To i owo, koncertowo ;-)

20.05.2010 - Missa Pacis

     Ponieważ nie mam sił się uczyć (zapewne wenę poczuję  dwa dni przed egzaminem..;-)) i nie mogę już patrzeć na swoją magisterkę (zapewne jednak będę musiała na nią spojrzeć jeszcze dziś..), postanowiłam napisać kilka słów o ostatnim koncercie, na który udało mi się dzięki obrotności pewnej Osoby pójść (z-tą-że Osobą) ;-). Pomysł zrobienia wpisu wydał mi się nieco bardziej kreatywny, niż bezowocne spoglądanie w monitor komputera (tudzież w sufit, okno, panoramę roztaczającą się z balkonu, zawartość lodówki (skromną), ziemię, nietknięte notatki itp.) oraz rozpaczliwe rozważanie problematyki acedii, która jak zawsze musi mnie dotknąć w okresie niby-przed-sesyjnym, ale jednak już-sesyjnym. Nad faktem, że tematyka blogu jest raczej górsko-turystyczna się nie zatrzymuję, wszak wiadomo - rozwijać się trzeba na wszystkich płaszczyznach kulturowo-społeczno-edukacyjnych (co ja piszę?!).
     Ale przejdźmy do koncertu. Odbywał się on w bazylice oo. Franciszkanów, co muszę przyznać, było świetnym pomysłem. Akustyka, efekty świetlne, niepowtarzalny klimat, no i stosunkowo ograniczona liczba uczestników - tego nie dałaby żadna sala koncertowa. Szczęściem niespodziewanym posadziliśmy się w sektorze VIP-ów (sic!) - więc wszystko to mogliśmy chłonąć naprawdę z bliska.
     Missa Pacis  to kompozycja Marcina Wawrzynowicza. Łączy w sobie tradycyjną formę mszy (tak tak.. pamiętamy ze szkoły muzycznej: Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Benedictus, Agnus Dei ;-)) z łacińskimi tekstami (liturgicznymi) i muzyką jazzową. Wszystko to przeplatane tekstami nauczania Jana Pawła II, dotyczącymi pokoju. Brzmi ciekawie... (w tym przypadku dosłownie ;-)).
      Z jazzem nie miałam do tej chwili wiele wspólnego, więc poszłam z pewnego rodzaju ciekawością, co też zobaczę, czy raczej usłyszę...  Profesjonalistką w dziedzinie muzyki nie jestem, więc ujmę to raczej prosto. Najpierw zaskoczył mnie śpiew pana Marcina. Ma naprawdę piękną barwę głosu i wykorzystuje ją w pełni. Po drugie fenomenalny był perkusista (Krzysztof Gradziuk). Grał subtelnie, wykorzystując mnóstwo niestandardowych instrumentów perkusyjnych (ich brzmienie komponowało się pięknie, z pobrzmiewającymi w tle niektórych utworów odgłosami natury). Po trzecie nie mogłam oderwać oczy od zręcznych palców kontrabasisty (Andrzej Święs), i uszu - od płynących  melodyjnie dźwięków saksofonu (Tomasz Pruchnicki). Ale najbardziej zachwycił mnie, grający na klawiszach Paweł Tomaszewski. /Być może dlatego, że kiedyś sama brzdękałam na tym instrumencie (z miłości do muzyki przestałam ;-)/. Mówiąc kolokwialnie -  pan Paweł dał niezłego czadu. Melancholijno - sentymentalny  w utworach lirycznych (kiedy delikatne dźwięki pianina dosłownie muskały powietrze), przeobrażał się w  wulkan energii, w kompozycjach dynamicznych.
      I dlatego kiedy zgasły światła, a przestrzeń kościoła wypełniła się dźwiękami muzyki, zamknęłam oczy i pomyślałam, że mogłabym siedzieć tak całą noc ... oczywiście gdyby nie było mi tak cholernie niewygodnie ;-).

Ach, jeszcze link: http://www.missapacis.com/
     

Odcinek 28: Daleko jeszcze?

4.05.2010 - Przehyba (1175 m n.p.m.) =>  Złomisty Wierch 1226 m n.p.m. =>  Radziejowa (1262 m n.p.m.) => Wielki Rogacz  (1182 m n.p.m.) => Niemcowa (1001 m n.p.m.)

DALEKO JESZCZE?
Dramat chłopsko-ludowo-melancholijno-ekscentryczno-synkretyczny w czterech aktach.

