Odcinek 22: Biernatka =) czyli luby mój Luboń.

24.01.2010 - LUBOŃ WIELKI  (1022 m n.p.m.)

      Biernatka to "miejscowa" nazwa Lubonia. Podoba mi się - jest taka pieszczotliwa =).    Na Luboniu byłam kilka lat temu, jeszcze jako dziarski członek Szkolnego Koła Turystyczno-Krajoznawczego (sic!). Wtedy wraz z naszym wspaniałym panem od geografii poszliśmy  żółtym szlakiem, ciesząc się możliwością "wspinaczki" po skałach=). Pomyślałam więc, że można by ten szczyt odwiedzić raz jeszcze. Oczywiście idąc  inną trasą, bo Perć Borkowskiego, zdecydowanie lepsza jest latem, niż zimą.
      Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po przebudzeniu, było spojrzenie na termometr (za oknem oczywiście). Wskazywał - 20 =). Ale przecież to dopiero 5 rano, powinno się ocieplić. Mimo wszystko - znając dość oryginalną gospodarkę cieplną mojego organizmu (czytaj: wyziębiam  się w pięć minut przy -5 stopniach ;-)) - bałam się, że będzie kiepsko. Zanim doszliśmy z rynku na dworzec, zdążyłam stracić czucie na twarzy, zastanawiając się przy tym, czy gałki oczne mogą zamarznąć. /Mogą?/ Po drodze musiałam zapozować na kloszarda, co w sumie trochę pomogło=).   Mimo rześkiej ;-) atmosfery, dzielnie pomaszerowaliśmy na bus. W końcu godzinka w ciepłym wnętrzu, powinna nas rozgrzać przed wyruszeniem na szlak.

                 Niestety bus nasz - zabytek klasy zero, w stanie pożałowania godnym, nie posiadał takowych luksusów jak ogrzewanie (zatęskniłam, oj zatęskniłam za podgrzewanymi siedzeniami ;-)). I tak  wysiedliśmy z niego w zasadzie bardziej zziębnięci, niż wsiedliśmy.  
     Swoją wędrówkę rozpoczęliśmy od przystanku "Luboń Mały", gdzie ma swój początek niebieski szlak (2h 15 min).  Nad tym, byśmy wysiedli na dobrym przystanku czuwał Pan B., gdyż ja zasypiam momentalnie w środkach komunikacji=). Naprawdę, nie pojmuję skąd wiedział, gdzie należy wysiąść ;-). Przez krótki odcinek szliśmy pomiędzy domami, lecz po chwili szlak odbił w prawo i skręciliśmy w las.
    Jak się okazało, wszystkie obawy dotyczące temperatury były płonne - pośród drzew, w pełnym słońcu i bez odrobinki wiatru - było nam idealnie cieplutko i miło.  Podejście na Luboń niebieskim szlakiem jest łagodne. Przez dłuższy odcinek trasy, idzie się lasem. Droga na szczyt wiedzie przez Luboń Mały, skąd obejrzeć można  panoramę Beskidu Makowskiego oraz przez Polanę Surówki, z której po prawej roztaczał się widok, na wyłaniające się z morza mgieł szczyty Tatr, po lewej zaś można było zobaczyć cierpliwie oczekujący naszego przybycia szczyt Lubonia, z  charakterystycznym schroniskiem i wieżą radiowo-telewizyjną. (Co ciekawe, wybudowaną w 1961 roku, w celu umożliwienia Transmisji Mistrzostw Świata FIS w Zakopanem =)).Od tego momentu podejście nabrało ostrości. Ostatni odcinek przed schroniskiem był już całkiem stromy, ale w zamian za to dosyć krótki. 
     Schronisko i bus łączyła jedna rzecz: brak ogrzewania=). Po wejściu i radosnym zrzuceniu kurtek, szalików, czapek, rękawiczek, swetrów (co najmniej trzech ;-)), trzeba było równie szybko wrzucić coś na siebie. Ale herbata była duża i pyszna.  I podana w dydaktycznych kubkach, z nadrukowanym numerem ratunkowym GOPR ;-). Po zjedzeniu kanapek i pączków po wiedeńsku (he he), udaliśmy się w drogę powrotną. 
     Aby uniknąć monotonii, postanowiliśmy zejść drugim niebieskim szlakiem (do Rabki Zaryte), lecz w skutek dekoncentracji (pfff ;-)) zeszliśmy zielonym. Nawet o tym nie wiedząc. W centrum Rabki odnaleźliśmy nasz przystanek i w godzinkę (tym razem cieplutkim busem) pomknęliśmy do Krakowa.    
     Był to jeden z najpiękniejszych dni w górach. Święto  Królowej Śniegu - Pani Zimy. Oślepiające słońce rozgrzało ścięte mrozem powietrze i roziskrzyło wszystko dookoła swoim blaskiem. Świat rozbłysnął milionem diamentowych, rubinowych, szmaragdowych i szafirowych drobinek.
 /Tak naprawdę, można by spędzić dzień przyglądając się tej grze barw i światła ;-)/. Jest zdumiewająca! Przy tym zazwyczaj gładki i puszysty śnieg, stanął dziś "na baczność". Zmrożone śnieżynki utworzyły na jego powierzchni ocean drobnych igiełek. Jak w szeregach regularnego wojska=). A wszystkie rośliny ubrały się od stóp do głów w białe kożuszki, skrojone na miarę, jak spod igły najlepszego krawca. Można nie lubić zimy, ale trudno odmówić jej niezwykłego piękna. Można też ją polubić  i wtedy to piękno stanie się też naszym udziałem. A potem najlepiej się w nim zagubić i zachwycić się, tak, że w końcu zabraknie słów....
I wtedy wystarczy już tylko patrzeć...
 
