Odcinek 24: Fonetyka, poetyka - dylematy wędrownika...=)

8.04.2010 - Szczebel (976 m n.p.m.)

       Wiem, że nie zaczyna się wpisu od "no wreszcie", ale..
     No wreszcie... zdobyliśmy Szczebel. Nie pamiętam już, od kiedy mieliśmy go na tapecie. I udało się. Oczywiście z przygodami=). Na początek wyjaśnię przyjętą przeze mnie pisownię nazwy. Na mapie znaleźć można wersję "Strzebel" i "Szczebel". Wybrałam, w solidarności z krakowską tendencją do wymawiania wszystkiego fonetycznie ("Pociąg do Czebini odjedzie z peronu czeciego o pietnastej czydzieści czy" ;-)), wersję drugą. To tyle z fonetyki. Czas na poetykę ;-).
          Wyruszyliśmy z Krakowa dość późno bo o 11. Pogoda była piękna, słoneczna i typowo wiosenna. Po prostu wymarzony dzień na wycieczkę w góry. (Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam, że nie muszę iść do pracy ;-)). Po odstaniu odpowiedniej ilości czasu ,w odpowiedniej długości korkach, na odwiecznie remontowanej Zakopiance, dotarliśmy około 12.30 do Kasinki Małej. Tam dosyć długo szukaliśmy wejścia na szlak. Powtórka scenariusza z Ćwilina, z tym, że tym razem szlak znaleźliśmy, a nawet udało nam, się ku ogólnej radości, zaparkować całkiem niedaleko niego =). Wybraliśmy oczywiście czarny -1 h 40 min na szczyt.
     Początkowo (ok 10 min ) szlak wiedzie asfaltową ścieżką pomiędzy pojedynczo rozsianymi domkami. Następnie przekształca się w polną drogę - o  tej porze roku nieco błotnistą. Odcinek "błotny" nie trwa może zbyt długo, jednak wystarczająco, by zdarzyły się rzeczy nieprzewidziane. Jedną z nich było nagłe pojawienie się czarnego jeepa, którego kierowca nie chcąc nas ochlapać w trakcie przejeżdżania przez kałużę, zahamował dość gwałtownie tuż obok mnie. Efekt jak się można było domyślić był... łaciaty ;-). A właściwie był dwojaki. Po pierwsze od pasa w dół, przypominałam jednego z psiaków typu "dalmatyńczyk" (tylko kolory nieco odwrotnie), po drugie pomyliliśmy przez moje kapryszenie (na bezmyślny ród męski) drogę;-). (Oczywiście w myśl zasady: "wszystko przez kobietę" ;-)). O ile skutek pierwszy był w miarę krótkotrwały (wyschło), drugi przyczynił się nad wyraz do urozmaicenia naszej cudownej wycieczki . 
     Otóż po 15 min wędrówki stromo pod górę , wzdłuż uroczo szumiącego strumienia i malowniczego wąwozu, zaniepokoił nas brak czarnego symbolu na drzewach. Szliśmy mimo to ciągle naprzód, bo a nuż... może słabe oznakowanie. Gdy nasz niepokój zaczął narastać, stwierdziliśmy, że mamy do wyboru dwie opcje:
     a) wrócić się i zmarnować tyle podejścia pod górę, by poszukać miejsca w którym  przeoczyliśmy szlak, bez pewności czy warto =)
     b) iść przed siebie szukając miejsca gdzie zacznie się może inny szlak, z nadzieją, że znajdziemy, bez pewności czy dojdziemy xD
   Wygrała opcja C. Wyjęliśmy mapę. Okazało się, że idziemy po złej stronie strumienia. Szlakiem do wyrębu drewna, która to droga miała się niebawem skończyć, ale od którejż to drogi dzielił nas niewielki odcinek "na dziko" do szlaku zielonego. Perspektywa ciekawa, prawda?
     Jakoś tak się złożyło, że jednak nie wytrwaliśmy w tym postanowieniu i kiedy wąwóz się skończył, przeszliśmy na drugą stronę. No i zaczęło się... Ewenementem na Szczeblu jest niezliczona ilość dróg, dróżek, ścieżek i ścieżynek.  Wiedzieliśmy, że szczyt musi być tuż tuż, ale w tym gąszczu możliwości, nie mogliśmy znaleźć tej jednej, jedynej właściwej drogi (jak w życiu, no nie?). Jakoś jednak trudno było się tym bardzo martwić, bo świeciło słońce, śpiewały ptaki,  a las jaśniał wszystkimi odcieniami wiosny. Bardziej niepokoiliśmy się o to, że miniemy szczyt, no i co tu dużo mówić, trochę się to nasze błądzenie przeciągało. W każdym razie ,gdy po wejściu na którąś z kolei ścieżkę, naszym oczom ukazał się zielony symbol, pobiegłam ucałować drzewo xD. (Na potrzeby zdjęcia pohamowałam swoją szaloną radość ;-))
