Odcinek 27: On i Ona, Mąż i Żona - gór miłostek to odsłona ;-)

29.04.2010 - Cichoń (929 m n.p.m.), Ostra (925 m n.p.m.), Modyń (1028 m n.p.m.)

     Może to dziwne, ale im bardziej odosobnione miejsce w górach, im mniej popularny szczyt, uczęszczany szlak i trasa, tym bardziej mi się podoba. Nic na to nie poradzę=). Dziś pojechaliśmy właśnie w takie miejsce. Na południowo-zachodni kraniec Beskidu Wyspowego. Oczywiście stanęła tam już wcześniej ludzka stopa, a prawdopodobnie staje jakaś każdego dnia, ale i tak jest to najspokojniejsza, najcichsza i najcudowniejsza enklawa w tymże rejonie.  W zacisze to wkroczyliśmy bezpośrednio z Przełęczy Słopnickiej, gdzie zaczęła się nasza (nie)zwykła wyprawa ;-). A  było to tak...

Beskidzkie Biuro Matrymonialne
     Wiosna to pora uczucia, miłość kwitnie wszędzie. Motylki latają parami, kwiaty rosną kępkami, ludzie chodzą dwójkami, a więc i góry żyją tęsknotami ;-). A uczuć w Beskidzie Wyspowym nie brakuje. Nasze od dawna znajome pary mają się całkiem nieźle. 
     Królowa Mogielica wciąż puszcza oko do Ćwilina. Prawda, że kawaler trochę niższy, ale  przy takim wzroście mówi się trudno i nie wybrzydza. Panna co najwyżej zrezygnuje ze szpilek, bo wyższego w okolicy absztyfikanta (wow;-)) już nie znajdzie=). Pan.. no cóż, musi  jakoś poradzić sobie z kompleksami. Ewentualnie buty na grubszej podeszwie dodadzą mu parę... metrów. 
     Seniorita Śnieżnica, jak dawniej, spogląda tęsknym wzrokiem na Szczebel. Związek to nieco burzliwy, bo Kandydatka kapryśna, ale za to Kandydat to wzór cierpliwości i zmienne  zachcianki wybranki serca dzielnie znosi. Przyszłość zapowiada się więc obiecująco.
    Dziś poznaliśmy kolejną parę - tym razem jest to Stare Dobre Małżeństwo. Z długim stażem,  doświadczeń bagażem i całkowitą rozbieżnością osobowości. W takim związku, jak wiadomo, nudno być nie może;-).


MĄŻ ...
     Na początku był Mąż. A Mąż zwał się Cichoń.  Skromny taki jakiś, niby to zamyślony, milczący ciągle i niepozorny - od razu widać, że chłop pod pantoflem=).  Na  Męża wdrapaliśmy się z Przełęczy Słopnickiej szlakiem zielonym. Było to podejście szybkie i łatwe (ok 40 min), a samego szczytu o mało nie przeoczyliśmy, gdyż jest zalesiony i sygnalizuje go wyłącznie kamienny słupek.  Mimo to, naprawdę warto było wybrać tą drogę. Bo choć nasz Pantoflarz o swoich walorach nie chce mówić, a oczęta spuszcza skromnie, gdy tylko żona pojawia się na horyzoncie, to długoletnie pożycie małżeńskie nie wypaliło w nim bynajmniej  młodzieńczego uroku (co nie zdarza się znowu tak często ;-)).  Już u samej podstawy zaserwował nam niesamowitą panoramę Beskidów, Gorców i Tatr. Po chwili zaś, jak gdyby próbując wynagrodzić swoją nieśmiałość, otulił nas nieporuszoną ciszą. Podarował to, co miał najcenniejszego. Ciszę niezakłóconą, przeplataną słońcem, unoszoną wiatrem, namacalną wręcz i drgającą w rozpalonym słońcem powietrzu. A potem zaprosił nas do świata natury. Spotkaliśmy jaszczurkę, wiewiórka rzuciła nam łobuzerskie spojrzenie, przed nosem przebiegła sarna, przefrunął kowalik i zięba;-), powietrze ożywiła Orkiestra Kameralna Filharmonii Ptasiej. Świat natury zamknięty w nieustannym ruchu i miarowym pulsowaniu, nie dał się utrwalić, ale pozwolił się podziwiać.. 
     Świat Cichonia nie potrzebuje błysku fleszy, bo jest tak pokorny, że broni się po prostu swoim pięknem. I nawet kuratela zaborczej Żony nie może tego zmienić=).

