Odcinek 34: Chrust, faworki - czyli zima jest PYSZNA!

16.12.2010
Szef kuchni poleca:
Danie główne: Dolina Bolechowicka 
(w polewie śmietankowej )
Deser: Dolina Kobylańska
(z lukrem)

      Muszę się do czegoś przyznać... Otóż, świat pokryty śnieżną kołderką, tworzącą we współpracy z naturą szereg najprzeróżniejszych kształtów, wywołuje we mnie kulinarne skojarzenia=). 
     Bo jak nie myśleć o tych wszystkich pączkach oblanych białym lukrem, chrupiących i słodkich bezach, śnieżnobiałej puszystej bitej śmietanie, sprężystym ptasim mleczku, pachnącej dzieciństwem cukrowej wacie, rurkach z kremem, lodach śmietankowych, kremówkach i... wymieniać można by bez końca =).
     Pozostając przy przyjętej nomenklaturze, muszę stwierdzić, że obydwie odwiedzone przez nas dziś dolinki zaliczam do wybitnie apetycznych. A to za sprawą oprószonych śniegiem skał wapiennych, które mimo usilnych zabiegów, nie przestawały przypominać mi faworków posypanych cukrem pudrem =D. Mniam!
      Trasę zaczęliśmy od Doliny Bolechowickiej. Wyruszyliśmy około 12. Pierwszym elementem szlaku było niewielkie wzniesienie uwieńczone krzyżem i "pomnikiem" ku czci JPII. Przy dobrej widoczności roztacza się stamtąd piękny widok, lecz dziś widnokrąg był zamglony. Mimo to mogliśmy podziwiać otaczające nas formy skalne, biel nietkniętego ludzką stopą śniegu i przybrane śnieżną dekoracją drzewa na skałach.
     Następnie znaleźliśmy się w najbardziej spektakularnym i chyba najpiękniejszym miejscu dolinki, jakim jest Brama Bolechowicka. Tworzą ją wapienne skały o wysokości ok. 30 metrów. Filar po wschodniej stronie nazywany jest Filarem Abazego, zaś ten po zachodniej Filarem Pokutników.Naprawdę robią wrażenie =).
             
    Dolinkę przemierzaliśmy szlakiem żółtym.  Po jakimś czasie natknęliśmy się na mały dwuspadowy wodospad, który utworzył się na płynącym tamże strumieniu - Bolechówce.Ze strumieniem były oczywiście same kłopoty, gdyż nim doszliśmy do doliny Kobylańskiej, zmuszeni byliśmy przekroczyć go co najmniej trzy razy. Po śliskich kamieniach, oczywiście =). 
     Po wyjściu z Doliny Bolechowickiej naszym oczom ukazał się bezkres (przesadziłam) śniegu zalegający na otaczających ją polach. Postanowiliśmy przemierzyć ten odcinek trasy "na przełaj" i przez choć przez chwilę poczuć się, jak na Syberii. Po za tym taki gładki, nienaruszony śnieg doskonale nadaje się do tworzenia artystycznych ilustracji, zabawy, biegania, rozrzucania go dookoła siebie i podziwiania brokatowej magii, co też niezwłocznie uczyniłam =D.             
    Po tej radosnej zabawie panny P.,korzystając z czerwonego szlaku rowerowego, udaliśmy się do Doliny Kobylańskiej. 
     Przemierzyliśmy ją już w promieniach zachodzącego powoli słońca (ach, ta zima, o 15 robi się ciemno ;-)). Dzięki temu spowita była światłem subtelnym i delikatnym, nadającym jej jakiegoś magicznego uroku. Szczególnie, gdy promienie w kolorze miodu przenikały przez drzewa, kładąc swoje ostatnie pocałunki na otulającym ziemię śniegu.
      Po wyjściu z doliny Kobylańskiej, szlakiem żółtym udaliśmy się ponownie do Doliny Bolechowickiej. Zajęło nam to ok. 30 min, także naszą wędrówkę zakończyliśmy ok 15. Niemal punktualnie po trzech godzinach=).

     Cóż tu dużo mówić, zima rozpanoszyła się na dobre. Można się z tego cieszyć (wersja dla optymistów), albo narzekać i złościć się na nieprzychylną aurę (wersja dla pesymistów). Można po tysiąc razy dziennie oczyszczać buty z soli (wersja dla wytrwałych), albo przestać się przejmować uznając, że białe refleksy dodają im niepowtarzalnego stylu (wersja dla nowatorskich). Można każdego ranka, choć zimno jak cholera, drapać zamarzniętą szybę samochodu (wersja dla zdesperowanych), albo przesiąść się w MPK, gdzie ciepło współpasażerów skutecznie odbierze nam ochotę na dalszą podróż (wersja dla zdesperowanych inaczej ;-)). Można schować nosek w szalik i się schować w ciepło domowego zacisza (wersja dla leniuszków), lub schować nosek w szalik, wyjść na zewnątrz i szeroko otworzyć oczy ze zdumienia. 
    Że może być tak pięknie, że może być tak czysto (nie dotyczy miast), że może być tak niewinnie. Że wystarczy pojechać piętnaście kilometrów za miasto, by znaleźć się w krainie magii. Że zima jest taka pyszna, taka apetyczna i tak niesamowicie kusząca =)!.
Dla M. =*

Zdj. A.

Odcinek 33: 6..5..4... Chełm! - wpis nieprofesjonalny =)

28.11. 2010 Chełm - 654 m n.p.m.

