Odcinek 42: Przez żołądek do serca... ;-)

Dolina Bolechowicka - w polewie karmelowo-czekoladowej i kolorowej posypce =D (4.11.2011)

 Wycieczka do Doliny Bolechowickiej miała tym razem charakter poniekąd inicjacyjny. Otóż zabrałam tam Swego Cudownego Męża („zabrałam tam” brzmi dumnie, bo po prawdzie on zabrał mnie, gdyż nie tylko prowadził, ale  i trafił na miejsce przy lichej pomocy z mej strony).  Ale niech będzie, że Go zabrałam i tuż po opuszczeniu samochodu przejęłam doniosłą rolę Obytego z Terenem Przewodnika, który (a jakże) przemierzył owe tereny wzdłuż i wszerz. (A jakże! – wzdłuż i wszerz...)
 I tak - w trakcie wędrówki z pięć razy musieliśmy pytać o drogę, dwa razy spojrzałam w mapę (i nic z niej nie wyczytałam), z cztery razy zawracaliśmy z błędnej ścieżki i ze trzy razy musiałam przyznać się do całkowitego braku orientacji /oczywiście w terenie/ (dlatego, że nie szliśmy Tą Trasą Którą Zawsze Chodzę, a więc skąd (!) miałam wiedzieć, jak iść =)). Ale i tak było fantastycznie, pięknie, niezwykle, bajkowo i zapierało dech w piersiach!  Poza tym potwierdza się fakt, że prawdziwy Mąż powinien posiadać w sobie coś z Rycerza, który damę swego serca - mimo jej uroczej wszakże nieporadności - zawsze zaprowadzi tam, gdzie trzeba i ochroni;-). No.
Do Doliny weszliśmy od strony Karniowic. Pierwszy postój po pięciu minutach marszu zaliczyliśmy pod krzyżem-pomnikiem. Z miejsca tego rozlega się niesamowita panorama na okoliczne wioski. Przy iście letniej pogodzie, na jaką trafiliśmy, widoki były doskonałe. Następnie zjedliśmy, wygrzewając się w słońcu, pączki z adwokatem na pobliskich skałkach (moje ulubione miejsce w  Dolinie). A potem szliśmy i szliśmy...
 Przekroczyliśmy Bramę Bolechowicką i żółtym szlakiem zagłębiliśmy się w oszałamiająco kolorowy las. W trakcie wędrówki, jak zwykle, przeskakiwać trzeba było przez - dość prężnie płynącą Bolechówkę oraz – jak niezwykle – zachować sporą ostrożność bo wilgotna ziemia i mokre liście nadawały się doskonale na nieplanowany zjazd (na własnym tyłku).  Wkrótce las zrobił się nieco mniej wilgotny a bardziej nasłoneczniony. Co kilka kroków leżały na ziemi wielkie sterty kolorowych liści, które wykorzystywałam do wspaniałej zabawy, rzucania, podrzucania, kopania, podskakiwania (na stercie) itd.  W miejscu, w którym rozpoczynają się pola uprawne i przejście do Doliny Kobylańskiej, skręciliśmy w lewo w las – podążając nadal za żółtym szlakiem. (I to był błąd – bo właśnie tu się zgubiłam:-)). Szlak oraz GPS Intuition wyprowadził nas na asfaltową drogę prowadzącą w kierunku Kobylan (informacja zaczerpnięta od tubylców;-)), więc szlak i GPS Intuition musiał następnie zaprowadzić nas z powrotem.
Wróciliśmy do miejsca gdzie rozpoczynają się pola uprawne, po czym przemierzyliśmy je idąc cudowną miedzą między dwoma świeżo zaoranymi, pachnącymi gliną polami (kadr jak z filmu). Do Doliny Kobylańskiej jednak nie poszliśmy, bo trzeba przecież zostawić sobie coś na deser.
Właśnie.. deser....Nie wiem, czy naprawdę taki ze mnie łasuch, ale podobnie jak zima, także i jesień wywołuje we mnie ciąg kulinarnych skojarzeń =). Te chrupiące liście, leżące na czekoladowo brązowej ziemi, jak kolorowa posypka na delikatnej polewie; trawa w kolorze puszystego biszkoptu, grudy ziemi jak aromatyczny piernik, modrzewiowe igły w tonacji zmysłowego karmelu, (tudzież bardzo słodkiego toffi) (podkreślam – baaaardzo słodkiego toffi), czerwień suszonej żurawiny i malinowego soku, barwy w gamie włoskiego tiramisu, mrożonej kawy,  pomarańczowej skórki, rodzynek, cynamonu, migdałów i włoskich orzechów... STRASZNE. WIEM ;-).
Ale to jeszcze nic, bo teraz kiedy zima zaczyna oszraniać ziemię... biały szron plus ciemno-brązowa ziemia... ech... były by LODY STRACIATELLA! ;-) 