Osoby:
Ona - (studentka-ekspedientka, magistrantka, straszna zrzęda, jakkolwiek jej górscy kompani twierdzą, że nikt nie zrzędzi równie uroczo, prawda? ;-))
On   - (czynny zawodowo doktorant ;p, niedoszły historyk Bombowej, specjalista w zakresie  przyrządzania bananów w mlecznej czekoladzie ;-))
Inne  - Harris (szef chatki na Niemcowej), przypadkowo spotkani turyści;

AKT I - PRZEHYBA
Scena 1: Akcja dramatu rozpoczyna się w scenerii Beskidu Sądeckiego. Bohaterowie wyruszają z miejscowości Rytro, skąd niebieskim szlakiem  udają się na oddaloną o 3h 10 min  marszu (o zgrozo!) Przehybę. W pierwszej scenie aktu pierwszego maszerują raźno szerokim traktem -  początkowo asfaltowym, a następnie przekształcającym się w wygodną leśną drogę, wzdłuż której płynie szemrzący strumień. Pomysł nabrania wody z tegoż strumienia spełza na niczym, gdy bohaterowie uświadamiają sobie brak jakiejkolwiek pustej butelki. Po około 30 minutach, wspaniała trasa przekształca się w wąską, błotnistą ścieżkę, pnącą się nielitościwie w górę. Niebo zachmurzone, biomet niekorzystny. Tempo marszu przekracza znacznie zwyczajową średnią. Bohaterka rozważa granicę ilości uderzeń pulsu na minutę, po której następuje zgon. Zgon nie następuje jednak. Po dojściu do pierwszej polany:
Ona (między jednym a drugim sapnięciem): Daleko jeszcze?
On (rzeczowo): Daleko.

Scena 2: Błotnista ścieżka kończy się, lecz wzmaga się stromość góry. Wędrując lasem bohaterowie co jakiś czas, (na nieosłoniętych drzewami odcinkach), wystawieni są na uderzenia silnego wiatru. Tempo marszu utrzymuje się na stałym (bardzo dynamicznym) poziomie. Zgon nadal nie następuje. Biomet (cholera) ciągle niekorzystny. Ku ogólnej radości brak opadu. Zza drzew wyłania się panorama Beskidu Sądeckiego. Po 2 godzinach od rozpoczęcia akcji, po prawej stronie sceny ukazuje się pomnik przyrody: "Wietrzne Dziury". Bohaterowie i owszem, tabliczkę dostrzegają, lecz dziur nijak znaleźć nie mogą. Po krótkiej, acz treściwej dyspucie dochodzą do wniosku, że pod słowo "dziury" każdy mieszkaniec globu podłożyć może "dziurę", która mu najbardziej odpowiada. Ona wybiera "dziurę w serze", On "czarną dziurę" (inne możliwości: dziura ozonowa, dziura powietrzna, dziura po kuli, itd). Nie zatrzymują się ani na chwilę:
Ona (z błyskiem nadziei w brązowych oczętach): Daleko jeszcze?
On (rzeczowo): Daleko.

Scena 3: Droga nareszcie staje się przystępniejsza, choć miejscami nadal wiedzie ostro pod górę. Ona przestaje już pytać, czy daleko. (Jest to pytanie retoryczne, jak mniema). A końca nie widać, nie widać, nie widać...;-). Po 2 h 30 min ich oczom ukazuje się budynek schroniska na Przehybie, rozległy plac tuż przed nim, ławeczki, zielona trawka i obietnica ciepłego jedzonka. Biomet przestaje mieć znaczenie. Trasa pokonana o 40 minut szybciej niż wskazywały drogowskazy, co oczywiście daje pewnego rodzaju satysfakcję =).
Ona (z wyraźnym poczuciem ulgi): No, nareszcie wyszliśmy na ten Pohybel =D
Scena 4: Wnętrze schroniska. Stoliki i ławki. W środku spora ilość turystów, wsuwających pyzy, szarlotki i popijających zimne piwo. Bohaterowie lokują się wygodnie przy stoliku i zamawiają.. [Tutaj plama na tekście dramatu, druk rozmyty, nieczytelny... 

Akt II: RADZIEJOWA

Scena 1:... druk nadal nieczytelny]... pochyleni nad stolikiem i pustymi talerzami, uważnie przyglądają się mapie. Wynika z niej, że z Przehyby na Radziejową wiedzie szlak czerwony (1 h 30 min). Ociągając się leniwie (biomet jednak ma znaczenie, a i niewyspanie także), bohaterowie udają się w dalszą drogę. Ona, podekscytowana świadomością że już niedługo zdobędzie najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, kolejny diament w Koronie Gór Polski, biegnie niemal niesiona na skrzydłach radości. (Przesadziłam). Jakkolwiek tempo marszu pozostaje bez zmian. 
Ona (niby obojętnie): Będzie stromo?
On (rzeczowo, ale Ona czuje, że On coś kręci): Nie.