 ŻONA...
       A potem była Żona. A Żona zwała się Ostra =). Z Cichonia zeszliśmy w około 15 minut wprost na przełęcz "Pod Ostrą", z której teoretycznie powinniśmy udać się na Modyń (właściwy cel podróży). Ale, że małżonkowie stają się przecież jedną duszą i jednym ciałem, więc postanowiliśmy wdrapać się także na Żonę (a później zejść tą samą drogą i kontynuować  pierwotną trasę wycieczki).  Prowadzi na Ostrą - jakżeby inaczej - szlak zielony. Podejście, podobnie jak na Cichoń jest krótkie (30 min), ale dosyć strome. Szczyt również oznaczony kamiennym słupkiem pomiarowym, zalesiony, ale za to porośnięty fioletowymi kwiatuszkami (no wiadomo, kobieta nosi biżuterię;-)). Przypuszczam, że nazwa bierze się  nie tylko od stromego podejścia, ale i od kształtu góry. Ostra jest trójkątna jak wzniesienia, które malowaliśmy na rysunkach w przedszkolu. 
     A sam kształt góry w Beskidach  jest zawsze elementem  znaczącym=). Cichoń  na przykład - wiadomo - melancholik,  jest nieregularny raczej (choć uroczy w tej swojej niedoskonałości) - zaś Ostra, jak na kobitkę obdarzoną temperamentem wybuchowym i niespożytą energią przystało, prezentuje bryłę zwartą i  symetryczną. Się dobrali można rzec... idealnie ;-).Od niej także wzięła się nazwa całego pasma: "Pasmo Ostrej", mimo iż najwyższą jego kumulacją jest Cichoń.  To się fachowo nazywa "zdominować męża" ;-).

I KOBIETA GÓRĄ...
     Z Ostrej zeszliśmy (a raczej zbiegliśmy) w około 10 minut. Następnie, ze wspomnianej już przełęczy, wzdłuż asfaltowej drogi, w 15 min doszliśmy do miejsca, gdzie rozpoczyna się bezpośrednie podejście na Modyń.  Szlak niebieski prowadzi na szczyt dość łagodnie, ale jest, jak to zazwyczaj bywa z trasami tego koloru, dość długi (ok 1 h). Początkowy odcinek to droga miedzy domami i uprawnymi polami, dalsza część trasy prowadzi krętą drogą leśną. Szczyt (tak, tak znowu kamienny słupek) tym razem trudno przeoczyć. Znaleźliśmy na nim nawet ślady bytności ludzkiej, w postaci  pozostałości jakiegoś sporego ogniska. Jest tam więc całkiem dużo miejsca, trochę słońca, trochę cienia, mały taras widokowy. Wszystko, czego potrzeba do szczęścia. A nawet coś więcej. Hasło "Kobieta górą" ma tutaj bowiem znaczenie dosłowne. Modyń jest kobietą =). Może trudno w to uwierzyć na podstawie samego brzmienia nazwy ( ja nadal mówię "na Modyniu"), ale wystarczy wybrać się na szczyt, by się o tym przekonać. Bo całą jego przestrzeń porasta delikatny jak muślin dywan zawilców. Bielą się pośród łąki i wystawiają swoje małe buźki zza drzew. Przystrajają Modyń w najpiękniejszą suknię, przetykaną złotą nicią trawy i zielonym szmaragdem liści. Z taką klasą ubrać może się tylko prawdziwa kobieta. Modna Modyń oczywiście =).
      Problem tylko w tym, że piękno naszej Królewny (a tytuł ten przysługuje jej formalnie, bo to trzeci pod względem wysokości szczyt w Beskidzie Wyspowym!), nie znalazło do tej pory wielbiciela. "Tak się ładnie prezentuje, a nadal sama"=) - przyszło mi na myśl. Ćwilin zajęty, Szczebel zajęty, reszta szczytów trochę za niska, przynajmniej jak na książęce progi. Poza tym Modyń jest samotniczką i trzyma się, co tu dużo mówić, nieco na uboczu.  I choć uroda nie przekwita, to Panna nie jest już pierwszej młodości. Nawet Beskidzkie Biuro Matrymonialne bezradnie rozłożyło ręce.
     Ale w życiu królewskiej rodziny, jak w pięćsetnym odcinku telenoweli brazylijskiej, nic nie powinno być zbyt proste. Bo chwilę po tym jak zasmuciłam się losem naszej beskidzkiej outsiderki (dla feministek: singielki, dla tradycjonalistów: starej panny), spojrzeliśmy na mapę i znaleźliśmy całkiem niedaleko "Małą Modyń". Córka? Oj, oj... tylko kto jest ojcem? =)


