Odcinek 26: Nie muszę się spieszyć , chcę się z życia cieszyć =)

25.04.2010 - Luboń i Szczebel (Strzebel =))

     Ten jakże piękny, niedzielny dzionek postanowiliśmy poświęcić na wycieczkę w Beskid Wyspowy. Wyprawy w ten rejon są bezproblemowe w związku z dobrą komunikacją, względną bliskością i szerokim wyborem szczytów w ofercie turystycznej biura "Beskidy". Śnieg już stopniał, świat się zazielenił, błoto wyschło (powiedzmy...), rozśpiewały się ptaki, zakwitły kwiaty, a niebo było idealnie niebieskie, więc wstąpiły w nas nowe siły witalne i energia ;-). Postanowiliśmy jeszcze raz zdobyć Luboń (mój luby), tyle że tym razem  idąc słynnym żółtym szlakiem (szłam nim przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów... czyli jeszcze przed wojną..;-)). Jako opcja alternatywna w planach był także Szczebel, ale tylko pod warunkiem, że zechce nam się wstać z ciepłej polanki, przerwać drzemkę i pójść dalej=).
     Nasz wehikuł marki mercedes opuściliśmy na przystanku Rabka "Łopatówki", skąd wzdłuż głównej drogi podreptaliśmy (ok 30 min) do miejsca, gdzie rozpoczyna się żółty szlak. Początkowo trasa wiedzie polną drogą między domami, polami uprawnymi i łąkami. Po około 15 min zaczyna się las. Szlak żółty, jak na Beskidy, jest dosyć stromy. Prowadzi krętą ścieżką, pod górę, przez około 40 min. Oczywiście nie trzeba mieć jakiejś wybitnej kondycji, żeby go pokonać, choć w upalnym słońcu (i z ciężkim plecakiem na plecach ;-)) można się nieco zmęczyć... 
     Na szczęście trud rewanżuje nam druga część trasy, czyli niepodważalnie fantastyczne , cudowne, jedyne w swoim rodzaju luboniowe skałki (atrakcja numer jeden w tym rejonie). Ten skalny odcinek  ma jedną wadę - jest zbyt krótki. (Byłoby wspaniale, gdyby cała droga na Luboń tak wyglądała). Po za tym ma same zalety: po pierwsze wspinając się niemal pionowo, skracamy sobie trasę. Po drugie - jest to spore urozmaicenie i przez chwilę można się poczuć jak na tatrzańskim szlaku. Po trzecie  wreszcie - ukształtowanie przestrzenno - kolorystyczne sprzyja robieniu fotografii z rodzaju "zdobywca" ;-).  (Aha, formalnie szlak obchodzi teraz skałki, ale nie spotkaliśmy nikogo, kto by odmówił sobie przyjemności wyjścia tą drogą).
     Po przejściu skałek, czeka nas jeszcze około 15 min wędrówki. Najpierw stromo pod górę, a potem pięknym lasem, o tej porze roku wciąż jeszcze wyścielonym jesiennymi liśćmi. Po chwili naszym oczom ukazuje się budynek schroniska, a przed nim tłum ludzi popijających zimne piwko. Przed schroniskiem umieszczone są ławki i stoliki, tak więc wszelkiego rodzaju napoje wysączyć można, mając przed oczami taki widok:
     Naturalnie, w niedzielę należy spodziewać się, że nie będziemy jedynymi homo sapiens  na szczycie, więc jeśli pragniemy pewnego rodzaju izolacji od rodzaju ludzkiego (a raczej pragniemy, w końcu po to między innymi idziemy w góry), to pobyt w schronisku ograniczamy do niezbędnego minimum. 
     Tak też poczyniliśmy i po kilkunastu minutach udaliśmy się w dalszą drogę, a ściśle na poszukiwanie dogodnej piknikowej polanki. Schodziliśmy szlakiem czerwonym do przełęczy Glisne. Zejście strome, ale bardzo krótkie (30 min).   Prowadzi praktycznie cały czas lasem, ale pod koniec wychodzi na rozległe, zielone, opromienione słońcem łąki.  
     Na jednej z tych łąk postanowiliśmy zrobić sobie.. cytuję  "popas" xD. Czyli, mówiąc językiem ludzi cywilizowanych, piknik =). Dzięki pomysłowości mojego towarzysza podróży na stole (czyli trawie) znalazła się nawet prawdziwa kawa, (sic!) o czekoladzie i ciastkach już nie mówiąc. I przez godzinę poczułam się prawie jak w raju=). A po posiłku przyszła pora na popołudniową sjestę...