     Już naprawdę zapomniałam jak smakuje długi, wyczerpujący i szybki marsz w pierwszym listopadowym śniegu. Ale dziś miałam okazję sobie przypomnieć. Bo (nie zaczyna się zdania od "bo"), bo wbrew wczorajszej szarudze i nie wróżącej niczego dobrego pokrywie chmur, rano obudziło mnie piękne słońce i nadzieja na cudowny spacer po Beskidzie Makowskim. A że za sprawą tańczących promyków, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cały pokryty śniegiem świat zabłysnął tysiącem iskierek, postanowiliśmy trochę się tym światem nacieszyć =). I sobą też ;-).
        Może dlatego, że szłam dziś w towarzystwie mojego cudownego M. ;-) i Jego Wspaniałego Taty, a może dlatego, że szlaki w Beskidzie Makowskim są takie szerokie, wygodne i nie wymagają wytężonej koncentracji, a może dlatego, że część dróg była nieoznaczona...a może z zupełnie innego powodu, nie jestem niestety w stanie odtworzyć szczegółowo dzisiejszej drogi =). Wpis będzie więc nieprofesjonalny. Nie próbujcie iść tą trasą beze mnie;-). Ze mną lepiej też nie  =D.
       Wyruszyliśmy z Buliny. Po około 20 min marszu na przełaj znaleźliśmy się na szlaku prowadzącym na Ukleinę. Na Chełm przez Ukleinę, można by dojść w około 1,5 h. Wybraliśmy jednak drogę okrężną i po około godzinie znaleźliśmy się w okolicach Zarabia (turystyczna dzielnica Myślenic). Podążając czerwonym szlakiem odwiedziliśmy ruiny XIII-wiecznej baszty. Znajdują się one na zboczu Ukleiny, a właściwie na jego występie, zwanym, jakże uroczo, "Zamczyskiem", na wysokości ok 400 m n.p.m. Wiele z baszty nie zostało, mimo to zdumiewają pozostałości naprawdę solidnych murów, a całe miejsce jest bardzo... klimatyczne - można rzec =).
       Kolejnym etapem było przejście przez część Zarabia, pośród zadbanych domostw i posesji ;-).Stamtąd asfaltową drogą udaliśmy się już bezpośrednio na Chełm. To znaczy ...teoretycznie. Asfaltowe drogi mają bowiem to do siebie, że okrążają górę  - a więc są najczęściej długie i nudne. Tak więc, by nie tracić czasu skorzystaliśmy ze skrótu na przełaj - wzdłuż wyciągu narciarskiego - i w ten sposób wierzchołek zdobyliśmy dużo szybciej (choć po naprawdę wyczerpującym podejściu, stromo po zboczu). 
          Na szczycie Chełmu  znajduje się kompleks gastronomiczny - (był nieczynny), wieża widokowa - (była zamknięta) i stacja najdłuższego w Polsce wyciągu krzesełkowego... już nie działa =).  Ale zdjęcie zawsze można zrobić.. znajomi i tak się nabiorą ;-).
          Ze szczytu udaliśmy się w kierunku miejscowości o nazwie.. Chełm. Po około 45 minutach wytężonego marszu odbiliśmy na niebieski (chyba?) szlak prowadzący na Ukleinę i w godzinę dotarliśmy do punktu wyjściowego naszej wyprawy - do domu =).
          Tak dawno nie byłam w górach, że po przejściu tej naprawdę sporej trasy, (ok 30 km w cztery godziny) marzyłam już tylko o dobrej kawie i ciepłym fotelu =). Szliśmy naprawdę bardzo szybko i nie zrobiliśmy ani jednej przerwy. Z drugiej strony... znów znalazłam się w swoim żywiole. W listopadowym słońcu, przy bezwietrznej aurze, pośród migoczącego śniegu, w pachnącym igłami choinek powietrzu...
          Nigdy nie przestanie mnie zdumiewać tajemniczość świata. Niespotykane bogactwo wrażeń, jakie zapewnia nam powtarzający się cykl przyrody. Dzięki niemu świat jest niekończącą się obietnicą.  I już dziś, gdy  ziemia przykryła się cienkim kocykiem śniegu, a gałęzie sosen wyglądały, jakby narzuciły na ramiona  białe jedwabne szaliczki, i gdy mróz zamiast szczypać po nosie, delikatnie zaróżowił nam policzki, już dziś czujemy, że będzie co raz więcej, co raz piękniej, co raz bardziej biało i czysto. Że zima utuli świat do snu najpiękniejszą kołysanką, pokryje szczelnie każdy element lasu, uciszy wiatr, pozwoli słońcu rozpromienić swoją powierzchnię milionami iskierek, a przy tym, jak co roku, niezmiennie od lat... 
... i tak zaskoczy drogowców ;-).

        A mnie zaskoczyła ta kapliczka - jest prześliczna. Proszę zwrócić uwagę na kunsztowność wykonania, fenomenalną kolorystykę aniołków, oryginalność, pomysłowość, niekwestionowany urok i prostotę.

Kropelkowo...czyli dlaczego kochamy Mgłę?


'Bolehovianno' - Sfilata di Moda

    Wczoraj zaprzyjaźniony fotoreporter, zarazem światowej sławy fotograf mody, przywiózł mi serię zdjęć z najnowszego pokazu, który odbył się (a jakże!) w odzieżowej stolicy Europy - Bolehovianno Citta.
     Najnowszą kolekcję Projektanta, ze względu na jej unikalność, zobaczyć można było tylko w godzinach wczesnoporannych. (Ot, taka ekstrawagancja..).
     Propozycje w sezonie jesień - zima 2010/2011 zdumiewają lekkością i kunsztem wykonania. Nasz Stilista zaprosił do współpracy młodą, lecz świetnie się zapowiadającą gwiazdę włoskich wybiegów, znaną jako Signora Nebbia. W efekcie powstała jedna z najbardziej niezwykłych kolekcji ostatnich lat.
      Dominuje w niej stonowana kolorystyka, modne są wszelkie odcienie przeźroczystości =). Bogactwo i niespotykany urok kolekcji nie tkwią bowiem w samych barwach, lecz w umiejętności wykorzystania naturalnego światła, odbijającego się w strukturze tkanin.
    Dlatego kreacje doskonale prezentowały się na dziewczynach o wyrazistej urodzie... =). Donna Natura jak zwykle stanęła na wysokości zadania, zatrudniając do pokazu modelki z najlepszych domów mody..
      Przeważały swobodne fasony, oplatające figury modelek na kształt pajęczych nitek. Zgodnie z dewizą Projektanta - piękno tkwi w naturalności.
Zachwycająca i niebanalna ornamentyka przyciągała wzrok i zadziwiała umiejętnym łączeniem geometrycznych kształtów oraz harmonią, która w całym tym bogactwie pozwala zachować wrażenie symetrii, smaku i lekkości.
     Serdecznie polecam wyprawę na pokaz. Niebawem, wraz z nadejściem sezonu zimowego, nie będzie można go już obejrzeć=).
      Zobaczą Państwo zapewne kreacje różne od zaprezentowanych na blogu, gdyż Projektant na każdy Swój pokaz przygotowuje nowy unikalny ich zestaw. 
Wstęp wolny.

* Zdjęcia nie są mojego autorstwa (oczywiście =)).. Publikuję je za zgodą Autora (bez ujawniania jego danych osobowych ;-)). Ewentualny kontakt z Autorem może się odbyć za moim pośrednictwem. 
Wszelkie prawa zastrzeżone=).

Odcinek 32: Beskidzka Książka Kucharska

19.09.2010 Kudłacze

     Jak zagospodarować piękne niedzielne popołudnie? Najlepiej udać się na długi spacer w dobrym towarzystwie=). Kiedy ma się szczęście przebywać akurat w Beskidzie Makowskim (zwanym również Myślenickim), można zaserwować sobie szybkie danie w postaci wycieczki instant o smaku Kudłaczowym =).
     W tym celu...

...należy wyruszyć z Poręby...
....wziąć garść przestrzeni wprost z Suchej Polany...
... złapać  75 dag radości, dokładnie wtedy, kiedy słońce pogłaszcze nas po buzi...
 ... wymieszać z kilogramem przyjaźni, który zbieramy spędzając godzinę na ławeczce
przy schronisku, z tymi, którzy są dla nas ważni...
....i doprawić szczyptą zachwytu...
DO SMAKU.

Odcinek 31: Nocne Waćpanny gawędy....

