Odcinek 19: Stary Robot mocno śpi....

STAROROBOCIAŃSKI WIERCH i ORNAK - 8.10.2009

      Zacznę od tego, że bardzo chciałam przeprosić wszystkie szlaki w Tatrach, które uważałam dotąd za "niekończącą się historię". A więc: szlak na Małołączniak, szlak na Wołowiec, szlak z Granatów do Czarnego Stawu (przeszłam w wieku lat 15 odcinek Orlej Perci od Krzyżnego przez wszystkie Granaty, nie wiedząc nawet, że to część Orlej, ha ha),podejście na Rysy - zanim rozpoczęły się łańcuchy, a nawet szlak na Trzydniowiański Wierch (sic!). To wszystko, wszystko, to naprawdę NIC - co najwyżej jednotomowe powieści - w porównaniu z podejściem na Starego Robota  (2196 m n.p.m.) ;-). I dlatego - pomimo początkowej niechęci - zakwitło pomiędzy nami gorące i płomienne uczucie ;-) Już tęsknie za MOIM STARUSZKIEM ;-)
      Trasa rozpoczęliśmy naturalnie w Dolinie Chochołowskiej, która, jak sądzę jest długa, nudna i do.... ść zatłoczona /nic mnie tak nie zdumiewa, jak ludzie, którzy jeżdżą w Tatry, a ich punktem docelowym jest Dolina Chochołowska, czy Kościeliska ;-)/. Dojście do szlaku zajęło nam około 45 min. Czarny szlak odbija w lewo. Tutaj zaczyna się podejście na Siwą Przełęcz (1812 m n.p.m) - według tabliczki 2h 30 min. Szlak wiódł początkowo leśną, błotnistą (z powozu wywózki drzewa) drogą. Raczej łagodnie. Po około 30 min wyszliśmy z  lasu, wprost w szeroko otwarte, ciepłe i pełne miłości ramiona Doliny Starorobociańskiej =). Wrażenie było niesamowite, bo nagle otworzył się przed nami cały świat kolorów jesieni, skąpanych w promieniach pełnego słońca. Magia. Po kilku minutach szlak zaczął robić się coraz bardziej stromy. I tak już pozostało do samej Przełęczy. Nie jest to na pewno łatwe podejście, ale też nikogo nie zabije, ani nie doprowadzi do śmierci z wycieńczenia (raczej). Poza tym całe zmęczenie rekompensuje nam widok na dolinę=). Po drodze płynie kilka strumyczków, które są lodowato zimne i w ogóle wspaniałe - chłodzą i poją. Pełny serwis=).
      Po dojściu na Przełęcz /uwielbiam to stopniowanie napięcia przed każdą przełęczą.. to oczekiwanie na widok, który już, już za chwilę sprawi, że zabraknie słów, tchu i, że łza wzruszenia zakręci się w oku.../ .. a więc po dojściu na Przełęcz, ukazała się nam panorama Tatr Zachodnich oraz  wyłaniające się w oddali  szczyty Tatr Wysokich. Po krótkiej sesji zdjęciowej, ruszyliśmy na Staruszka. Tablica informuje, że na szczyt jest 1 h drogi. I jest. A nawet mniej - 45 min wystarcza. Podejście na pewno nie jest skomplikowane, raczej nie jest też niebezpieczne (o ile wiatr nie porwie nas w przepaść, lub też nie obsunie się nam noga, a z nią i reszta ciała), ale jest baaaaardzo długie, odrobinkę monotonne /to rekompensują znów widoki/ i strome. Całą imprezę utrudnia porywisty wiatr =). Ale wiatr kochamy z natury, więc nie mogło go zabraknąć.  Szliśmy i szliśmy aż naszym oczom ukazał się TEN WŁAŚCIWY SŁUPEK wieńczący wytęskniony, upragniony, wyczekiwany, wyśniony szczyt Staruszka. Jak widać na zdjęciu obok,  moja radość z wyjścia była naprawdę ogromna. /I z tego, że niekończąca się historia, znalazła swój happy end ;-)/. Na wierzchołku nie zabawiliśmy zbyt długo i po kilku minutach, zeszliśmy odrobinkę niżej (gdzie mniej wiało -  tak przynajmniej próbowaliśmy sobie wmawiać, i gdzie spożyliśmy nieodłącznego w czasie górskich wędrówek snajkersa =D). Zejście było szybkie i  bezbolesne (ok 20 min). 