    Od tego momentu wszystko potoczyło się w myśl odwiecznie ustalonych konwenansów, czyli podążając za zielonymi znakami , dotarliśmy w kilka minut na szczyt. A tam pełny serwis symboli narodowo - religijnych: od krzyża upamiętniającego śmierć księdza Stańko, poprzez figurkę Matki Boskiej ludowo oplecioną medalikami, ołtarz postawiony w hołdzie JPII, aż po... flagę państwową powiewającą dumnie między wierzchołkami drzew ;-). Kto by pomyślał...
      Szczyt Szczebla jest raczej zalesiony, ale że drzewa jeszcze nie ubrały się w listki, więc mogliśmy zobaczyć panoramę Gorców, a w oddali wciąż jeszcze bielutkie, jak dzieci idące do Pierwszej Komunii  - to skojarzenie od razu mnie naszło - Tatry.
      W tym momencie nastąpiła najprzyjemniejsza część dzisiejszego dnia, czyli nicnierobienie. Siedząc na pieńku, w promieniach naprawdę mocnego słońca i przy akompaniamencie ćwirków, spędziliśmy dwie cudowne godziny beztroskiego zachwytu nad pięknem przyrody. W takich sytuacjach myślę, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie i że niczego nie brakuje mi już do pełni radości. (No, dobra może kocyka...).
      Drogę powrotną odbyliśmy naszym nieszczęsnym czarnym szlakiem. Z wielką, wielką wdzięcznością, że nie musieliśmy iść nim pod górę. Jest to najbardziej ekstremalne zjawisko, jakie widziałam w Beskidach (a trochę już widziałam). Wiedzie to to, niemal pionowo pod górę, dokładnie przez cały czas. Nie ma ani skrawka łagodniejszego podejścia! Zejście wymagało nie lada gimnastyki, precyzji i koncentracji (tak, całą drogę odbierałam lekcję poruszania się z kijkami trekkingowi na stromych zboczach.. he he;-)). Wyjście wymagałoby żelaznej kondycji, sporej odporności psychicznej i obszernego zapasu produktów energetycznych =D. Polecam!!! (szlak, nie produkty energetyczne).
    Na koniec musieliśmy jeszcze przekroczyć rwący strumyk i znaleźliśmy się na znanej nam ścieżce. W drodze na Szczebel zastanawialiśmy się, w którym miejscu i jakim cudem pomyliliśmy szlak. Okazało się, że oznakowanie jest wprost żałosne i co ciekawsze, odrobinę przysłonięte przez stosy poukładanego w tamtym miejscu drewna. Śmiem sądzić, że 70 procent turystów nie zauważa tego strategicznego miejsca i zdobywa górę naszą metodą GPS Intuition. I choć jeszcze o tym nie wiedzą, podobnie jak my nie wiedzieliśmy, jest to  pomyłka  błogosławiona=D.
     Było cudownie. Jedno "cudownie" nie wystarczy, więc powtórzę: cudownie, cudownie, cudownie. Nie pachniało budzącym się życiem, jak na Gancarzu, ani topniejącymi resztkami śniegu, ani ziemią mokrą i ciemną, rozgrzewającą się dopiero i leniwie przeciągającą pod grubą warstwą liści. Las nie był już królestwem Wiosny - nieśmiałej dziewczynki, ciągnącej po ziemi warkoczyki słońca, stąpającej delikatnie pomiędzy ostatnimi płatami zalegającego śniegu, czy budzącej zaspany po zimie świat. Księżniczka Wiosna dojrzała i objęła zdecydowane rządy jako jego Królowa. A wraz z nią zapanowała radość i  światło. Rozśpiewały się ptaki i rozbzyczały pszczoły.  Zawstydzone swoim pięknem przebiśniegi pokornie pochyliły główki,  rozbrykane zawilce rozpierzchły się jak dzieci na łące, a mlecze - urwisy wystawiły okrągłe buzie do słońca. Ciepły jak szept mamy wiatr rozruszał  wszystko w radosnym tańcu życia. A pośrodku tego najpiękniejszego misterium znalazłam się.. ja. Myśląc, że ani poetyka, ani liryka nie pomoże mi tego opisać. I że lubię ten swój bezsilny zachwyt. I fakt, że choć to może niemądre, wciąż jeszcze umiem rozpłakać się  z wdzięczności za cud Życia. I za przebiśniegi też... =)