Widoki spod Cichonia:



P.s.Drogę powrotną odbyliśmy ponownie niebieskim szlakiem (20 min), następnie skracając sobie wędrówkę, przeszliśmy na dziko na Cichoń. I dalej zielonym szlakiem do Przełęczy Słopnickiej. Podnóże Cichonia po raz kolejny powitało nas niesamowitą panoramą. A ja tak polubiłam ten szczyt, że zdeklasował na mojej prywatnej liście "Top 10" nawet Ćwilin. Tak więc żółta koszula lidera ponownie zmieniła właściciela=).


(zdj. zawilców - aut.A)

Odcinek 26: Nie muszę się spieszyć , chcę się z życia cieszyć =)

25.04.2010 - Luboń i Szczebel (Strzebel =))

     Ten jakże piękny, niedzielny dzionek postanowiliśmy poświęcić na wycieczkę w Beskid Wyspowy. Wyprawy w ten rejon są bezproblemowe w związku z dobrą komunikacją, względną bliskością i szerokim wyborem szczytów w ofercie turystycznej biura "Beskidy". Śnieg już stopniał, świat się zazielenił, błoto wyschło (powiedzmy...), rozśpiewały się ptaki, zakwitły kwiaty, a niebo było idealnie niebieskie, więc wstąpiły w nas nowe siły witalne i energia ;-). Postanowiliśmy jeszcze raz zdobyć Luboń (mój luby), tyle że tym razem  idąc słynnym żółtym szlakiem (szłam nim przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów... czyli jeszcze przed wojną..;-)). Jako opcja alternatywna w planach był także Szczebel, ale tylko pod warunkiem, że zechce nam się wstać z ciepłej polanki, przerwać drzemkę i pójść dalej=).
     Nasz wehikuł marki mercedes opuściliśmy na przystanku Rabka "Łopatówki", skąd wzdłuż głównej drogi podreptaliśmy (ok 30 min) do miejsca, gdzie rozpoczyna się żółty szlak. Początkowo trasa wiedzie polną drogą między domami, polami uprawnymi i łąkami. Po około 15 min zaczyna się las. Szlak żółty, jak na Beskidy, jest dosyć stromy. Prowadzi krętą ścieżką, pod górę, przez około 40 min. Oczywiście nie trzeba mieć jakiejś wybitnej kondycji, żeby go pokonać, choć w upalnym słońcu (i z ciężkim plecakiem na plecach ;-)) można się nieco zmęczyć... 
     Na szczęście trud rewanżuje nam druga część trasy, czyli niepodważalnie fantastyczne , cudowne, jedyne w swoim rodzaju luboniowe skałki (atrakcja numer jeden w tym rejonie). Ten skalny odcinek  ma jedną wadę - jest zbyt krótki. (Byłoby wspaniale, gdyby cała droga na Luboń tak wyglądała). Po za tym ma same zalety: po pierwsze wspinając się niemal pionowo, skracamy sobie trasę. Po drugie - jest to spore urozmaicenie i przez chwilę można się poczuć jak na tatrzańskim szlaku. Po trzecie  wreszcie - ukształtowanie przestrzenno - kolorystyczne sprzyja robieniu fotografii z rodzaju "zdobywca" ;-).  (Aha, formalnie szlak obchodzi teraz skałki, ale nie spotkaliśmy nikogo, kto by odmówił sobie przyjemności wyjścia tą drogą).
     Po przejściu skałek, czeka nas jeszcze około 15 min wędrówki. Najpierw stromo pod górę, a potem pięknym lasem, o tej porze roku wciąż jeszcze wyścielonym jesiennymi liśćmi. Po chwili naszym oczom ukazuje się budynek schroniska, a przed nim tłum ludzi popijających zimne piwko. Przed schroniskiem umieszczone są ławki i stoliki, tak więc wszelkiego rodzaju napoje wysączyć można, mając przed oczami taki widok:
     Naturalnie, w niedzielę należy spodziewać się, że nie będziemy jedynymi homo sapiens  na szczycie, więc jeśli pragniemy pewnego rodzaju izolacji od rodzaju ludzkiego (a raczej pragniemy, w końcu po to między innymi idziemy w góry), to pobyt w schronisku ograniczamy do niezbędnego minimum. 