jak drobinki śniegu wirują w powietrzu...
Można też zatańczyć razem z tymi drobinkami=).
Albo po prostu cieszyć się z zimy, jak dziecko =D

"Młodość to stan nieważkości, jedyny w całym życiu".
/W. Myśliwski/

(zdj 1,7,8 - b.b.)

4 komentarze:

  1. Jestem pod wrażeniem:
    a/ szybkości wpisu (w sumie przyzwyczaić się jeszcze nie zdążyłem :)
    b/ literackości, plastyczności etc. opisu (bez ironii),
    c/ postawy Autorki względem panujących warunków,
    d/ wrażliwości na piękno,
    e/ zdolności językowych,
    f/ swobody oraz weny twórczo - artystycznej,
    g/ pomysłowości w aspektach wszelakich ;)
    h/ oraz rzeczy, których publicznie wymieniać się nie godzi :D

    Fan niezmienny wpisów blogowych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie B. toż ja męczę ten wpis od dwóch godzin. A blogger mi tego nie ułatwia.
    Przy okazji chciałam podziękować:
    a/ za to, że nie wysiedliśmy w Rabce
    b/za to że wsiedliśmy w Rabce ;-)
    c/że nie zgubiliśmy się i nikt nie musi szukać naszych zmrożonych na skałę zwłok po Beskidzie ;-) /to nie jest śmieszne;-)/
    d/za wygłupy i nieustanne ataki śmiechu
    e/za fantastyczne zdjęcia
    f/za znoszenie mojego zrzędzenia
    g/za pączki, princesse i wspaniały dyplomik
    h/ oraz za szereg rzeczy, które godzi się wymieniać publicznie, ale zajęło by to zbyt wiele miejsca

    Autorka niezmiennie fajnych wpisów blogowych xD

    OdpowiedzUsuń
  3. No i jak tu odmówić polotu po takim komentarzu? :)

    Jeszcze jednego nie dodałem - sporadycznego, ale uroczego "pfff"

    OdpowiedzUsuń