fot. A.

Odcinek 41: Abrakadabra - jesienna magia=)

3.11.2011 Kamiennik - Sucha Polana*

   Poszłam dziś na Kamiennik - mała wyprawa, która skończyła się na Suchej Polanie. Doświadczenie niezwykłe, bo to, co dzieje się ze światem, przekracza moje najśmielsze oczekiwania. Jesień jest rozrzutna. Tworzy na granicy kiczu, lecz nigdy w niego nie wkracza. Wydaje się, że działa w jakimś artystycznym szale, wenie twórczej, która nie zna granic i barier. Rozrzuca kolory garściami, maluje kompozycje, które nigdy się nie powtarzają. To feeria barw, euforia tonów, szalona rozrzutność, oszałamiający spektakl natury. Bezkompromisowość. Nieumiarkowanie w tworzeniu. Nienasycenie.I pasja.
   Jesień wymaga od nas uruchomienia wielu zmysłów. Nie da się jej odbierać na jednej płaszczyźnie. 
  Otwierałam oczy, żeby uchwycić ten zdumiewający świat natury. Liczyłam ile odcieni ma czerwień na liściach, ile złotych drzew pokrywa stok góry. Porównywałam kształt spadających liści. I z zachwytem spoglądałam na promienie słońca, tańczące wśród tej eksplozji kolorów.
     Słuchałam, jak szumi liściasty dywan pod moimi stopami. Bo inaczej szumią liście dębu, inaczej klonu, inaczej leszczyny (dębu najgłośniej =)), gdy się po nich przechodzi. Słuchałam delikatnej miękkości leżącego na ścieżce igliwia i lekkiego powiewu wiatru buszującego wśród gałęzi. 
   Dotykałam liści. Pod spodem są miękkie jak aksamit. Można się do nich przytulic, można pogłaskać nimi kogoś czule po policzku. Dotykałam szorstkiej kory drzew. Ciepłych kamieni na szczycie. Trawy na Suchej Polanie.
   Wąchałam jak pachnie natura. Jesień jest przesycona zapachami. Pachną liście (niesamowicie!), pachnie ziemia - mokra i układająca się do zimowego snu, pachnie sucha trawa (ta, na której najlepiej się leniuchuje) i świeżo ścinane drzewa.
     Najchętniej zabrałabym tą jesień ze sobą. Zamknęła w domu. Patrzyłabym sobie na nią w mroźne zimowe wieczory.I odkrywałabym wciąż na nowo jej niekończąca się tajemnicę. 

Coś do posłuchania... 


*Opis trasy na Kamiennik i Suchą zawarty jest w innym poście, więc nie powielałam=)  

Odcinek 40: Dmuchawce, latwace, wiatr...