     Tak też poczyniliśmy i po kilkunastu minutach udaliśmy się w dalszą drogę, a ściśle na poszukiwanie dogodnej piknikowej polanki. Schodziliśmy szlakiem czerwonym do przełęczy Glisne. Zejście strome, ale bardzo krótkie (30 min).   Prowadzi praktycznie cały czas lasem, ale pod koniec wychodzi na rozległe, zielone, opromienione słońcem łąki.  
     Na jednej z tych łąk postanowiliśmy zrobić sobie.. cytuję  "popas" xD. Czyli, mówiąc językiem ludzi cywilizowanych, piknik =). Dzięki pomysłowości mojego towarzysza podróży na stole (czyli trawie) znalazła się nawet prawdziwa kawa, (sic!) o czekoladzie i ciastkach już nie mówiąc. I przez godzinę poczułam się prawie jak w raju=). A po posiłku przyszła pora na popołudniową sjestę...
     Po półtorej godziny słodkiego nicnierobienia postanowiliśmy jednak, udać się na Szczebel. W tym celu na przełęczy Glisne zmieniliśmy szlak na zielony i po około godzinie łagodnego podejścia znaleźliśmy się na wierzchołku Szczebla. Jako, że szczyt od mojej ostatniej wizyty nie zmienił się zbyt wiele, więc opuściliśmy go po minucie. Ze względu na zapowiedzianą na drogowskazach jaskinię, wybraliśmy jako drogę powrotną szlak czarny. Nim jednak dotarliśmy do groty, jakieś pięć razy ów szlak zgubiliśmy, gdyż oznaczony jest naprawdę beznadziejnie. Wyblakłe symbole i mała częstotliwość ich rozmieszczenia, a ponadto mnóstwo dodatkowych ścieżek nie ułatwiają orientacji w terenie. Nie jest to żadna tragedia, bo jak sądzę, zejść można na różne sposoby, ale nam naprawdę zależało na dotarciu do jaskini. Po około 30 minutach w końcu ją znaleźliśmy. Hucznie zapowiadana "Jaskinia Zimna Dziura" okazała się... ni mniej, ni więcej zimną dziurą (cóż za adekwatność nazwy, ten kto ją wymyślił zdecydowanie nie popuścił wodzy fantazji ;-)). Za to panowała w niej mroźna temperatura, więc można było zafundować sobie krioterapię;-).
     Po około 10 minutach wyszliśmy  z lasu i idąc wzdłuż strumienia dotarliśmy do kolejnej polanki. A stamtąd w pół godziny na przystanek PKS.
    ***
      Dzisiejszy dzień pozwolił mi docenić wartość czasu. Czasu, który można bez wyrzutów sumienia poświęcić na obserwowanie błękitu nieba (i tylko błękitu, bo nie było absolutnie żadnej chmury) i ruchu źdźbeł trawy. Właściwie każda wyprawa w góry tego  uczy. Czasu, który z perspektywy propagowanego dziś w kulturze wzorca - roztrwoniłam=). Czasu, który zyskuje swoją wartość przede wszystkim w relacji  z drugim człowiekiem, ale i w kontakcie z niepojętym pięknem świata. 
     To ważne, żeby się czasem zatrzymać. Powąchać jak pachnie ziemia i pierwsze wiosenne kaczeńce. Pokłuć nogi o ostre gałęzie na szlaku i  poczuć delikatny dotyk trawy. Przypalić sobie nos ciepłem południowego słońca i schłodzić twarz odwracając się z uśmiechem w stronę wiatru. Dotknąć szorstkiej kory drzew i delikatnej struktury płatków  ostatnich przebiśniegów. Poczuć ciepło rozgrzanych kamieni i chłód zimnej jak lód wody w strumieniu.  Posłuchać muzyki przyrody. Posłuchać ciszy. Posłuchać siebie. Podziękować. Nie spieszyć się. Po co? Na to zawsze będzie jeszcze czas... =)

(zdj. 2,4,7 - aut B. )

Odcinek 25: HOKUS-POKUS, GDZIE JEST KROKUS?