/zdj. z wyj 1, aut - K.A.)

7 komentarzy:

  1. Pewnie się powtórzę, ale z upodobaniem zrobię ten błąd stylistyczny :D - urokliwy i bardzo ciepły jest ten wpis. Mnie osobiście urzeka po raz kolejny, jak Autorkę piękno natury, taki sposób relacjonowania.
    No i dzieci pierwszokomunijne mnie rozbroiły - ogłaszam więc zawieszenie broni w patrzeniu na Tatry ;)
    Powinienem zacząć jeszcze od tytułu, bo rymowanka iście literacka, twórcza i wiosenna jak cały wpis i graficzne modyfikacje wyglądu całego bloga. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję=)
    a o co chodzi z tym zawieszaniem broni? =)

    OdpowiedzUsuń
  3. Metafory mają to do siebie, że cały ich urok polega na samodzielnym rozszyfrowaniu :)
    Ciekawe, nie wpadłbym na to, że kocyk daje pełnię szczęścia :D
    Mój ulubiony fragment rozpoczyna się zdaniem:
    "Ciepły jak szept mamy wiatr rozruszał wszystko w radosnym tańcu życia."
    I ostatnie dwa zdania pokazują, że jak kiedyś we wcześniejszym wpisie, tak i teraz na końcu mamy do czynienia z niezwykłą puentą. Piękną.

    Mam jednak zastrzeżenia do tego wpisu - wyrażona skrucha na końcu jest nieproporcjonalnie wielka do kontrastu pomiędzy marnością kilku stron magisterki w porównaniu do tego, co tutaj zostało napisane ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi Panie B. Doprawdy uwielbiam Pańskie komentarze=) choć chyba na nie nie zasługuję...

    Kocyk..nie daje pełni szczęścia. Ale już leżenie na tym kocyku, na zielonej trawce, w promieniach wiosennego słońca i przy śpiewie ptaków.. owszem xD

    a te każde kilka marnych storn magisterki przybliża mnie do upragnionej czerwcowej obrony, czy nie tak ?
    =D

    OdpowiedzUsuń
  5. No tak, choć magisterka nie zając... :D
    A to zestawienie dwóch ostatnich zdjęć wydaje się zupełnie nieprzypadkowe:
    1. tło fioletowe kwiatów dość wyraźnie nawiązuje do jasnofioletowego koloru bluzy Modelki,
    2. lekko pochylona głowa ma być obrazem owego przebiśniega,
    3. skruszony - w tekście - uśmiech nie ma w zdjęciu żadnego odbicia, raczej mamy w nim do czynienia z nutką delikatnego sprytu połączonego z subtelnością kobiecego kombinatorstwa, radości i tego "czegoś", co w słowa trudno ująć, a jest czymś niezwykłym i... ;)
    4. a może to lustrzane odbicie w osi pionowej kwiatu przebiśniegowego i Kwiatu Kobiecego jest zamierzone i poprzez sprzeczności ma pokazywać podobieństwa lub na odwrót? :D

    OdpowiedzUsuń
  6. "kobiece kombinatorstwo" i ja?! NIEMOŻLIWE =D

    OdpowiedzUsuń