      Po ponownym dojściu do Siwej Przełęczy postanowiliśmy zrobić jeszcze cały grzbiet Ornaku, zaliczając w ten sposób Suchy Wierch Ornaczański (1832 m n.p.m.), Ornak (1854 m), Zadni Ornak (1867 m), Kotłową Czubę (1840 m). Droga była bardzo przyjemna, to wznosiła się, to znów opadała. Więc była urozmaicona. Mnie najbardziej urzekły zielone kamienie, na jednym ze "szczytów" Ornaka. Naprawdę były piękne (ach, te porosty...).
     Ornak był tak uroczy, że pozwoliliśmy sobie nawet na kilkuminutową przerwę wśród żółtych traw porastających jego zbocza. Kocham taką trawę, a jeszcze bardziej lubię się na niej położyć.. I naprawdę mogłabym tak spędzić resztę dnia (pod warunkiem posiadania odpowiedniego zapasu jedzenia) - leżąc sobie w trawie i patrząc na panoramę Tatr. Bez słów, bez bieganiny myśli, bez książki. Patrzeć dla samego patrzenia. Słuchać wiatru, dla samego słuchania. Pozwolić, żeby owiewał nas jego powiew - dla samego dotyku. Zapomnieć i poczuć się  wobec ogromu przestrzeni całkowicie wolnym i szczęśliwym =). Chyba tylko w górach można tak "być"=). 
     Z Ornaku schodziliśmy bardzo długą, kamienistą (schody) drogą, która jest raczej uciążliwa i wymaga nieustannej koncentracji, żeby dobrze postawić stopę i  nie pośliznąć się. Po dwóch godzinach - bez wątpienia poczujemy każdy przebyty stopień w swoich stawach kolanowych oraz  we wszystkich dziesięciu palcach u stóp. Nie chciałabym nikogo zniechęcać - ale taka jest bolesna (dosłownie) prawda =) i drogę tę szczerze i z głębi serca odradzam. Po dojściu do niewielkiej polanki, wchodzimy w las i idziemy, idziemy, idziemy... aż do Doliny Chochołowskiej. A stąd już tylko godzina drogi asfaltem do samochodu. W połowie marszu doliną, zapytałam, czy daleko jeszcze i usłyszałam, że  za najbliższym zakrętem będzie "ostatnia prosta". To samo słyszałam jeszcze przy kolejnych dziesięciu zakrętach. Ten dziesiąty okazał się trafiony, co doprowadziło mnie do nieopanowanej potrzeby śmiechu.. W końcu do dziesięciu razy sztuka=). I kto powiedział, że "ostatnia prosta" nie może występować kilka razy? =)
    Cóż tu na koniec napisać o dzisiejszym dniu? W malarstwie - im wierniej staramy się oddać piękno przyrody, tym pewniej namalujemy żenujący kicz. Tak już jest  z pięknem. Kiedy próbujemy zamknąć je w jakieś ramy, utrwalić w naszych sformułowaniach i zatrzymać - będzie się bronić. Mogę tylko napisać, że nigdy i nigdzie nie widziałam takiego bogactwa ciepłych barw jak podczas tej wędrówki. Były wszystkie: była trawa we wszystkich odcieniach złota, czasem jasna, czasem miodowa, czasem lniana, czasem prawie pomarańczowa, amarantowa lub już przyprószona brązem. Była  wysmakowana czerwień borówek i radosna czerwień jarzębiny, ciemna zieleń kosodrzewiny, jaskrawa - porostów i spokojna igieł na choinkach . Była ciemna szarość skał i biel  nielicznych chmur. Przejrzystość wody w strumykach i błękit nieba. A to wszystko w doskonałych proporcjach i zestawieniach. Teraz trzeba dodać morze słońca, rozjaśniające to wszystko, wprawiające każdą barwę w taniec drgań, w subtelną grę lśnienia i błysków, podkreślające wszystkie wypukłości gór, dzięki grze cieni na zboczach. A na koniec jeszcze podkład muzyczny w  postaci Koncertu Symfonicznego pod batutą Pana Wiatru (Opcja W) i mamy... Tatry Zachodnie jesienią.  A następna będzie Bystra i Błyszcz =P.

Dolina Starorobociańska
Widok na Przełecz Siwą oraz szlak na Ornak z drogi na Staruszka.
Królowa Bystra i Paź Królowej - Błyszcz.
Prawda, że zachwycające?
 I widzisz swój szlak jak na dłoni...
Moje ukochane porosty =)
Słynne schody (osobom skłonnym do depresji nie polecam=)).