16.09.2010 - GORC 1228 m n.p.m.
      Dawno, dawno temu (czyli wczoraj), trójka dzielnych bohaterów - w tym jedna urocza młoda Waćpanna i  dwóch gryfnych Waćpanów, wyruszyła była w nieznaną, pełną zasadzek drogę, w południowe  rubieże Rzeczypospolitej .
     Celem tejże wyprawy było nawiedzenie leżącego za siedmioma górami szczytu - znanego wszem i wobec, jako imć Gorc, z rodu Kamienickich - szlachcic władający sprawiedliwie wschodnimi granicami liczącego wiele morgów Królestwa,  co od dziada pradziada (czyli od 1981 r.) Gorczańskim Parkiem Narodowym się zowie.
    Wyprawa rozpoczęła się we wsi Rzeki, gdzie rumaki swe (mechaniczne) pozostawili  byli i obrawszy za trasę wędrówki szlak błękitnie barwiony, rześko ruszyli w drogę swą. A na szczyt poprowadzić ich ona miała w czasie - do zmówienia 600 "Zdrowasiek" (szacunkowo =)) - potrzebnym.
     Pierwej szlak wiódł lasem i prowadził do polanki jasnej i zacisznej, Nową Polaną zwanej, gdzie ławkę drewnianą i stół postawiono, i gdzie nasi bohaterowie spożyli posiłek prosty, a pożywny,  piękno otaczającego ich świata oczętami swymi, szeroko rozwartymi, podziwiając. Rychło jednak w dalszą drogę wyruszać musieli, co traktem szerokim do szczytu prowadziła była.
     Trakt ów jednakowoż, choć szeroki, trudno było nazwać Królewskim. Błoto tam ogromne zalegało, toteż  już po chwili Waćpanna trzewiki swe białe zbrudziła. A z racji, iż trzewiki jej białe, na powierzchni błotnej, w poślizg często wpadać raczyły, zaliczyła Waćpanna poślizg delikatny i włożyła rączęta swe białe, pracą nieskalane w maź tę brązową, a miękką i pulchną, jako masło świeżo wytrząśnięte. (I pomyślała Waćpanna, że mieszczki ciężko zarobione dukaty na SPA wydają i kuracyje błotne w dalekich krajach stosują, gdy tu za darmo zażyć by ich można..). Ale, że Waćpan damę swą (najmilejszą) dzielnie uratował i rękę podał, więc na ubłoconych rączętach się skończyło. Frajdę jednak chodzenie po błotku sprawiło  było całej  trójce, gdyż i dźwięk przy tym fajny, i miękko pod pantoflem, i koncentrację zachować wzmożoną trzeba, i miejsca na postawienie stopy wybierać najlepsze (tak by się ino odrobinę, a nie po kostki  same zanurzyła).
     Azaliż wkrótce trakt błotny ustąpił miejsca drodze leśnej, a ocienionej, i przed powiewem porywistego wiatru podróżników osłaniającej. Błoto na trzewikach wyschło, a obłoki na niebie rozproszyły się i promienie jesiennego już słońca zalały świat radosnym światłem, pląsającym kujawiaka z zarumienionymi listkami, podrygującymi wdzięcznie w koronach drzew. Dziarsko maszerując, przy wtórze ciszy leśnej, dotarli byli bohaterowie do kolejnej polany na trakcie leżącej, na cześć właściciela, jegomościa Władysława Świnki - Świnkówką wdzięcznie mianowanej. Widok tamtejszy dech im w piersiach zaparł, gdy oczom ich  ukazały się niedalekie szczyty Kudłonia i Jaworzyny, a w oddali  wyłaniające się ośnieżone wierzchołki Tatr, co pięknem swym i urodą w całej Europie słyną.
   Wkrótce jednak nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą drogę. I znowuż chyżo lasem maszerując, dotarli bohaterowie  do celu swej wyprawy. Wspiąwszy się na wysokość 1228 metrów, szczyt Gorca zdobyli, a wyczyn ów  konsumpcjyą wyrobu cukierniczego, białą czekoladą oblanego, uczcili byli.
     Juści pobyt na szczycie nie mógł trwać w nieskończoność. Przeto gdy  Waćpanna wszystkie zakamarki Gorcowych włości spenetrować raczyła i okiem swym niewieścim posiadłości obejrzała była, nadszedł czas by  w drogę powrotną wyruszyć.
     Lecz niepodobnym było wracać Wielkim Szlakiem Błotnistym, gdyż zejście - wiadomo - od wyjścia trudniejszym, gdy ślisko, być musi. Toteż otrzymawszy wieści od mijanych w drodze do Świnkówki Jegomościów, iż nowy szlak odkryli, co krótszy, a i suchy pozostać raczył, ze wskazówek skorzystali i po przejściu pierwszego odcinka drogi, w miejscu gdzie tablica z nazwą Królestwa złamaną była, zboczyli z wyznaczonej ścieżki. Tenże fortel pozwolił im urozmaicić nieco wędrówkę, bo ścieżyna wiodła kręto i malowniczo, a i suchą stopą przejść aż do samych wierzchowców (mechanicznych) pozwoliła. 
     Wyprawa to cudowna była, a znajomość z Gorcem za cenną niezwykle uznać wypada. Młodzieniec to bowiem urodziwy, o licu gładkim i pięknym, co niejedną dzierlatkę o drżenie serca przyprawić musiał. Podzieliwszy się z towarzyszami spostrzeżeniem owym, aparycyji Gorca  tyczącym, doznała Waćpanna epifaniji nagłej, a niespodziewanej, iż oto właśnie z absztyfikantem księżnej Modyni do czynienia miała*. I tak oto instytucyja, co w przyszłości Beskidzkim Biurem Matrymonialnym zwać się będzie, zagadkę sprzed pięciu miesięcy rozwiązała była. 
      Bo że żaden kawaler z rodu Beskid, herbu Wyspowy, panny Modyni godzien nie był, znalazła ona w bliskości swej niedalekiej, młodzieńca z rodu innego, choć niemniej zacnego i w komitywę z nim bliską  weszła, co ją skrycie przed członkami familiji ukrywała była. A widok ów dwóch kochających się gór, co przez granicę GPN-u, spozierają na siebie nieustannie, rozrzewnił serce Waćpanny.
      I choć Gorc w hierarchii społecznej nieco niżej stoi, to jakież znaczenie - pomyślała wtenczas Waćpanna - mają mezalianse i skandale, oburzenie rodziny i różnice w herbach, gdy pojawi się to coś....Coś co od zarania dziejów, po skończenie świata pozostać czystym i nietkniętym musi...  I o czym mądrzy uczeni, powiedzieć nic nie potrafią, i czego nauki matematyczne ni astrologia wyjaśnić nie umieją, i co nie da się opisać ni sklasyfikować podług praw nauki.
       ...A gdy się już zjawić raczy, wschodzi niczym jutrzenka na nieboskłonie i napełnia wszystko dookoła swoim światłem....
Widok ze Świnkówki.
 Widok na Mogielicę, w drodze na szczyt
 Widok ze szczytu na Beskid Sądecki
Zdj. A.

To i owo... odrzutowo =)

Muzeum Lotnictwa
     Jako że wpadłam w wakacyjny (o ironio!) wir pracy (zarobkowej, niestety),  liczba dni przeznaczonych na wyjazdy w góry uległa gwałtownej redukcji.(A kiedy już mam wolne, to pada ;-)). Zamiast tego wyszukuję sobie różne miejskie substytuty, umożliwiające aktywność sportową (typu rolki i basen ;-)) oraz kulturową.
     W ramach tej drugiej wybraliśmy się ostatnio  do Muzeum Lotnictwa. Niby pod pretekstem, że brata to zainteresuje, bo chłopak - a tak naprawdę to ja też chciałam zobaczyć samoloty! =D . (Tak, uwielbiam takie rzeczy =)).
Muzeum jest naprawdę bardzo ciekawe i wyprawę tam szczerze polecam, jako pomysł na spędzenie wolnego popołudnia. Część ekspozycji mieści się w hangarach, reszta pod chmurką. Warto sprawdzić rozmieszczenie wystawy na folderze, który otrzymamy w kasie, gdyż my  np. przeoczyliśmy ekspozycję silników (i zorientowaliśmy się dopiero po wyjściu;-)) .
     Jeden z hangarów, który zobaczyliśmy, mieści w sobie samoloty z pierwszej wojny światowej. Stojąc na przeciwko nich, zastanawiałam się, jak można było czymś takim latać =). Obok maszyn znajdują się gablotki z wyposażeniem ówczesnego żołnierza (spadochrony, noże itd) i kolekcja krawatów z motywem lotniczym =).
     Kolejny hangar skrywa dwa helikoptery i jeden samolot. Wnętrze tego amerykańskiego myśliwca (chyba) można obejrzeć, dzięki podstawionej drabince (ciasno  w środku, jak cholera;-)). W pomieszczeniu znajdują się również interaktywne ekrany z grami edukacyjnymi i kilka wystaw. (Ciekawie oświetlonych i interesująco rozmieszczonych).  Przy wyjściu z muzeum jest też wspomniana wystawa silników. 
     Resztę powierzchni parku zajmuje wielka ilość samolotów, wszelakiej produkcji, rozmiaru i pochodzenia. Do większości można swobodnie podchodzić, robić zdjęcia. Opatrzone są one tabliczkami informacyjnymi, dzięki którym, mogę teraz poudawać, że się znam i wyjaśnić, że na trzecim zdjęciu stoję pod modelem "Lisunow Li-2", osiągającym prędkość maksymalną 280 km/h (czyli tyle, ile dziś niektórzy osiągają na ścigaczach ;-)). 
         Myślę, że muzeum mogłoby postawić, mimo wszystko, na większą interaktywność. Warto byłoby umożliwić wejście, do któregoś z samolotów, albo przynajmniej obejrzenie ich wnętrz (bez pośrednictwa szyby). Trochę tego brakuje. Ale i tak  pójdę jeszcze raz.. I obejrzę te silniki, a co! =D