17.09.2011 - Potrójna- Łamana Skała- Potrójna


    Wrzesień jest moją ulubioną porą do chodzenia po górach. Jeszcze nie jesień, już nie pełne lato, brak burz, stabilna pogoda, delikatne słońce, subtelny wietrzyk...ech...=). 
  Ponieważ nie cierpię ostatnio na nadmiar czasu, udało się nam wyskoczyć tylko w Beskid Mały, na szczyt naszej WiceKrólowej - Madohory. Góra niewielka, szlak bardzo łatwy.. ale uwaga - myliłby się ten, kto nie potraktowałby tej trasy poważnie i założył adidasy (np. ja =)) - od leżących na szlaku kamieni, można stracić czucie w stopach :).
     Wycieczkę rozpoczęliśmy z drogi na Kocierz, oczywiście czerwonym szlakiem. W około godzinę doszliśmy na Potrójną (884 m n.p.m.), która niezmiennie pozostanie jednym z moich ukochanych miejsc w Beskidzie Małym. Rozgrzana wrześniowym słońcem, rozkołysana wiatrem, porośnięta suchą i miękką trawą - polana na szczycie, jest naprawdę bardzo, bardzo kusząca. I gdyby nie moi Towarzysze, wykazujący subtelne, acz widoczne symptomy ADHD, zapewne ucięłabym sobie tam słodką drzemkę ;-). Drzemka musiała jednak zostać odłożona w niepewną przyszłość, a my ruszyliśmy dalej. 
     Z Potrójnej na Łamaną Skałę (929 m n.p.m.) prowadzi w dalszym ciągu szlak czerwony. Przejście nie powinno zająć więcej niż 45 minut. Po tym czasie wejdziemy na teren Rezerwatu Przyrody Madohora, a stamtąd to już tylko kilka(naście) kroków na szczyt. 
     Szczyt - nie sądziłam, że to możliwe - w promieniach ciepłego słońca, wydał mi się dużo znacznie atrakcyjniejszy, niż podczas pierwszej wędrówki. Powiedziałabym nawet, że jest całkiem uroczy, a sam jego czubek stanowi, jak gdyby małą samotną wysepkę na oceanie Beskidu Małego. I choć nic z niego nie zobaczymy, to warto spędzić tam choć chwilę.
      Z Łamanej w około 1h 15 minut  możemy dojść na Leskowiec. Myślę, że to fantastyczna trasa. Wymaga jednak mobilności - więc wyprawa samochodem odpada (no chyba, że chcemy wrócić przez Łamaną i Potrójną, ale to raczej kiepski pomysł). My musieliśmy iść po samochód, więc poszliśmy z powrotem tą samą trasą. Niestety.
        Wycieczka była naprawdę cudowna. Jest to jeden z mniej uczęszczanych szlaków w Beskidzie Małym. Spokój mamy więc zapewniony. Trzeba się trochę namaszerować i miejscami bywa to monotonne, ale dla polany na Potrójnej warto. Bez tłoku, bez hałasu, bez schroniska ;-) - czyli to, co tygryski lubią najbardziej =D.
           I tak sobie myślę, że od tej trasy zaczęłam prowadzenie bloga. Może to znak, że czas już wreszcie skończyć... =).

Obudzimy się wtuleni, w południe lata...
Na końcu świata.
Na wielkiej łące...ciepłej i drżącej...
Wszystko będzie takie nowe i takie pierwsze.
Nad nami dmuchawce, latawce, wiatr ...
Daleko z betonu świat...
 Chodź ze mną.. chodź... 
;-)

Szwajcaria... czyli w królestwie czekolady! =)

I jeszcze kilka fotek z podróży...

   Kanton Thurgau, w którym miałam okazję trochę pomieszkać, jest absolutnie niesamowity. Dlaczego? Ponieważ położony jest z jednej strony nad Jeziorem Bodeńskim, z drugiej - w bezpośredniej bliskości Alp. Efekt? Pogoda zmieniająca się co kilka godzin. Niebanalne niebo. Ostre słońce. Turkusowa i czysta woda. Fantastyczne warunki dla uprawy roślin. No i najważniejsze - szerokie spektrum rozrywek;-). Od kąpieli w jeziorze, po wędrówki alpejskimi szczytami. 
     A do tego doskonały szwajcarski ser i jeszcze doskonalsza czekolada. Naprawdę. Żyć, nie umierać... ;-)
Za to niebo kocham ten kraj =)
 Widok na Santis =)
Jezioro Bodeńskie w słońcu...
...i w chmurach.