Scena 2: Po przejściu bliźniaczych szczytów Złomistego Wierchu, bohaterowie docierają do malowniczej Przełęczy Długiej. Jak zwykle, gdy idzie Ona, nie może obyć się bez komplikacji. Mylą szlak. Po kilku minutach spotykają grupkę, mówiących dużo, głośno i co najgorsze synchronicznie pań, dzięki którym jednak odkrywają swój błąd i wracają na dobrą drogę ;-). Pomimo zachmurzenia, roztacza się przed nimi piękna panorama Beskidów, a trawa i tak wygląda kusząco. W jakiś czas potem ich oczom ukazuje się wieża widokowa wieńcząca szczyt Radziejowej (identyczna jak na Mogielicy), oraz również wieńczący szczyt Radziejowej kamienny obelisk (identyczny, jak na Turbaczu).
Ona (z niedowierzaniem): Rzeczywiście, nie było stromo! ;-)

Scena 3: Szczyt Radziejowej. Ona, mając nogi jak z waty, wychodzi dzielnie na wieżę widokową. Na górze nieco przerażonym wzrokiem ogarnia cudowną panoramę szczytów. Po sesji zdjęciowej, z udziałem Jego, Jej i  jabłek, (ok 2 min) udają się w dalszą drogę. Ona, czuje jednak niepokój, czy aby nie za mało uwagi poświęcili Radziejowej ;-). 
Ona: Czy aby nie za mało czasu poświęciliśmy Radziejowej?
On: Owszem, pozostańmy jeszcze na chwilę.
Zatrzymują się więc na trzy sekundy jeszcze. (Dokładnie trzy ;-)).

Akt III: WIELKI ROGACZ
Scena 1 i ostatnia (w tym akcie): Ze szczytu Radziejowej w 30 minut, szlakiem czerwonym, dochodzą na Wielki Rogacz. Ona (specjalistka w dziedzinie związków górsko-górskich, woli nie zastanawiać się nad pochodzeniem nazwy, jednak pewne skojarzenia są nieuniknione). Na Rogaczu po lewej stronie sceny, ustawiono trzy cudowne ławki. Ona oczywiście daje się skusić. Bohaterowie postanawiają zafundować sobie w końcu chwilę "na sielankę" i przyrządzają prawdziwą kawę (na bazie wody mineralnej "Piwniczanka" =P). Drugą ławkę zajmuje bardzo sympatyczne starsze małżeństwo, z którym urządzają sobie krótką pogawędkę. Po spożyciu posiłku udają się w dalszą drogę, do klimatycznej chatki na Niemcowej

Akt IV: NIEMCOWA
Scena 1: Po ok. 30 minutach dochodzą na szczyt Niemcowej. Znajduje się tam spora polana i przyjemny punkt widokowy. Po drodze przechodzą przez Trześniowy Groń (zwany pieszczotliwie Czereśnią ;-)). Z polanki na szczycie w około 10 minut zbiegają do słynnej "Chatki pod Niemcową". Pan Harris - uroczy zarządca tego klimatycznego miejsca (mówi : "kaj?" czym od razu podbija serce bohaterki), wita ich herbatką i zaprasza do wielkiego drewnianego stołu. Do akcji wkracza Milka Karmelowa (ósmy cud świata). Ona myśli o tym, jak cudownie jest siedzieć sobie na drewnianej ławce, pić herbatę z wielkiego metalowego kubka, jeść czekoladę i nic nie robić (ma w sobie bowiem niewyczerpane pokłady lenistwa;-)). On zapewne myśli to samo (choć pokładów lenistwa w sobie nie ma =P).Tymczasem niebo nadal zachmurzone, wiatr silny lub umiarkowany, biomet....
Ona (tonem wysoce rozmarzonym): Jak cudownie jest siedzieć sobie na drewnianej ławce, pić herbatę z wielkiego metalowego kubka, jeść czekoladę i nic nie robić =D
On: yhmmmm [właśnie wsuwa kolejną kostkę milki, więc nie może mówić =P]
Scena 2: Błogie chwile przerywają pierwsze krople deszczu. Potem drugie krople, a potem nasilające się stopniowo opady. Nadchodzi pora decyzji: przeczekać, czy ruszać dalej. W planach bowiem jest dwugodzinne zejście do Rytra szlakiem czerwonym. Pan Harris doradza jednak zrezygnować z tego jakże ambitnego zamiaru i zejść drogą do Kosarzysk (ok. 40 min). Co też z bólem serca, spowodowanym rezygnacją z planów, postanawiają uczynić =). Z drugiej strony pozostaje wdzięczność, że nie padało przez cały dzień, i że niebo od czasu do czasu przejaśniało się nawet, umożliwiając oglądanie widoków i przyjemną wędrówkę, niekończącymi się szlakami Beskidu Sądeckiego =).
Ona (zdejmuje kaptur i wystawia buźkę na deszcz)
Harris (śmiejąc się): Już i tak nie urośniesz =)
Pan nr 2: I taka ładna fryzura się zepsuje...
Ona (inteligentnie): A tam fryzura =D
Scena 3: A w Kosarzyskach autobus PKS zabiera ich w dwudziestominutową podróż do Rytra =)

Epilogu nie będzie =D