A tu Kuba, pod naszą polską "Iskrą" =). No i ten ptak.... Czy symetria pomiędzy cudem natury i dziełem techniki nie jest zdumiewająca?

P.S. A wiecie, że amerykańskie myśliwce, zawsze otrzymują nazwy tamtejszych plemion indiańskich? Ha, nie wiecie. A ja wiem, bo posłuchałam pana przewodnika =).

Odcinek 30: Świat do góry nogami =D

8.07.2010 - Pilsko 1557 m n.p.m.

       Oczywiście marzyłam o tym Pilsku. Trochę na przekór wszystkim wielbicielom Babiej Góry, trochę z ciekawości, oczywiście również ze względu na jego wysoką pozycję w rankingu wysokościowym Beskidu Żywieckiego (miejsce drugie). W związku z tym, wykorzystując jakże sprzyjającą aurę, opuściliśmy jakże nie sprzyjające wakacyjnej egzystencji miasto i udaliśmy się na jakże pełną radości wyprawę=). Droga nasza - samochodowa - wiodła przez liczne objazdy, remontowane ulice, zakorkowane skrzyżowania, ruchy wahadłowe i wszelakie atrakcje, które od lat serwuje nam zarząd dróg /czy kto tam.../. Do Korbielowa, gdzie rozpoczynał się nasz żółty szlak, przybyliśmy zatem dopiero po 2 godzinach, około 11.30. 
      Muszę przyznać - ja - zagorzały przeciwnik długich  tras (szczególnie żółtych), że podejście do schroniska na Pilsku szlakiem tegoż koloru jest cudowne. Rzecz jasna trochę długawe (2.00 h) (my wyszliśmy dużo, dużo szybciej), ale zupełnie niemęczące, wygodne ;-), zalesione (cień zapewniony prawie do samego schroniska) i w ogóle fajne =). 
       Pierwszy etap wędrówki zakończyliśmy  na Hali Miziowej (ok. 1330 m n.p.m.), gdzie znajduje się wspomniane  już schronisko. Właściwie należałoby powiedzieć: kompleks gastronomiczno-rekreacyjno-turystyczny, składający się z kilku rozsianych po hali budynków, oferujących pożywienie wszelakiego rodzaju (i stanu). Pod tym względem Pilsko bardzo przypomina mi Skrzyczne (może to jest jakiś trend w Beskidzie?). 
     W tym miejscu zmieniliśmy szlak na czarny i nim to udaliśmy się w dalszą drogę na szczyt. Wiedzie ona dość stromo pod górę, ale jest na szczęście  krótka (30 min) =). Pierwszym docelowym punktem staje się obfitująca w urocze widoki polana (punkt widokowy), na której warto zrobić kilka zdjęć, ale której nie należy przypadkiem pomylić ze szczytem (niektórym się ponoć udało ;-)). Tutaj kończy się także czarny szlak, który zastąpiony zostaje szlakiem zielonym (15 min na szczyt). I tutaj wreszcie rozpoczyna się najprzyjemniejszy etap wędrówki - spacerek ścieżynką między kosodrzewinką =D. Jako 24letnia pani magister szczerze uwielbiam wykorzystywać tą roślinę jako huśtawkę, czego też nie omieszkałam uczynić i tym razem (nikt nie widział, prawda?). Bujało się fantastycznie! =)
      Szczyt Pilska to rozległa, malownicza polana, oferująca spore możliwości spokojnego odpoczynku po trudach wędrówki oraz bogatą paletę krajobrazów (widok na Tatry, Beskidy i przy dobrej widoczności na Sudety). Jest to wprost wymarzone miejsce na opalanie, relaks, drzemkę, leżenie i nic nierobienie, intensywne myślenie o niebieskich migdałach, podziwianie chmur na niebie (o ile takowe akurat są) i kontemplowanie owadów latających nad głową (o ile takowe nad głową latają). Oczywiście ze wszystkich tych atrakcji nie omieszkałam skorzystać=).
      Schodząc ze szczytu,wiedzeni ciekawością, postanowiliśmy wybrać tym razem szlak żółty. (Oczywiście po przejściu wąską ścieżynką między kosodrzewinką ;-)). Jest on nieco dłuższy niż szlak czarny,  bardziej "ekstremalny" ;-) (trochę go ostatnie deszcze naruszyły) i znacznie bardziej kręty. Generalnie polecam to zejście, gdyż jest to zawsze jakieś urozmaicenie trasy Na szlaku znajduje się krzyż upamiętniający polskiego żołnierza, ofiarę kampanii wrześniowej.Po powrocie na Halę Miziową, obraliśmy jako trasę naszej powrotnej wędrówki szlak zielony (gdyż iść dwa razy drogą tą samą - nie jest to ciekawe ;-)).
        Po około godzinie przyjemnej wędrówki lasem, zmieniliśmy szlak na czarny. Kolor zobowiązuje, więc na tym odcinku zejście było stromawe (jak na warunki Beskidzkie oczywiście). Jest także jeden moment - Hala Malarka - gdzie droga rozgałęzia się na trzy odnogi i musieliśmy się nieco wysilić, by wybrać tę właściwą (jest bardzo kiepsko oznaczona) . Informuję, że należy iść w lewo ;-)). Szczęśliwie dotarliśmy jednak do Przełęczy Przysłopy, skąd szlakiem niebieskim w około 45 min zeszliśmy do Korbielowa. 
         A z Korbielowa... droga nasza - samochodowa - wiodła przez liczne objazdy, remontowane ulice, zakorkowane skrzyżowania, ruchy wahadłowe i wszelakie atrakcje, które od lat serwuje nam zarząd dróg. Zarówno w trakcie drogi "do", jak i "z powrotem" pełniłam odpowiedzialną rolę GPSu. Śledziłam uważnie wszystkie zakręty i zakręciki, mosty, tory, skrzyżowania i wiadukty, myśląc z rozpaczą: "Gdzie my, cholera, jesteśmy?". Ach, no i dodam, że dla ułatwienia trzymałam sobie mapę do góry nogami... (gdy jechaliśmy na południe). Właściwie to dlaczego nie robi się też map z północy na południe? Może opatentuję ten pomysł. ..lub podszepnę jakiemuś wydawcy.. Nim to jednak nastąpi, stwierdzam radośnie, że świat widziany do góry nogami jest dużo, dużo ciekawszy =D. 
          Wycieczka była cudowna. Pilsko jest naprawdę fantastyczne i szczerze polecam każdemu, kto ma w planach przyjemne spędzenie wakacyjnego dnia. 
          Czasem otula nas lasem i  światłem promyków, które przebijając się przez korony drzew, tworzą  na ściółce niepowtarzalną mozaikę pląsających refleksów. Czasem ogarnia wolnością przestrzeni, bezkresu nieba nad głową, rozpościerającą się w oddali panoramą tatrzańskich szczytów. Kołysze kosodrzewiną i przytula giętkością traw. I ofiaruje nam ciszę. Szliśmy niemal całą drogę w ciszy, nie mówiąc ani słowa, nie zakłócając niczym śpiewu ptaków, szumu wiatru, odgłosów natury. Cisza w górach jest zachwycająca. Nigdzie nie brzmi tak doskonale, jak w Beskidach. Nigdzie nie ma w sobie takiej głębi, jak w Beskidach. Nigdzie nie otrzymujemy jej tak po prostu, za nic i  za darmo jak tutaj=).  Jest na wyciągnięcie ręki. Jak nie kochać tej ciszy? =)


(zdj. z wyj 1, aut.A.)