Odcinek 39: Wycieczka nieplanowana ;-)

Ebenalp 1644 m n.p.m. (Seealpsee, Wildkirchli)

   Ebenalp to pierwszy alpejski szczyt w mojej karierze;-). Szału nie ma (wysokościowo), ale zważywszy, że do dyspozycji mieliśmy pół dnia, to i tak uważam, że jest się z czego cieszyć=). Szczyt bowiem jest niezwykły pod względem widokowym i oferuje nam takie atrakcje, jak górskie jeziora, kaplicę i jaskinię. Poza tym - od czegoś przygodę z Alpami trzeba zacząć...
  Ebenalp to szczyt leżący po szwajcarskiej stronie alp. Wędrówkę rozpoczęliśmy około godziny 12 z miejscowości Wasserauen. Prawdę powiedziawszy pierwotnym celem naszej wędrówki, zważywszy na dość późną porę i niepewną pogodę, było dojście do górskiego jeziora Seealpsee. Z czasem jednak zrewidowaliśmy nasze plany=).
     Pierwszy odcinek trasy wiódł wąską bardzo stromą uliczką i trwał około godziny. Obserwując liczbę turystów, łatwo było dojść do wniosku, że jezioro cieszy się sporą popularnością wśród Szwajcarów. I szczerze powiedziawszy zupełnie mnie to nie dziwi. Seealpsee - położone na wysokości 1143 metrów, było po prostu zachwycające. Ciche, malownicze, otoczone wysokimi szczytami (niestety za mgłą), o wodzie turkusowej i idealnie przejrzystej. (Bardziej turkusowa jest tylko w Czarnym Stawie pod Rysami ;-)).

            
    W sąsiedztwie jeziora znajdowała się baza gastronomiczna, a po pobliskich łąkach spacerowały wszędobylskie w Szwajcarii krowy =). Co ciekawe, Szwajcarzy wykazują dużo większy luz w "traktowaniu" środowiska naturalnego. Wokół jeziora wyznaczono kilka miejsc ogniskowych, poruszać można się było praktycznie wszędzie i oczywiście w jeziorze można się było do woli kąpać. W porównaniu z tatrzańskimi rygorami, było to miłe zaskoczenie, ale fakt faktem - panował idealny porządek. Co kultura, to kultura=).








       Nad jeziorem zabawiliśmy do 16, po czym stwierdziliśmy zgodnie, że jak już jesteśmy.. to może by jednak pójść na ten szczyt =). Wróciliśmy więc w około 15 minut do miejsca, w którym trasa się rozwidlała i czerwonym szlakiem ruszyliśmy do Wildkirchli.
     Wildkirchli to system jaskiń pochodzących z epoki paleolitu, odkryty w dwudziestym wieku przez E. Bachlera. Do jaskini podchodziło się bardzo widokowym szlakiem, wiodącym wzdłuż ścian skalnego masywu. Co ciekawe do tychże ścian Szwajcarzy zdołali przyczepić nawet małe schronisko. Z dołu wyglądało to naprawdę ciekawie. W drodze wyjątku odsyłam do zdjęcia zamieszczonego w angielskiej Wikipedii http://en.wikipedia.org/wiki/File:Wildkirchli.JPG. Sama byłam niestety na górze, więc takiej foty zrobić nie zdołałam ;-)
    Z Wildkirchli pozostało nam już około 30 minut drogi na szczyt. Była to naturalnie czysta przyjemność. Na szczycie Ebenalpu znajdowało się dość klimatyczne schronisko z miniaturkowym ogródkiem botanicznym oraz miejsce startu paralotniarzy. Pierwszy raz mogłam zaobserwować z bliska jak wygląda taki start i szczerze podziwiam odwagę ;-). Nie startu - lotu =D.

     Drogę powrotną ze szczytu odbyliśmy innym - choć także czerwonym szlakiem. W początkowej fazie był on naprawdę cudowny i prowadził przez malownicze alpejskie polany. Później niestety przerodził się w strome, zabłocone, kamienne schody, zmuszające nas do wytężonej koncentracji, coby kończyn górnych, tudzież dolnych nie połamać ;-).
     Cóż dodać.. Wyprawa była nieplanowana i dlategoż odbyłam ją w adidasach. Zajęła nam cudowne pół dnia (licząc opalanie nad jeziorem=)) i przypomniała mi, jak bardzo, bardzo tęsknię za górami i jak różne one bywają. Zdumiała mnie pasącymi się wszędzie krówkami (niektóre leżały dokładnie, właśnie na środku szlaku=)) i - w związku  z tym - rozmieszczonymi do samego szczytu ... elektrycznymi pasterzami.
      Zachwyciła świeżością zieleni, czystością i prostą radością z tego, że było tak pięknie. No i narobiła apetytu na więcej, wyżej i intensywniej... Ale to już może w przyszłym roku...=)

