego malowidła wiążą się dwie legendy, których naturalnie nie opowiem - z tejże przyczyny, że nie lubię ludowych podań. Kto ciekawy, ten znajdzie=). Przez dolinkę wiedzie niebieski szlak, który prowadzi przez Wąwóz Półrzeczki do Doliny Brzoskwinki.


Mnie najbardziej urzekła cisza tego miejsca. I przestrzeń. Idąc głębokim wąwozem, nie ma się wrażenia zamknięcia. Wręcz przeciwnie. Poza tym, musi tam być przepięknie, gdy na scenę wkroczy Pani Jesień. Na koniec, coś, co kocham najbardziej w przyrodzie. Słońce i las. Nic tego słońca nie zapowiadało, a jednak... Czy może być coś piękniejszego niż promienie przebijające przez korony drzew i rozświetlające leśną ściółkę? =) Na pewno może. Jednak na mojej osobistej Top Liście Cudów Przyrody taki widok plasuje się na miejscu... ;-).