To i owo.. operowo =)

23.06.2010 - "Baron Cygański" J. Strauss

  Znowu będzie nie na temat...Otóż miałam wczoraj przyjemność odwiedzić operę. Wybraliśmy się na spektakl "Baron cygański" J. Straussa w reżyserii Laco Adamika. Przedstawienie świeżo po premierze, jeszcze ciepłe ;-). 
   Muszę przyznać, że wyszłam zachwycona. Urzekła mnie  pełna humoru i dynamiki opowieść o węgierskim szlachcicu Sandorze Barinkay i jego miłosnych (oraz finansowych) perypetiach. W roli cygańskiego barona wystąpił Adam Zdunikowski. Zagrał dobrze, podobnie jak Dorota Laskowiecka (Safii) - jego sceniczna miłość.
   Jak to  jednak często bywa, prym na scenie wiódł nie główny bohater, lecz jego "sąsiad" - ojciec potencjalnej kandydatki na żonę, miejscowy świniarz - Kalman Żupan. Dokładnie, grający go z niesamowitym wdziękiem, werwą i komizmem Przemysław Rezner. Zdecydowanie najlepsza, najbardziej charyzmatyczna, naturalna i dynamiczna postać na scenie. Reakcje publiczności świadczyły, że nie tylko ja miałam takie zdanie. 
    Scenografia oszczędna, przywodząca na myśl nowoczesne witraże i skutecznie umożliwiająca operowanie światłem, dzięki swej prostocie nie przytłaczała sceny. Była delikatnym tłem dla rozgrywających się wydarzeń i postaci. 
    Wielkim walorem były na pewno kostiumy. Niesamowicie bogate, pełne kolorów, mieniące się w blasku reflektorów. Na scenie ciągle dochodziło do konfrontacji świata wiejskich chłopów i taboru cyganów, świata królewskiego dworu i pięknych cyganek. Reżyser wykorzystał to umiejętnie ubierając te  grupy w kontrastujące ze sobą stroje. W ten sposób pół sceny było czarno-czerwono-złote, pół białe. Przemieszczający się aktorzy wzmacniali ów efekt.
     Duże brawa dla chóru cyganek. Piękne, emanujące kobiecością (nieco wyzywającą), były naprawdę przekonujące. Wśród pań wyróżniała się też Bożena Zawiślak-Dolny grająca Mirabellę - typ urodziwej, rozpieszczonej kobiety, która każdego mężczyznę wciśnie pod pantofel i nie da sobie w kaszę dmuchać.
      No i  muzyka... Sielankowa - przywodząca na myśl zielone doliny, fruwające ptaki ;-) i błękitne niebo, czasem tkliwa - jak tęsknoty cygańskiej duszy i powiew wolności, czasem radosna i dynamiczna...  Dyrygent - Tomasz Tokarczyk. Ekspresja z jaką dyrygował była tak hipnotyzująca, że musiałam siłą odrywać od niego oczy...=).
      Mówiąc krótko, serdecznie polecam - przynajmniej w swojej, laickiej niestety ocenie =). Do posłuchania fragmencik =)

Odcinek 29: Na Ćwilinie leżał Leń...

6.06.2010 - Ćwilin(ek =))

Grafomański wierszyk z 
wątkiem autobiograficznym.

Na Ćwilinie leżał LEŃ, nic nie robił cały dzień.
Zaraz, zaraz, jak to? 
???
A kto wstał o szóstej rano? A kto w busa wsiadł, zaspany?
Kto na dworcu wysiadł rześki, kto odnalazł szlak niebieski?
Kto na drugie zjadł śniadanie, truskawkowe lody w Mszanie?
Kto w cudownym tym upale, na szczyt wspinał się wytrwale?
Kto w plecaku wyniósł książkę, by ją czytać w pełnym słońcu?
(I po przeczytaniu strony, zasnął słodko ukojony?)
Kto na polance, na szczycie, podziwiał góry w zachwycie?
Kto z przejęciem naukowym, badał chmury ponad głową?
Kto starannie i z ogładą, zjadł banany  z czekoladą?
Kto  - nie lada to wyzwanie! - dbał o równe opalanie?
Kto wsłuchiwał się w głos lata, w ukochaną ciszę świata?
Kto się zgodził by dzień cały,  o niebieskich śnić migdałach?
Kto znów odkrył fakt nienowy, jak kocha Beskid Wyspowy?
***
Wszystko to dziś poczyniłam, baaaardzo przy tym się zmęczyłam,
Bo z głębokim przeświadczeniem, nie chcę przecież zostać  leniem.
Tak więc myślę, marszcząc czółko: "Chcę ten dzień powtarzać w kółko!". 
 =)

Panorama ze szczytu. Po lewej Królowa Mogielica=)
O dziwo podniosłam się z kocyka i poszłam zrobić zdjęcie;-)
Te smugi na niebie, również wymagały kontemplacji...
Wzmożonej. Najlepiej przy wygodnym ułożeniu ciała.
Podziwianie takich widoków, to nie lada wysiłek...
No i trzeba zejść dłuugim, żółtym szlakiem=)
W tle Mszana Górna. Na tej łące wiedziona ciekawością naukowca,
sprawdziłam miękkość trawy (osobiście)=)
Bronisław. Mój nowy przyjaciel.
Impresja. Zachód słońca =)

To i owo, koncertowo ;-)