     Po półtorej godziny słodkiego nicnierobienia postanowiliśmy jednak, udać się na Szczebel. W tym celu na przełęczy Glisne zmieniliśmy szlak na zielony i po około godzinie łagodnego podejścia znaleźliśmy się na wierzchołku Szczebla. Jako, że szczyt od mojej ostatniej wizyty nie zmienił się zbyt wiele, więc opuściliśmy go po minucie. Ze względu na zapowiedzianą na drogowskazach jaskinię, wybraliśmy jako drogę powrotną szlak czarny. Nim jednak dotarliśmy do groty, jakieś pięć razy ów szlak zgubiliśmy, gdyż oznaczony jest naprawdę beznadziejnie. Wyblakłe symbole i mała częstotliwość ich rozmieszczenia, a ponadto mnóstwo dodatkowych ścieżek nie ułatwiają orientacji w terenie. Nie jest to żadna tragedia, bo jak sądzę, zejść można na różne sposoby, ale nam naprawdę zależało na dotarciu do jaskini. Po około 30 minutach w końcu ją znaleźliśmy. Hucznie zapowiadana "Jaskinia Zimna Dziura" okazała się... ni mniej, ni więcej zimną dziurą (cóż za adekwatność nazwy, ten kto ją wymyślił zdecydowanie nie popuścił wodzy fantazji ;-)). Za to panowała w niej mroźna temperatura, więc można było zafundować sobie krioterapię;-).
     Po około 10 minutach wyszliśmy  z lasu i idąc wzdłuż strumienia dotarliśmy do kolejnej polanki. A stamtąd w pół godziny na przystanek PKS.
    ***
      Dzisiejszy dzień pozwolił mi docenić wartość czasu. Czasu, który można bez wyrzutów sumienia poświęcić na obserwowanie błękitu nieba (i tylko błękitu, bo nie było absolutnie żadnej chmury) i ruchu źdźbeł trawy. Właściwie każda wyprawa w góry tego  uczy. Czasu, który z perspektywy propagowanego dziś w kulturze wzorca - roztrwoniłam=). Czasu, który zyskuje swoją wartość przede wszystkim w relacji  z drugim człowiekiem, ale i w kontakcie z niepojętym pięknem świata. 
     To ważne, żeby się czasem zatrzymać. Powąchać jak pachnie ziemia i pierwsze wiosenne kaczeńce. Pokłuć nogi o ostre gałęzie na szlaku i  poczuć delikatny dotyk trawy. Przypalić sobie nos ciepłem południowego słońca i schłodzić twarz odwracając się z uśmiechem w stronę wiatru. Dotknąć szorstkiej kory drzew i delikatnej struktury płatków  ostatnich przebiśniegów. Poczuć ciepło rozgrzanych kamieni i chłód zimnej jak lód wody w strumieniu.  Posłuchać muzyki przyrody. Posłuchać ciszy. Posłuchać siebie. Podziękować. Nie spieszyć się. Po co? Na to zawsze będzie jeszcze czas... =)

(zdj. 2,4,7 - aut B. )

4 komentarze:

  1. Tym razem detaliczność i skrupulatność opisów aż mnie zadziwia. Zmiana z poezji na prozę dokumentarną a la Herling - Grudziński? :D Świadomy zabieg?
    Choć trzeba przyznać, że końcówka to proza poetycka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. wypalam się autorsko Panie B.
    trzeba będzie zamknąć bloga =)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wierzę w takie rzeczy - to pewnie tylko wiosenne przesilenie :)
    I w sumie to nic nowego, bo większość artystów tak miewa :D
    Nie jestem pewien czy ten pomysł - zapewne podyktowany zmęczeniem - nie skończy się protestami internautów. W końcu ilość odwiedzin bloga mówi sama za siebie.

    OdpowiedzUsuń
  4. niestety to prawda =)
    a artystką nie jestem i nie będę raczej ;-)
    co do odwiedzin.. to nieustannie mnie zdumiewa, że znajdują się ludzie odwiedzający tego bloga =)
    to bardzo miłe =)

    OdpowiedzUsuń