22.04.2010 - tak, tak, Turbacz =D

Grafomański wierszyk o górach

Z królewskiego miasta Kraków, o dziesiątej (prawie) rano,
Wyjechała nasza paczka, zdobyć górę "Turbacz" zwaną.
Choć pogoda, ta złośnica, wielkie fochy dziś stroiła,
Cóż to dla nas, śnieg lubimy, a i mgła nam bywa miła (?).
Już samochód zostawiony (na parkingu niestrzeżonym),
A nas wzywa szlak... niebieski, dosyć długi, niezbyt stromy.
Na początku nasza droga "trawersowo" wiedzie w górę,
Wiatr powiewa, cisza wkoło, niebo raczej szaro-bure.
Myślę sobie: "(pip-pip - cenzura)... ekstra!, tak wygląda kwiecień w górach?
Pod nogami śnieg mi chrzęści,  a nad głową wielka chmura!
Gdzie, przepraszam, pytam w myśli, jest ten efekt cieplarniany???
Zimny puch w powietrzu lata, drzewa białe jak barany" =).
Mój pesymizm nie trwa długo, bo świat w  bieli taki piękny,
Gdy go słońce opromieni, rozbłyskuje jak diamenty.
Całkiem szybko maszerując, na pogodę już nie bacząc
Dochodzimy w końcu, (w słońcu!), już do hali na Turbaczu.
Miejsce całkiem to niezwykłe, lekko śniegiem oprószone,
Widok stamtąd dech zapiera, w którą nie popatrzeć stronę ;-).
W trawie pełno jest krokusów, fioletowych i malutkich,
Ośmielone słońca wzrokiem, wystawiają śliczne główki.
Jest ich mnóstwo, włosy łąki wszędzie nimi są przybrane,
Porastają całą przestrzeń ich kielichy roześmiane.
Kilkanaście minut później, oczom naszym w całej krasie,
Widok taki się objawił, gdyśmy stali na tarasie =D.
Szczyty Tatr, z chmur uwolnione, dumnie nas z oddali nęcą,
(Luzik, wszak to już niedługo się przejdziemy Orlą Percią...)
Chmur już nie ma prawie wcale, nad głowami tak niebiesko,
Cuda jednak się zdarzają, można nawet rzec, dość często.
Po herbatce i posiłku, w schronisku miłym zjedzonym,
Wybieramy nową trasę, "a niech będzie szlak czerwony" ;-).
Wielki Trakt to jest Beskidzki, tradycjami uświęcony,
Iść nim toż to czysty zaszczyt, no i mój jest ulubiony=).
A na szczycie widok rodem z filmów o przejściu tornada,
I się można poczuć chwilę, jak ostatni członek stada /przesadziłam/.
Choć wspaniały szlak beskidzki, przejść nim trudna to robota,
Bo cholera (!), pod butami nam chlupocze masa błota.
Lecz widoki i pogoda, cały trud ten rewanżują,
Kto pokocha raz te Gorce, tego zawsze oczarują =).
W pełnym słońcu schodząc sobie, podziwiamy piękno wiosny,
Dzień się zaczął tak zimowo, kończy się taki radosny!
Co polanka i ławeczka, małą przerwę zarządzamy,
Chłonąc ciszę, ciepło wiatru, buźki sobie opalamy.
 Oprzeć się takiemu słońcu, to zadanie jest niełatwe,
Więc na ziemi kładę kocyk,czując jak mi wiosną pachnie.
I tak między krokusami, z suchą pod włosami łąką,
Leżę sobie, nic nie robiąc, marząc żeby być biedronką=).
Żyć wśród kwiatów, z motylami, ptasią cieszyć się muzyką,
I nie znając mądrych książek, czuć, że życie jest mistyką =D.


Hokus-pokus, tu jest krokus =D 
(zdj.a)
 

Odcinek 24: Fonetyka, poetyka - dylematy wędrownika...=)

8.04.2010 - Szczebel (976 m n.p.m.)