20.05.2010 - Missa Pacis

     Ponieważ nie mam sił się uczyć (zapewne wenę poczuję  dwa dni przed egzaminem..;-)) i nie mogę już patrzeć na swoją magisterkę (zapewne jednak będę musiała na nią spojrzeć jeszcze dziś..), postanowiłam napisać kilka słów o ostatnim koncercie, na który udało mi się dzięki obrotności pewnej Osoby pójść (z-tą-że Osobą) ;-). Pomysł zrobienia wpisu wydał mi się nieco bardziej kreatywny, niż bezowocne spoglądanie w monitor komputera (tudzież w sufit, okno, panoramę roztaczającą się z balkonu, zawartość lodówki (skromną), ziemię, nietknięte notatki itp.) oraz rozpaczliwe rozważanie problematyki acedii, która jak zawsze musi mnie dotknąć w okresie niby-przed-sesyjnym, ale jednak już-sesyjnym. Nad faktem, że tematyka blogu jest raczej górsko-turystyczna się nie zatrzymuję, wszak wiadomo - rozwijać się trzeba na wszystkich płaszczyznach kulturowo-społeczno-edukacyjnych (co ja piszę?!).
     Ale przejdźmy do koncertu. Odbywał się on w bazylice oo. Franciszkanów, co muszę przyznać, było świetnym pomysłem. Akustyka, efekty świetlne, niepowtarzalny klimat, no i stosunkowo ograniczona liczba uczestników - tego nie dałaby żadna sala koncertowa. Szczęściem niespodziewanym posadziliśmy się w sektorze VIP-ów (sic!) - więc wszystko to mogliśmy chłonąć naprawdę z bliska.
     Missa Pacis  to kompozycja Marcina Wawrzynowicza. Łączy w sobie tradycyjną formę mszy (tak tak.. pamiętamy ze szkoły muzycznej: Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Benedictus, Agnus Dei ;-)) z łacińskimi tekstami (liturgicznymi) i muzyką jazzową. Wszystko to przeplatane tekstami nauczania Jana Pawła II, dotyczącymi pokoju. Brzmi ciekawie... (w tym przypadku dosłownie ;-)).
      Z jazzem nie miałam do tej chwili wiele wspólnego, więc poszłam z pewnego rodzaju ciekawością, co też zobaczę, czy raczej usłyszę...  Profesjonalistką w dziedzinie muzyki nie jestem, więc ujmę to raczej prosto. Najpierw zaskoczył mnie śpiew pana Marcina. Ma naprawdę piękną barwę głosu i wykorzystuje ją w pełni. Po drugie fenomenalny był perkusista (Krzysztof Gradziuk). Grał subtelnie, wykorzystując mnóstwo niestandardowych instrumentów perkusyjnych (ich brzmienie komponowało się pięknie, z pobrzmiewającymi w tle niektórych utworów odgłosami natury). Po trzecie nie mogłam oderwać oczy od zręcznych palców kontrabasisty (Andrzej Święs), i uszu - od płynących  melodyjnie dźwięków saksofonu (Tomasz Pruchnicki). Ale najbardziej zachwycił mnie, grający na klawiszach Paweł Tomaszewski. /Być może dlatego, że kiedyś sama brzdękałam na tym instrumencie (z miłości do muzyki przestałam ;-)/. Mówiąc kolokwialnie -  pan Paweł dał niezłego czadu. Melancholijno - sentymentalny  w utworach lirycznych (kiedy delikatne dźwięki pianina dosłownie muskały powietrze), przeobrażał się w  wulkan energii, w kompozycjach dynamicznych.
      I dlatego kiedy zgasły światła, a przestrzeń kościoła wypełniła się dźwiękami muzyki, zamknęłam oczy i pomyślałam, że mogłabym siedzieć tak całą noc ... oczywiście gdyby nie było mi tak cholernie niewygodnie ;-).

Ach, jeszcze link: http://www.missapacis.com/
     

Odcinek 28: Daleko jeszcze?

4.05.2010 - Przehyba (1175 m n.p.m.) =>  Złomisty Wierch 1226 m n.p.m. =>  Radziejowa (1262 m n.p.m.) => Wielki Rogacz  (1182 m n.p.m.) => Niemcowa (1001 m n.p.m.)

DALEKO JESZCZE?
Dramat chłopsko-ludowo-melancholijno-ekscentryczno-synkretyczny w czterech aktach.

Osoby:
Ona - (studentka-ekspedientka, magistrantka, straszna zrzęda, jakkolwiek jej górscy kompani twierdzą, że nikt nie zrzędzi równie uroczo, prawda? ;-))
On   - (czynny zawodowo doktorant ;p, niedoszły historyk Bombowej, specjalista w zakresie  przyrządzania bananów w mlecznej czekoladzie ;-))
Inne  - Harris (szef chatki na Niemcowej), przypadkowo spotkani turyści;

AKT I - PRZEHYBA
Scena 1: Akcja dramatu rozpoczyna się w scenerii Beskidu Sądeckiego. Bohaterowie wyruszają z miejscowości Rytro, skąd niebieskim szlakiem  udają się na oddaloną o 3h 10 min  marszu (o zgrozo!) Przehybę. W pierwszej scenie aktu pierwszego maszerują raźno szerokim traktem -  początkowo asfaltowym, a następnie przekształcającym się w wygodną leśną drogę, wzdłuż której płynie szemrzący strumień. Pomysł nabrania wody z tegoż strumienia spełza na niczym, gdy bohaterowie uświadamiają sobie brak jakiejkolwiek pustej butelki. Po około 30 minutach, wspaniała trasa przekształca się w wąską, błotnistą ścieżkę, pnącą się nielitościwie w górę. Niebo zachmurzone, biomet niekorzystny. Tempo marszu przekracza znacznie zwyczajową średnią. Bohaterka rozważa granicę ilości uderzeń pulsu na minutę, po której następuje zgon. Zgon nie następuje jednak. Po dojściu do pierwszej polany:
Ona (między jednym a drugim sapnięciem): Daleko jeszcze?
On (rzeczowo): Daleko.

Scena 2: Błotnista ścieżka kończy się, lecz wzmaga się stromość góry. Wędrując lasem bohaterowie co jakiś czas, (na nieosłoniętych drzewami odcinkach), wystawieni są na uderzenia silnego wiatru. Tempo marszu utrzymuje się na stałym (bardzo dynamicznym) poziomie. Zgon nadal nie następuje. Biomet (cholera) ciągle niekorzystny. Ku ogólnej radości brak opadu. Zza drzew wyłania się panorama Beskidu Sądeckiego. Po 2 godzinach od rozpoczęcia akcji, po prawej stronie sceny ukazuje się pomnik przyrody: "Wietrzne Dziury". Bohaterowie i owszem, tabliczkę dostrzegają, lecz dziur nijak znaleźć nie mogą. Po krótkiej, acz treściwej dyspucie dochodzą do wniosku, że pod słowo "dziury" każdy mieszkaniec globu podłożyć może "dziurę", która mu najbardziej odpowiada. Ona wybiera "dziurę w serze", On "czarną dziurę" (inne możliwości: dziura ozonowa, dziura powietrzna, dziura po kuli, itd). Nie zatrzymują się ani na chwilę:
Ona (z błyskiem nadziei w brązowych oczętach): Daleko jeszcze?
On (rzeczowo): Daleko.

Scena 3: Droga nareszcie staje się przystępniejsza, choć miejscami nadal wiedzie ostro pod górę. Ona przestaje już pytać, czy daleko. (Jest to pytanie retoryczne, jak mniema). A końca nie widać, nie widać, nie widać...;-). Po 2 h 30 min ich oczom ukazuje się budynek schroniska na Przehybie, rozległy plac tuż przed nim, ławeczki, zielona trawka i obietnica ciepłego jedzonka. Biomet przestaje mieć znaczenie. Trasa pokonana o 40 minut szybciej niż wskazywały drogowskazy, co oczywiście daje pewnego rodzaju satysfakcję =).
Ona (z wyraźnym poczuciem ulgi): No, nareszcie wyszliśmy na ten Pohybel =D
Scena 4: Wnętrze schroniska. Stoliki i ławki. W środku spora ilość turystów, wsuwających pyzy, szarlotki i popijających zimne piwo. Bohaterowie lokują się wygodnie przy stoliku i zamawiają.. [Tutaj plama na tekście dramatu, druk rozmyty, nieczytelny... 

Akt II: RADZIEJOWA

Scena 1:... druk nadal nieczytelny]... pochyleni nad stolikiem i pustymi talerzami, uważnie przyglądają się mapie. Wynika z niej, że z Przehyby na Radziejową wiedzie szlak czerwony (1 h 30 min). Ociągając się leniwie (biomet jednak ma znaczenie, a i niewyspanie także), bohaterowie udają się w dalszą drogę. Ona, podekscytowana świadomością że już niedługo zdobędzie najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, kolejny diament w Koronie Gór Polski, biegnie niemal niesiona na skrzydłach radości. (Przesadziłam). Jakkolwiek tempo marszu pozostaje bez zmian. 
Ona (niby obojętnie): Będzie stromo?
On (rzeczowo, ale Ona czuje, że On coś kręci): Nie.