Odcinek 38: Co piszczy w puszczy? =)

12.05.2011 - Puszcza Niepołomicka

      Zacznę od tego, że jeśli na dźwięk słowa "puszcza" przed czyimiś oczętami rozpościerają się obrazy mrocznego, ciemnego lasu - to może poczuć się nieco rozczarowany. I jeśli liczymy na wyczerpującą wędrówkę wąwozami między omszałymi pniami starych jak świat dębów, jeśli oczekujemy wiewiórek, które lękliwie przebiegną nam ścieżkę, muskając niemal naszą kostkę, i ptasząt, co ćwierkając przysiądą na ramieniu, a nawet i żubrów co (mniej lękliwie niż wiewiórki) wejdą nam w drogę, ocierając się (przypuszczam ze skutkiem śmiertelnym) o nasze plecy... - możemy się poczuć rozczarowani. Albowiem nic takiego nas nie czeka.
    Ja - wstyd się przyznać - takiem wyobrażenia poniekąd miała, (z pominięciem oczywiście wiewiórek, ptasząt i żubrów (tych szczególnie)). Ale wiadomo - umysł mój przez zbytnie obcowanie z literaturą - skażonym już być musi, więc mi wolno naiwne wyobrażenia posiadać ;-). 
        Zwierzyny oczywiście jest tam pełno, ale nie hasa ona nachalnie po szlakach. Trzeba szeroko otworzyć oczy, by ją zobaczyć. I w tym tkwi zresztą cała zabawa. Tylko motylków jest pełno=).
     Zacznę od tego, że puszcza oddalona jest o około 20 km od Krakowa i mówi się, że stanowi jego zielone płuca. Nazwa pochodzi od słowa "niepołomny", oznaczającego coś niemożliwego do poskromienia, czy zniszczenia. Coś w tym jest =). Kiedy wędrowaliśmy jej trasami, przypomniała mi się taka piosenka, nie pamiętam czyja, której fragment brzmi: "Nasza droga długa jest, nie wiadomo gdzie jej kres". Jak nic autor musiał  wpaść na koncept wędrując Puszczą Niepołomicką! Jest ona bowiem poprzecinana równymi, szerokimi, wygodnymi drogami, ciągnącymi się (tak się wydaje) bez końca. (No, jest kilka ścieżek odchodzących w bok, o nieco bardziej "leśnym" charakterze). A mają ci się one gdzie ciągnąć, oj mają - ponieważ powierzchnia puszczy wynosi w tej chwili 115 km kwadratowych, z czego około 5 stanowią bagna (przez nie drogi nie prowadzą ;-)). Raj dla rowerzystów? Jak najbardziej. Ale pieszo też jest fajnie=). A rzekłabym nawet, że jest to idealne miejsce na chwilę samotności, na znalezienie ciszy (w sobie - bo na zewnątrz mąci ją tylko śpiew ptaków), na spacer z rodziną, na wędrówkę z przyjacielem, na marsz w stylu Gumpa, na nicnierobienie, na proste, najprostsze bycie w świecie przenikniętym  pięknem.
     Tak, muszę to przyznać. Puszcza jest cudowna. Urzekająca. Zachwycająca. Piękna. Zniewalająca. I trudno się w niej nie zakochać (mimo braku tychże... omszałych, starych dębów, wąwozów itd). I kiedy próbowałam zestawić ją z moją umiłowaną Puszczą Białowieską, to pomyślałam, że Białowieska jest - to porównanie może bardziej dla mężczyzn - jest jak żona po 25 latach małżeństwa. Wciąż do końca nieodkryta, wciąż nieco tajemnicza, ale zarazem tak bliska, spokojna, kochana i stateczna;-). 
      Niepołomicka jest jak Narzeczona. Pełna wdzięku i lekkości. Przeniknięta światłem. Roztańczona setkami motyli! Rozpromieniona słońcem. Nieskazitelnie zielona. Nieskazitelnie czysta. Już niby kobieta. A wciąż jak mała niesforna dziewczynka. 
          I cóż, że ma ponad tysiąc lat... Można? Można! "TEN, KTO KOCHA, JEST ZAWSZE MŁODY" =)

Życie jest tak skomplikowane, że czasem można zatęsknić za tak prostymi ścieżkami...=).
Pokochać światło...
Wsłuchać się w ciszę...
Pobiegać choć przez chwilę za motylami =D
NO NIE? ;-)
Zdj. (z wyj 1,2,5) aut. K.A.