       Wiem, że nie zaczyna się wpisu od "no wreszcie", ale..
     No wreszcie... zdobyliśmy Szczebel. Nie pamiętam już, od kiedy mieliśmy go na tapecie. I udało się. Oczywiście z przygodami=). Na początek wyjaśnię przyjętą przeze mnie pisownię nazwy. Na mapie znaleźć można wersję "Strzebel" i "Szczebel". Wybrałam, w solidarności z krakowską tendencją do wymawiania wszystkiego fonetycznie ("Pociąg do Czebini odjedzie z peronu czeciego o pietnastej czydzieści czy" ;-)), wersję drugą. To tyle z fonetyki. Czas na poetykę ;-).
          Wyruszyliśmy z Krakowa dość późno bo o 11. Pogoda była piękna, słoneczna i typowo wiosenna. Po prostu wymarzony dzień na wycieczkę w góry. (Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam, że nie muszę iść do pracy ;-)). Po odstaniu odpowiedniej ilości czasu ,w odpowiedniej długości korkach, na odwiecznie remontowanej Zakopiance, dotarliśmy około 12.30 do Kasinki Małej. Tam dosyć długo szukaliśmy wejścia na szlak. Powtórka scenariusza z Ćwilina, z tym, że tym razem szlak znaleźliśmy, a nawet udało nam, się ku ogólnej radości, zaparkować całkiem niedaleko niego =). Wybraliśmy oczywiście czarny -1 h 40 min na szczyt.
     Początkowo (ok 10 min ) szlak wiedzie asfaltową ścieżką pomiędzy pojedynczo rozsianymi domkami. Następnie przekształca się w polną drogę - o  tej porze roku nieco błotnistą. Odcinek "błotny" nie trwa może zbyt długo, jednak wystarczająco, by zdarzyły się rzeczy nieprzewidziane. Jedną z nich było nagłe pojawienie się czarnego jeepa, którego kierowca nie chcąc nas ochlapać w trakcie przejeżdżania przez kałużę, zahamował dość gwałtownie tuż obok mnie. Efekt jak się można było domyślić był... łaciaty ;-). A właściwie był dwojaki. Po pierwsze od pasa w dół, przypominałam jednego z psiaków typu "dalmatyńczyk" (tylko kolory nieco odwrotnie), po drugie pomyliliśmy przez moje kapryszenie (na bezmyślny ród męski) drogę;-). (Oczywiście w myśl zasady: "wszystko przez kobietę" ;-)). O ile skutek pierwszy był w miarę krótkotrwały (wyschło), drugi przyczynił się nad wyraz do urozmaicenia naszej cudownej wycieczki . 
     Otóż po 15 min wędrówki stromo pod górę , wzdłuż uroczo szumiącego strumienia i malowniczego wąwozu, zaniepokoił nas brak czarnego symbolu na drzewach. Szliśmy mimo to ciągle naprzód, bo a nuż... może słabe oznakowanie. Gdy nasz niepokój zaczął narastać, stwierdziliśmy, że mamy do wyboru dwie opcje:
     a) wrócić się i zmarnować tyle podejścia pod górę, by poszukać miejsca w którym  przeoczyliśmy szlak, bez pewności czy warto =)
     b) iść przed siebie szukając miejsca gdzie zacznie się może inny szlak, z nadzieją, że znajdziemy, bez pewności czy dojdziemy xD
   Wygrała opcja C. Wyjęliśmy mapę. Okazało się, że idziemy po złej stronie strumienia. Szlakiem do wyrębu drewna, która to droga miała się niebawem skończyć, ale od którejż to drogi dzielił nas niewielki odcinek "na dziko" do szlaku zielonego. Perspektywa ciekawa, prawda?
     Jakoś tak się złożyło, że jednak nie wytrwaliśmy w tym postanowieniu i kiedy wąwóz się skończył, przeszliśmy na drugą stronę. No i zaczęło się... Ewenementem na Szczeblu jest niezliczona ilość dróg, dróżek, ścieżek i ścieżynek.  Wiedzieliśmy, że szczyt musi być tuż tuż, ale w tym gąszczu możliwości, nie mogliśmy znaleźć tej jednej, jedynej właściwej drogi (jak w życiu, no nie?). Jakoś jednak trudno było się tym bardzo martwić, bo świeciło słońce, śpiewały ptaki,  a las jaśniał wszystkimi odcieniami wiosny. Bardziej niepokoiliśmy się o to, że miniemy szczyt, no i co tu dużo mówić, trochę się to nasze błądzenie przeciągało. W każdym razie ,gdy po wejściu na którąś z kolei ścieżkę, naszym oczom ukazał się zielony symbol, pobiegłam ucałować drzewo xD. (Na potrzeby zdjęcia pohamowałam swoją szaloną radość ;-))