Scena 2: Po przejściu bliźniaczych szczytów Złomistego Wierchu, bohaterowie docierają do malowniczej Przełęczy Długiej. Jak zwykle, gdy idzie Ona, nie może obyć się bez komplikacji. Mylą szlak. Po kilku minutach spotykają grupkę, mówiących dużo, głośno i co najgorsze synchronicznie pań, dzięki którym jednak odkrywają swój błąd i wracają na dobrą drogę ;-). Pomimo zachmurzenia, roztacza się przed nimi piękna panorama Beskidów, a trawa i tak wygląda kusząco. W jakiś czas potem ich oczom ukazuje się wieża widokowa wieńcząca szczyt Radziejowej (identyczna jak na Mogielicy), oraz również wieńczący szczyt Radziejowej kamienny obelisk (identyczny, jak na Turbaczu).
Ona (z niedowierzaniem): Rzeczywiście, nie było stromo! ;-)

Scena 3: Szczyt Radziejowej. Ona, mając nogi jak z waty, wychodzi dzielnie na wieżę widokową. Na górze nieco przerażonym wzrokiem ogarnia cudowną panoramę szczytów. Po sesji zdjęciowej, z udziałem Jego, Jej i  jabłek, (ok 2 min) udają się w dalszą drogę. Ona, czuje jednak niepokój, czy aby nie za mało uwagi poświęcili Radziejowej ;-). 
Ona: Czy aby nie za mało czasu poświęciliśmy Radziejowej?
On: Owszem, pozostańmy jeszcze na chwilę.
Zatrzymują się więc na trzy sekundy jeszcze. (Dokładnie trzy ;-)).

Akt III: WIELKI ROGACZ
Scena 1 i ostatnia (w tym akcie): Ze szczytu Radziejowej w 30 minut, szlakiem czerwonym, dochodzą na Wielki Rogacz. Ona (specjalistka w dziedzinie związków górsko-górskich, woli nie zastanawiać się nad pochodzeniem nazwy, jednak pewne skojarzenia są nieuniknione). Na Rogaczu po lewej stronie sceny, ustawiono trzy cudowne ławki. Ona oczywiście daje się skusić. Bohaterowie postanawiają zafundować sobie w końcu chwilę "na sielankę" i przyrządzają prawdziwą kawę (na bazie wody mineralnej "Piwniczanka" =P). Drugą ławkę zajmuje bardzo sympatyczne starsze małżeństwo, z którym urządzają sobie krótką pogawędkę. Po spożyciu posiłku udają się w dalszą drogę, do klimatycznej chatki na Niemcowej

Akt IV: NIEMCOWA
Scena 1: Po ok. 30 minutach dochodzą na szczyt Niemcowej. Znajduje się tam spora polana i przyjemny punkt widokowy. Po drodze przechodzą przez Trześniowy Groń (zwany pieszczotliwie Czereśnią ;-)). Z polanki na szczycie w około 10 minut zbiegają do słynnej "Chatki pod Niemcową". Pan Harris - uroczy zarządca tego klimatycznego miejsca (mówi : "kaj?" czym od razu podbija serce bohaterki), wita ich herbatką i zaprasza do wielkiego drewnianego stołu. Do akcji wkracza Milka Karmelowa (ósmy cud świata). Ona myśli o tym, jak cudownie jest siedzieć sobie na drewnianej ławce, pić herbatę z wielkiego metalowego kubka, jeść czekoladę i nic nie robić (ma w sobie bowiem niewyczerpane pokłady lenistwa;-)). On zapewne myśli to samo (choć pokładów lenistwa w sobie nie ma =P).Tymczasem niebo nadal zachmurzone, wiatr silny lub umiarkowany, biomet....
Ona (tonem wysoce rozmarzonym): Jak cudownie jest siedzieć sobie na drewnianej ławce, pić herbatę z wielkiego metalowego kubka, jeść czekoladę i nic nie robić =D
On: yhmmmm [właśnie wsuwa kolejną kostkę milki, więc nie może mówić =P]
Scena 2: Błogie chwile przerywają pierwsze krople deszczu. Potem drugie krople, a potem nasilające się stopniowo opady. Nadchodzi pora decyzji: przeczekać, czy ruszać dalej. W planach bowiem jest dwugodzinne zejście do Rytra szlakiem czerwonym. Pan Harris doradza jednak zrezygnować z tego jakże ambitnego zamiaru i zejść drogą do Kosarzysk (ok. 40 min). Co też z bólem serca, spowodowanym rezygnacją z planów, postanawiają uczynić =). Z drugiej strony pozostaje wdzięczność, że nie padało przez cały dzień, i że niebo od czasu do czasu przejaśniało się nawet, umożliwiając oglądanie widoków i przyjemną wędrówkę, niekończącymi się szlakami Beskidu Sądeckiego =).
Ona (zdejmuje kaptur i wystawia buźkę na deszcz)
Harris (śmiejąc się): Już i tak nie urośniesz =)
Pan nr 2: I taka ładna fryzura się zepsuje...
Ona (inteligentnie): A tam fryzura =D
Scena 3: A w Kosarzyskach autobus PKS zabiera ich w dwudziestominutową podróż do Rytra =)

Epilogu nie będzie =D

Odcinek 27: On i Ona, Mąż i Żona - gór miłostek to odsłona ;-)

29.04.2010 - Cichoń (929 m n.p.m.), Ostra (925 m n.p.m.), Modyń (1028 m n.p.m.)

     Może to dziwne, ale im bardziej odosobnione miejsce w górach, im mniej popularny szczyt, uczęszczany szlak i trasa, tym bardziej mi się podoba. Nic na to nie poradzę=). Dziś pojechaliśmy właśnie w takie miejsce. Na południowo-zachodni kraniec Beskidu Wyspowego. Oczywiście stanęła tam już wcześniej ludzka stopa, a prawdopodobnie staje jakaś każdego dnia, ale i tak jest to najspokojniejsza, najcichsza i najcudowniejsza enklawa w tymże rejonie.  W zacisze to wkroczyliśmy bezpośrednio z Przełęczy Słopnickiej, gdzie zaczęła się nasza (nie)zwykła wyprawa ;-). A  było to tak...

Beskidzkie Biuro Matrymonialne
     Wiosna to pora uczucia, miłość kwitnie wszędzie. Motylki latają parami, kwiaty rosną kępkami, ludzie chodzą dwójkami, a więc i góry żyją tęsknotami ;-). A uczuć w Beskidzie Wyspowym nie brakuje. Nasze od dawna znajome pary mają się całkiem nieźle. 
     Królowa Mogielica wciąż puszcza oko do Ćwilina. Prawda, że kawaler trochę niższy, ale  przy takim wzroście mówi się trudno i nie wybrzydza. Panna co najwyżej zrezygnuje ze szpilek, bo wyższego w okolicy absztyfikanta (wow;-)) już nie znajdzie=). Pan.. no cóż, musi  jakoś poradzić sobie z kompleksami. Ewentualnie buty na grubszej podeszwie dodadzą mu parę... metrów. 
     Seniorita Śnieżnica, jak dawniej, spogląda tęsknym wzrokiem na Szczebel. Związek to nieco burzliwy, bo Kandydatka kapryśna, ale za to Kandydat to wzór cierpliwości i zmienne  zachcianki wybranki serca dzielnie znosi. Przyszłość zapowiada się więc obiecująco.
    Dziś poznaliśmy kolejną parę - tym razem jest to Stare Dobre Małżeństwo. Z długim stażem,  doświadczeń bagażem i całkowitą rozbieżnością osobowości. W takim związku, jak wiadomo, nudno być nie może;-).