Blog Press Foto Wiosna 2011

Niestety, nie ja je zrobiłam..
Ubaw miałam jednak po pachy i naprawdę z wielkim trudem powstrzymuję się od komentarza.
Po prostu wszystko jest jasne ;-):

Zdj. A

Odcinek 37: Liryka, epika, dramat - Turrrrbacz ;-D !

24.02.2011 - Turbacz (1310 m n.p.m.)

I. LIRYKA
Za górami, za lasami, między morzem, a Tatrami
Leży szczyt Turbaczem zwany, magią zimy wciąż owiany.
Bielą skrzą się jego lasy i pałace kryształowe,
Bielą błyszczą i posadzki, posrebrzane, brylantowe.
Pani Zima, co swój pałac, tuż przy szczycie postawiła,
Świat zmarznięty, czas zaklęty błyskiem słońca ożywiła.
Mróz - jej rycerz najdzielniejszy,  zawsze do zabawy chętny,
Okrył wszystko blaskiem pereł, przybrał cały dwór  w diamenty.
Wkrótce śpiące jeszcze słońce do spektaklu dołączyło,
I promyczki-damy dworu, ze swych komnat uwolniło.
 Zawirował puch mięciutki, niczym słodka manna z nieba.
Spadł z chmur prosto, jak okruszki troską pachnącego chleba.
Noskiem śnieżki się trąciły, zawirował świat wesoło,
I w radosnym tańcu życia, zapląsało wszystko w koło ;-).

