Odcinek 31: Nocne Waćpanny gawędy....

16.09.2010 - GORC 1228 m n.p.m.
      Dawno, dawno temu (czyli wczoraj), trójka dzielnych bohaterów - w tym jedna urocza młoda Waćpanna i  dwóch gryfnych Waćpanów, wyruszyła była w nieznaną, pełną zasadzek drogę, w południowe  rubieże Rzeczypospolitej .
     Celem tejże wyprawy było nawiedzenie leżącego za siedmioma górami szczytu - znanego wszem i wobec, jako imć Gorc, z rodu Kamienickich - szlachcic władający sprawiedliwie wschodnimi granicami liczącego wiele morgów Królestwa,  co od dziada pradziada (czyli od 1981 r.) Gorczańskim Parkiem Narodowym się zowie.
    Wyprawa rozpoczęła się we wsi Rzeki, gdzie rumaki swe (mechaniczne) pozostawili  byli i obrawszy za trasę wędrówki szlak błękitnie barwiony, rześko ruszyli w drogę swą. A na szczyt poprowadzić ich ona miała w czasie - do zmówienia 600 "Zdrowasiek" (szacunkowo =)) - potrzebnym.
     Pierwej szlak wiódł lasem i prowadził do polanki jasnej i zacisznej, Nową Polaną zwanej, gdzie ławkę drewnianą i stół postawiono, i gdzie nasi bohaterowie spożyli posiłek prosty, a pożywny,  piękno otaczającego ich świata oczętami swymi, szeroko rozwartymi, podziwiając. Rychło jednak w dalszą drogę wyruszać musieli, co traktem szerokim do szczytu prowadziła była.
     Trakt ów jednakowoż, choć szeroki, trudno było nazwać Królewskim. Błoto tam ogromne zalegało, toteż  już po chwili Waćpanna trzewiki swe białe zbrudziła. A z racji, iż trzewiki jej białe, na powierzchni błotnej, w poślizg często wpadać raczyły, zaliczyła Waćpanna poślizg delikatny i włożyła rączęta swe białe, pracą nieskalane w maź tę brązową, a miękką i pulchną, jako masło świeżo wytrząśnięte. (I pomyślała Waćpanna, że mieszczki ciężko zarobione dukaty na SPA wydają i kuracyje błotne w dalekich krajach stosują, gdy tu za darmo zażyć by ich można..). Ale, że Waćpan damę swą (najmilejszą) dzielnie uratował i rękę podał, więc na ubłoconych rączętach się skończyło. Frajdę jednak chodzenie po błotku sprawiło  było całej  trójce, gdyż i dźwięk przy tym fajny, i miękko pod pantoflem, i koncentrację zachować wzmożoną trzeba, i miejsca na postawienie stopy wybierać najlepsze (tak by się ino odrobinę, a nie po kostki  same zanurzyła).
     Azaliż wkrótce trakt błotny ustąpił miejsca drodze leśnej, a ocienionej, i przed powiewem porywistego wiatru podróżników osłaniającej. Błoto na trzewikach wyschło, a obłoki na niebie rozproszyły się i promienie jesiennego już słońca zalały świat radosnym światłem, pląsającym kujawiaka z zarumienionymi listkami, podrygującymi wdzięcznie w koronach drzew. Dziarsko maszerując, przy wtórze ciszy leśnej, dotarli byli bohaterowie do kolejnej polany na trakcie leżącej, na cześć właściciela, jegomościa Władysława Świnki - Świnkówką wdzięcznie mianowanej. Widok tamtejszy dech im w piersiach zaparł, gdy oczom ich  ukazały się niedalekie szczyty Kudłonia i Jaworzyny, a w oddali  wyłaniające się ośnieżone wierzchołki Tatr, co pięknem swym i urodą w całej Europie słyną.
   Wkrótce jednak nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą drogę. I znowuż chyżo lasem maszerując, dotarli bohaterowie  do celu swej wyprawy. Wspiąwszy się na wysokość 1228 metrów, szczyt Gorca zdobyli, a wyczyn ów  konsumpcjyą wyrobu cukierniczego, białą czekoladą oblanego, uczcili byli.
     Juści pobyt na szczycie nie mógł trwać w nieskończoność. Przeto gdy  Waćpanna wszystkie zakamarki Gorcowych włości spenetrować raczyła i okiem swym niewieścim posiadłości obejrzała była, nadszedł czas by  w drogę powrotną wyruszyć.
     Lecz niepodobnym było wracać Wielkim Szlakiem Błotnistym, gdyż zejście - wiadomo - od wyjścia trudniejszym, gdy ślisko, być musi. Toteż otrzymawszy wieści od mijanych w drodze do Świnkówki Jegomościów, iż nowy szlak odkryli, co krótszy, a i suchy pozostać raczył, ze wskazówek skorzystali i po przejściu pierwszego odcinka drogi, w miejscu gdzie tablica z nazwą Królestwa złamaną była, zboczyli z wyznaczonej ścieżki. Tenże fortel pozwolił im urozmaicić nieco wędrówkę, bo ścieżyna wiodła kręto i malowniczo, a i suchą stopą przejść aż do samych wierzchowców (mechanicznych) pozwoliła. 
     Wyprawa to cudowna była, a znajomość z Gorcem za cenną niezwykle uznać wypada. Młodzieniec to bowiem urodziwy, o licu gładkim i pięknym, co niejedną dzierlatkę o drżenie serca przyprawić musiał. Podzieliwszy się z towarzyszami spostrzeżeniem owym, aparycyji Gorca  tyczącym, doznała Waćpanna epifaniji nagłej, a niespodziewanej, iż oto właśnie z absztyfikantem księżnej Modyni do czynienia miała*. I tak oto instytucyja, co w przyszłości Beskidzkim Biurem Matrymonialnym zwać się będzie, zagadkę sprzed pięciu miesięcy rozwiązała była. 
      Bo że żaden kawaler z rodu Beskid, herbu Wyspowy, panny Modyni godzien nie był, znalazła ona w bliskości swej niedalekiej, młodzieńca z rodu innego, choć niemniej zacnego i w komitywę z nim bliską  weszła, co ją skrycie przed członkami familiji ukrywała była. A widok ów dwóch kochających się gór, co przez granicę GPN-u, spozierają na siebie nieustannie, rozrzewnił serce Waćpanny.
      I choć Gorc w hierarchii społecznej nieco niżej stoi, to jakież znaczenie - pomyślała wtenczas Waćpanna - mają mezalianse i skandale, oburzenie rodziny i różnice w herbach, gdy pojawi się to coś....Coś co od zarania dziejów, po skończenie świata pozostać czystym i nietkniętym musi...  I o czym mądrzy uczeni, powiedzieć nic nie potrafią, i czego nauki matematyczne ni astrologia wyjaśnić nie umieją, i co nie da się opisać ni sklasyfikować podług praw nauki.
       ...A gdy się już zjawić raczy, wschodzi niczym jutrzenka na nieboskłonie i napełnia wszystko dookoła swoim światłem....
Widok ze Świnkówki.
 Widok na Mogielicę, w drodze na szczyt
 Widok ze szczytu na Beskid Sądecki
Zdj. A.

2 komentarze:

  1. Nie wiem, jak to się stało, ale gdzieś chyba między dniami pojawił się wpis, którego nie zauważyłem. Bardzo ciekawy, językowo również, co wskazuje na ciągły rozwój Autorki. :)

    OdpowiedzUsuń