MĄŻ ...
     Na początku był Mąż. A Mąż zwał się Cichoń.  Skromny taki jakiś, niby to zamyślony, milczący ciągle i niepozorny - od razu widać, że chłop pod pantoflem=).  Na  Męża wdrapaliśmy się z Przełęczy Słopnickiej szlakiem zielonym. Było to podejście szybkie i łatwe (ok 40 min), a samego szczytu o mało nie przeoczyliśmy, gdyż jest zalesiony i sygnalizuje go wyłącznie kamienny słupek.  Mimo to, naprawdę warto było wybrać tą drogę. Bo choć nasz Pantoflarz o swoich walorach nie chce mówić, a oczęta spuszcza skromnie, gdy tylko żona pojawia się na horyzoncie, to długoletnie pożycie małżeńskie nie wypaliło w nim bynajmniej  młodzieńczego uroku (co nie zdarza się znowu tak często ;-)).  Już u samej podstawy zaserwował nam niesamowitą panoramę Beskidów, Gorców i Tatr. Po chwili zaś, jak gdyby próbując wynagrodzić swoją nieśmiałość, otulił nas nieporuszoną ciszą. Podarował to, co miał najcenniejszego. Ciszę niezakłóconą, przeplataną słońcem, unoszoną wiatrem, namacalną wręcz i drgającą w rozpalonym słońcem powietrzu. A potem zaprosił nas do świata natury. Spotkaliśmy jaszczurkę, wiewiórka rzuciła nam łobuzerskie spojrzenie, przed nosem przebiegła sarna, przefrunął kowalik i zięba;-), powietrze ożywiła Orkiestra Kameralna Filharmonii Ptasiej. Świat natury zamknięty w nieustannym ruchu i miarowym pulsowaniu, nie dał się utrwalić, ale pozwolił się podziwiać.. 
     Świat Cichonia nie potrzebuje błysku fleszy, bo jest tak pokorny, że broni się po prostu swoim pięknem. I nawet kuratela zaborczej Żony nie może tego zmienić=).

 ŻONA...
       A potem była Żona. A Żona zwała się Ostra =). Z Cichonia zeszliśmy w około 15 minut wprost na przełęcz "Pod Ostrą", z której teoretycznie powinniśmy udać się na Modyń (właściwy cel podróży). Ale, że małżonkowie stają się przecież jedną duszą i jednym ciałem, więc postanowiliśmy wdrapać się także na Żonę (a później zejść tą samą drogą i kontynuować  pierwotną trasę wycieczki).  Prowadzi na Ostrą - jakżeby inaczej - szlak zielony. Podejście, podobnie jak na Cichoń jest krótkie (30 min), ale dosyć strome. Szczyt również oznaczony kamiennym słupkiem pomiarowym, zalesiony, ale za to porośnięty fioletowymi kwiatuszkami (no wiadomo, kobieta nosi biżuterię;-)). Przypuszczam, że nazwa bierze się  nie tylko od stromego podejścia, ale i od kształtu góry. Ostra jest trójkątna jak wzniesienia, które malowaliśmy na rysunkach w przedszkolu. 
     A sam kształt góry w Beskidach  jest zawsze elementem  znaczącym=). Cichoń  na przykład - wiadomo - melancholik,  jest nieregularny raczej (choć uroczy w tej swojej niedoskonałości) - zaś Ostra, jak na kobitkę obdarzoną temperamentem wybuchowym i niespożytą energią przystało, prezentuje bryłę zwartą i  symetryczną. Się dobrali można rzec... idealnie ;-).Od niej także wzięła się nazwa całego pasma: "Pasmo Ostrej", mimo iż najwyższą jego kumulacją jest Cichoń.  To się fachowo nazywa "zdominować męża" ;-).

I KOBIETA GÓRĄ...
     Z Ostrej zeszliśmy (a raczej zbiegliśmy) w około 10 minut. Następnie, ze wspomnianej już przełęczy, wzdłuż asfaltowej drogi, w 15 min doszliśmy do miejsca, gdzie rozpoczyna się bezpośrednie podejście na Modyń.  Szlak niebieski prowadzi na szczyt dość łagodnie, ale jest, jak to zazwyczaj bywa z trasami tego koloru, dość długi (ok 1 h). Początkowy odcinek to droga miedzy domami i uprawnymi polami, dalsza część trasy prowadzi krętą drogą leśną. Szczyt (tak, tak znowu kamienny słupek) tym razem trudno przeoczyć. Znaleźliśmy na nim nawet ślady bytności ludzkiej, w postaci  pozostałości jakiegoś sporego ogniska. Jest tam więc całkiem dużo miejsca, trochę słońca, trochę cienia, mały taras widokowy. Wszystko, czego potrzeba do szczęścia. A nawet coś więcej. Hasło "Kobieta górą" ma tutaj bowiem znaczenie dosłowne. Modyń jest kobietą =). Może trudno w to uwierzyć na podstawie samego brzmienia nazwy ( ja nadal mówię "na Modyniu"), ale wystarczy wybrać się na szczyt, by się o tym przekonać. Bo całą jego przestrzeń porasta delikatny jak muślin dywan zawilców. Bielą się pośród łąki i wystawiają swoje małe buźki zza drzew. Przystrajają Modyń w najpiękniejszą suknię, przetykaną złotą nicią trawy i zielonym szmaragdem liści. Z taką klasą ubrać może się tylko prawdziwa kobieta. Modna Modyń oczywiście =).
      Problem tylko w tym, że piękno naszej Królewny (a tytuł ten przysługuje jej formalnie, bo to trzeci pod względem wysokości szczyt w Beskidzie Wyspowym!), nie znalazło do tej pory wielbiciela. "Tak się ładnie prezentuje, a nadal sama"=) - przyszło mi na myśl. Ćwilin zajęty, Szczebel zajęty, reszta szczytów trochę za niska, przynajmniej jak na książęce progi. Poza tym Modyń jest samotniczką i trzyma się, co tu dużo mówić, nieco na uboczu.  I choć uroda nie przekwita, to Panna nie jest już pierwszej młodości. Nawet Beskidzkie Biuro Matrymonialne bezradnie rozłożyło ręce.
     Ale w życiu królewskiej rodziny, jak w pięćsetnym odcinku telenoweli brazylijskiej, nic nie powinno być zbyt proste. Bo chwilę po tym jak zasmuciłam się losem naszej beskidzkiej outsiderki (dla feministek: singielki, dla tradycjonalistów: starej panny), spojrzeliśmy na mapę i znaleźliśmy całkiem niedaleko "Małą Modyń". Córka? Oj, oj... tylko kto jest ojcem? =)


Widoki spod Cichonia:



P.s.Drogę powrotną odbyliśmy ponownie niebieskim szlakiem (20 min), następnie skracając sobie wędrówkę, przeszliśmy na dziko na Cichoń. I dalej zielonym szlakiem do Przełęczy Słopnickiej. Podnóże Cichonia po raz kolejny powitało nas niesamowitą panoramą. A ja tak polubiłam ten szczyt, że zdeklasował na mojej prywatnej liście "Top 10" nawet Ćwilin. Tak więc żółta koszula lidera ponownie zmieniła właściciela=).


(zdj. zawilców - aut.A)