II. EPIKA 
     Naszą wyprawę rozpoczęliśmy o godzinie 10.45 z miejscowości Łopuszna. Jest to ostatni szlak, którym nie szliśmy jeszcze "na" lub "z" Turbacza - szlak niebieski. Szacowany czas podejścia tą trasą to 2h 20 min do schroniska, do czego doliczyć należy 10 minut potrzebnych na zdobycie szczytu. Ogólnie trzeba zarezerwować sobie około 2,30 h. Jest to więc bardzo, bardzo, bardzo długie podejście i umieszczam je na honorowej liście "niekończących się historii" na pozycji pierwszej ;-). 
    Jeszcze zanim wyruszyliśmy okazało się, że muszę iść bez kijków. Nie żeby napełniało mnie to szczególnym smutkiem (przynajmniej ominęła mnie lekcja poprawnego  posługiwania się nimi), ale obawiałam się nieco oblodzeń. Na szczęście występowały one tylko przez około 30 min naszej wędrówki. Im wyżej, tym warunki stawały się lepsze, a ja odczuwałam większą przyczepność do podłoża (a jako człowiek twardo stąpający po ziemi, bardzo lubię ją odczuwać ;-)). 
     Po około 2 h drogi doszliśmy do miejsca, w którym szlak niebieski, łączy się ze szlakiem zielonym (przy schronisku także z żółtym i czerwonym (i papieskim) =)). Stąd od schroniska dzieliło nas zaledwie pół godziny drogi. I rzeczywiście, wkrótce naszym oczom ukazały się znajome zabudowania, zwiastujące obietnicę gorącej herbaty, posiłku, przyjemnego ciepełka i w ogóle. (W zimie nawet trochę lubię schroniska, ale tylko w zimie ;-)). Zanim jednak weszliśmy w te gościnne progi, postanowiliśmy wdrapać się na szczyt. 
       Kocham, kocham, kocham podejście na szczyt Turbacza. Nie tylko jest krótkie, ale też łagodne, a w zimie także wyjątkowo malownicze! Naprawdę można się poczuć jak w pałacu Królowej Zimy =). Swoją drogą szczyt Turbacza nie oferuje turystom żadnych atrakcji, a ja - z przyczyn niewiadomych -  naprawdę go uwielbiam =).
      Po wizycie na szczycie;-) i  godzinnym odpoczynku w schronisku, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Naszym planem było zrobienie wielkiej pętelki do Łopusznej, w  celu po pierwsze penetracyjno-naukowo-odkrywczym;-), po drugie - dla uniknięcie powrotu tą samą trasą, po trzecie - dla naszego "widzi mi się". I choć niebo było zaciągnięte chmurami, a śnieg nie przestawał prószyć, wybraliśmy niemal trzygodzinne zejście kombinacją szlaku czerwonego i czarnego. A co!
       Droga powrotna miała więc dwa etapy. Etap czerwony, który podzielić można na odcinek A: "od schroniska do Kiczory (1282 m n.p.m.)" i odcinek B: "od Kiczory do miejsca gdzie odbijamy na czarny szlak" oraz odcinek czarny, prowadzący już do Łopusznej. 
       Szlak czerwony wiedzie przez Długą Polanę (patrz zdjęcie) i wspomniany już szczyt Kiczory. Z tej strony szczytu śniegu było znacznie więcej, więc czasem się zapadaliśmy. Wiał też silniejszy wiatr. To jednak nie stanowiło dla nas najmniejszego problemu. Problemem było natomiast dramatyczne oznakowanie szlaku (również tego niebieskiego, którym wchodziliśmy na Turbacz) i fakt, że nijak nie zaznaczono miejsca, w którym powinniśmy odbić na czarny szlak. Tak więc schodziliśmy sprawdzając każdy skręt w prawo, który potencjalnie mógł być naszą trasą. W pewnym momencie doszliśmy do sporego rozgałęzienia, noszącego ślady ludzkich stóp i korzystając z GPS Intuition (nie mojego oczywiście), postanowiliśmy tam właśnie skręcić. Po około 500 metrach pojawił się wreszcie znak na drzewie. To poczucie, gdy wreszcie odnajdujesz szlak - bezcenne =D.
      Droga czarnym szlakiem zajęła nam około 1,15 min. Wiodła lasem i była naprawdę przyjemna, przynajmniej dopóki nie rozpoczęły się ponownie oblodzenia.


III. Dramat
Ja: Idąc po tym lodzie trzeba być ostrożnym. Niby wydaje się, że śnieżek jest taki mięciutki i puszysty, a tu.. 
(W tym momencie poczułam, jak spod stóp odjeżdża mi grunt, potem ujrzałam nad głową szarość nieba, życie przebiegło mi przed oczami ;-D i upadając tak trzasnęłam się w łokieć, że mimo pory popołudniowej zobaczyłam przed oczami wszystkie gwiezdne konstelacje, jakie znam xD)
Ja: (wstając z kolan, tonem - a jakże - rezolutnym): A tu pod spodem czai się wróg =)! 
The End
zdj.A.

Odcinek 36: To chyba nie jest szczyt??? ;-)

12.02.2011 - Ciecień (829 m n.p.m.)

