Odcinek 23: O beskidzkim cwaniaku i urokach błądzenia tropem dzikich zwierząt ;-).

4.02.2010 - Ćwilin (1072 m n.p.m.)

        Wiem, że to krzywdzące, ale nazwa Ćwilin, kojarzyła mi się zawsze ze słowem "cwaniak" =). Trochę to skojarzenie było nawet uzasadnione - ot taki Ćwilinek, samotnik na mapie Beskidu Wyspowego, górski Casanova ignorujący westchnienia nieodległej Śnieżnicy. Niestety koncepcja moja legła dziś w gruzach, gdyż nazwa szczytu pochodzi od niemieckiego "Zwilling" - bliźniak (ech, ten niemiecki, wszędzie się wciśnie...) i odnosi się oczywiście do rzeczonej panny, z którą łączą go najwyraźniej więzy mniej intymne, acz w zamian za to bardziej rodzinne.
         A skoro już się tak rodzinnie zrobiło, a dla mnie nawet szczególnie, bo brata bliźniaka posiadam i sentyment do wszystkich jedno i dwujajecznych czuję;-), to musiałam Ćwilin polubić i wrócę tam  zapewne  niejeden raz.
        Z Ćwilinem, przynajmniej w zimie, jest tylko jeden problem - znalezienie miejsca, w którym rozpoczyna się prowadzący na niego z przełęczy Gruszowiec niebieski szlak. Szukaliśmy i szukaliśmy, ale ni widu ni słychu. W takich sytuacjach najlepiej sprawdza się naturalnie, niezawodny w każdych warunkach, aktualizowany co sekundę, posiadający wszystkie możliwe funkcje - GPS INTUITION. Uruchomiliśmy więc tenże program i wyposażeni w rozległą wiedzę, że szczyt jest nieco na lewo, szlak zaś nieco na prawo, poszliśmy po prostu w górę, na przełaj, lasem, w stronę słońca (poważnie) ;-). 
          Podejście na Ćwilin jest raczej strome i to strome od podnóża, aż po sam szczyt. Powiedziałabym - jednostajny kąt nachylenia. Może to być uciążliwe, zwłaszcza gdy śnieg sięga po kolana, a szlaku jak nie było, tak nie ma =). My kierowaliśmy się tropem bliżej nieokreślonego dzikiego zwierzątka, w nadziei, że zwierzę, też człowiek i przepisowo - szukało wejścia na szlak ;-). Po około 40 min rzeczywiście ujrzeliśmy niebieski symbol na jednym z drzew. Faktem jest jednak, że nadrobiliśmy trochę drogi, idąc na przełaj. Ale. cóż to: pobłądzenie na szlaku - 30 min straty, brodzenie w nieudeptanym śniegu - dwukrotne zużycie energii organizmu, poczuć ten dreszczyk emocji, gdy nie masz zielonego pojęcia gdzie jesteś, a wokół tylko śnieg i las, las i śnieg i śnieg  i las - bezcenne! xD
       Tak więc,  odnaleźliśmy szlak i w około 30 min wspięliśmy się na szczyt. Minusem tej trasy była wędrówka ocienionym stokiem góry, plusem moment gdy na końcu lasu zajaśniało słońce i wyglądało jakby otwierała się przed nami kraina z baśni, jakiś inny słoneczny świat, świat czarów, wróżek, radości i światła. (Podobnie czułam się wychodząc z Jaskini Mylnej, gdy po krążeniu na czworakach w ciemności i sieci tunelów ukazał nam się pierwszy promień słońca=)).   
       Po przekroczeniu magicznej bariery światów znaleźliśmy się na oświetlonej polance. I było tam tak niezwykle pięknie, tak jasno i radośnie, że gdybym jakimś cudem przestała odczuwać zimno, to mogłabym stać w tym słońcu cały dzień. Najpierw jednak poszliśmy na szczyt, który jest zdecydowanie - jak dla mnie - najpiękniejszym szczytem Beskidu Wyspowego.  Nie jest zalesiony, to spora otwarta przestrzeń, z której roztacza się rozległy widok na Tatry, Gorce i Beskidy. W pełnym słońcu wygląda to wszystko cudownie i mieni się milionem barw.
         Ćwilin jest drugim, co do wysokości szczytem Beskidu Wyspowego. Ustąpił miejsca kobiecie - Mogielica dzierży tam władzę absolutną. Jednak na mojej prywatnej liście rankingowej umieszczam go na miejscu pierwszym. Nie tylko prowadzi na niego szlak typu "szybko, zwięźle i na temat" (kochamy takie szlaki), ale i zachęca wielką, rozjaśnioną polaną, na której w lecie można się położyć i... najzwyczajniej zapomnieć o wszystkim (czytaj: nienapisanej magisterce). Inne walory to dwa stoliki i cztery ławeczki (coś dla ciała), oraz kapliczka (coś dla ducha), oraz wspomniana panorama (coś dla oka).
          Nie chcę znów pisać, że dzisiejszy dzień był jednym  z najpiękniejszych, jakie spędziłam w górach. Piszę to chyba, podczas każdej relacji z wycieczek. Ale był. Był tak piękny, radosny i jasny, że nie mogę  się oprzeć, by o tym nie powiedzieć. Z nieodzownym  magicznym śnieżnym brokatem, z białym puchem otulającym troskliwie gałązki choinek, z rozświetloną milionem iskierek białą kołderką, z uśmiechniętym nieskazitelnie błękitnym niebem, z promykami słońca  wytrwale przedzierającymi się w ciemną kurtynę lasu, ze śladami  szukających ciepła zwierząt na śniegu, z szumem  niesfornego wiatru wyciskającego  z oczu kropelki łez, z  mrozem, który łobuzersko rumieni nam policzki i nosek, ....z ciszą, która mogłaby pozostać we mnie na zawsze. Jak drogocenny skarb. Jak najpiękniejsza muzyka. Muzyka Beskidów. Muzyka gór. Muzyka przestrzeni.
 Cisza jest muzyką przestrzeni. Prawda?
(zdj. 1,3,5 -a.)