    Od tego momentu wszystko potoczyło się w myśl odwiecznie ustalonych konwenansów, czyli podążając za zielonymi znakami , dotarliśmy w kilka minut na szczyt. A tam pełny serwis symboli narodowo - religijnych: od krzyża upamiętniającego śmierć księdza Stańko, poprzez figurkę Matki Boskiej ludowo oplecioną medalikami, ołtarz postawiony w hołdzie JPII, aż po... flagę państwową powiewającą dumnie między wierzchołkami drzew ;-). Kto by pomyślał...
      Szczyt Szczebla jest raczej zalesiony, ale że drzewa jeszcze nie ubrały się w listki, więc mogliśmy zobaczyć panoramę Gorców, a w oddali wciąż jeszcze bielutkie, jak dzieci idące do Pierwszej Komunii  - to skojarzenie od razu mnie naszło - Tatry.
      W tym momencie nastąpiła najprzyjemniejsza część dzisiejszego dnia, czyli nicnierobienie. Siedząc na pieńku, w promieniach naprawdę mocnego słońca i przy akompaniamencie ćwirków, spędziliśmy dwie cudowne godziny beztroskiego zachwytu nad pięknem przyrody. W takich sytuacjach myślę, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie i że niczego nie brakuje mi już do pełni radości. (No, dobra może kocyka...).
      Drogę powrotną odbyliśmy naszym nieszczęsnym czarnym szlakiem. Z wielką, wielką wdzięcznością, że nie musieliśmy iść nim pod górę. Jest to najbardziej ekstremalne zjawisko, jakie widziałam w Beskidach (a trochę już widziałam). Wiedzie to to, niemal pionowo pod górę, dokładnie przez cały czas. Nie ma ani skrawka łagodniejszego podejścia! Zejście wymagało nie lada gimnastyki, precyzji i koncentracji (tak, całą drogę odbierałam lekcję poruszania się z kijkami trekkingowi na stromych zboczach.. he he;-)). Wyjście wymagałoby żelaznej kondycji, sporej odporności psychicznej i obszernego zapasu produktów energetycznych =D. Polecam!!! (szlak, nie produkty energetyczne).
    Na koniec musieliśmy jeszcze przekroczyć rwący strumyk i znaleźliśmy się na znanej nam ścieżce. W drodze na Szczebel zastanawialiśmy się, w którym miejscu i jakim cudem pomyliliśmy szlak. Okazało się, że oznakowanie jest wprost żałosne i co ciekawsze, odrobinę przysłonięte przez stosy poukładanego w tamtym miejscu drewna. Śmiem sądzić, że 70 procent turystów nie zauważa tego strategicznego miejsca i zdobywa górę naszą metodą GPS Intuition. I choć jeszcze o tym nie wiedzą, podobnie jak my nie wiedzieliśmy, jest to  pomyłka  błogosławiona=D.
     Było cudownie. Jedno "cudownie" nie wystarczy, więc powtórzę: cudownie, cudownie, cudownie. Nie pachniało budzącym się życiem, jak na Gancarzu, ani topniejącymi resztkami śniegu, ani ziemią mokrą i ciemną, rozgrzewającą się dopiero i leniwie przeciągającą pod grubą warstwą liści. Las nie był już królestwem Wiosny - nieśmiałej dziewczynki, ciągnącej po ziemi warkoczyki słońca, stąpającej delikatnie pomiędzy ostatnimi płatami zalegającego śniegu, czy budzącej zaspany po zimie świat. Księżniczka Wiosna dojrzała i objęła zdecydowane rządy jako jego Królowa. A wraz z nią zapanowała radość i  światło. Rozśpiewały się ptaki i rozbzyczały pszczoły.  Zawstydzone swoim pięknem przebiśniegi pokornie pochyliły główki,  rozbrykane zawilce rozpierzchły się jak dzieci na łące, a mlecze - urwisy wystawiły okrągłe buzie do słońca. Ciepły jak szept mamy wiatr rozruszał  wszystko w radosnym tańcu życia. A pośrodku tego najpiękniejszego misterium znalazłam się.. ja. Myśląc, że ani poetyka, ani liryka nie pomoże mi tego opisać. I że lubię ten swój bezsilny zachwyt. I fakt, że choć to może niemądre, wciąż jeszcze umiem rozpłakać się  z wdzięczności za cud Życia. I za przebiśniegi też... =)

/zdj. z wyj 1, aut - K.A.)