        Droga do baśniowej krainy Ciecieńladii wiedzie z grodu Wiśniowa, szlakiem zielonym w 1,50 min. Wyczytałam wszystkie te informacje  ze swej małej mapy i chwilę później siedziałam już obok M. w karocy, a po kilkunastu minutach  byliśmy na miejscu  w Wiśniowej, nie na szczycie ;-)/. Samochód pozostawiliśmy obok miejscowej dzwonnicy.I zaczęliśmy wędrówkę =)
         Szlak Ciecieńlandowy poprowadził początkowo między rozsianymi tu i ówdzie jednorodzinnymi pałacykami. Po około 15 minutach rozpoczął się jednak las  i tak pozostało już do szczytu. Przed wejściem do lasu warto spojrzeć /okiem tęsknym, jednakowoż i oczarowanym/ na panoramę Beskidu Wyspowego. /Potem nic już nie będzie widać, he he =D/.
       Trasa była dość stroma, jak na warunki Beskidu W. i wiodła pod górę leśnym wąwozem. Kąt nachylenia pozostawał praktycznie niezmienny, choć droga z czasem stawała się równa i szeroka. Im bliżej szczytu tym łagodniej - można rzec. Nasza ekipa szła sobie więc spokojnie, sapiąc i zdejmując stopniowo kolejne części garderoby (czapki i rękawiczki, rzecz jasna), tempem równym, acz umiarkowanym (jak mniemam), nie forsując tempa, ale też nie robiąc żadnych postojów (bo po co). I tak po 55 minutach doszliśmy do rozwidlenia, z którego prowadziły trzy drogi.  
       Uradowałam się w sercu, że oto jesteśmy już w połowie drogi na szczyt.. A że każde z trzech rozgałęzień było równie kuszące, spojrzeliśmy niecierpliwie na drogowskazy i zauważyliśmy - o zgrozo! - że żaden nie wskazywał Ciecieńladnii! Po chwilowej konsternacji, wyrzekłam więc tonem cichym, acz niedowierzającym te słowa: "To chyba.. nie jest szczyt?". Po czym nerwowo poczęliśmy rozglądać się za słupkiem, który stałby się niechybnym potwierdzeniem tegoż przypuszczenia. A słupek był i stał sobie najspokojniej w świecie tuż obok. Ponieważ jednak nie należy się poddawać , sięgnęłam po mapę. Lecz i ona potwierdziła nasze mroczne przeczucia. W geście rozpaczy przestudiowaliśmy uważnie wszystkie możliwe opcje, lecz trasy w żaden atrakcyjny sposób przedłużyć się nie dało =). Nie tracąc głowy, troskliwy M. wyjął ze swego magicznego kuferka czekoladki i podarował mi tę o smaku karmelowym, gdyż wiedział, że takowe lubię najbardziej na świecie i, że rozczarowanie niewątpliwie mi osłodzą =).
        Na tym mogłaby zakończyć się nasza historia, ale nie byłaby ona pełna. Potrzebny jest przecież jakiś morał ;-). A jest nim prawda, że piękno przyrody może przenieść w nas w baśniowy świat w każdych warunkach. Dlatego idąc na szczyt  otwieraliśmy szeroko oczy ze zdumienia, gdy w Ciecieńladnii odbywał się  unikalny spektakl wirujących śnieżynek. I choć śniegu jest już tak malutko, tak malutko, że świat wygląda jak przyprószone cukrem pudrem czekoladowe ciasto, to tak naprawdę wystarczy ta odrobinka śnieżnego pyłu,  promienie słońca przebijające się  między drzewami i powiew niesfornego wiatru, żeby rzeczywistość zmieniła się w magię. Na tle słońca widać było jak płatki śniegu, wykonują swój jedyny i niepowtarzalny taniec. Było to tak piękne, tak proste, tak zachwycająco nieuchwytne, że nie dało się oderwać oczu. Na domiar wszystkiego na Ciecieniu liście zachowały swój stan jesienny i pokryte warstewką śniegu, cudownie szeleściły pod stopami, gdy zapadało się w nie aż po same kostki =). A zapadało się chętnie, oj chętnie ;-)...

Wyznania (a)empatycznego sprzedawcy - część kolejna ;-)

Kilka perełek z ostatnich miesięcy:

Pani: Dzień dobry, czy są Opowiadania z Naranii?
Ja: (patrząc na nią nierozumiejącym wzrokiem): Może Opowieści z Narnii?
Pani: A tak, chyba tak, nie zapisałam sobie tytułu..

Pani: Czy są Szkolne przygody Kubusia Puchatka Marii Konopnickiej?
Ja: (zaniemówiłam)
bo:
1. Nie sądziłam, że Kubuś Puchatek chodził do szkoły (i miał tam przygody)
2. Zawsze czułam, że Milne zrzynał od naszej Marii
3. Nie wiedziałam, że Maria była taka wszechstronna...

Pani: Czy jest BELETRYSTYKA O KONIACH?
Ja: (oczyma duszy, zobaczyłam powieść, typu romans lub kryminał, gdzie zamiast ludzi występują konie. I te konie przeżywają zawody miłosne, radości, prowadzą śledztwa itp.) Ja: Chyba nie ma....

Po chwili wspólnego zastanawiania się, co pani miała na myśli, mówiąc "beletrystyka o koniach", doznałam olśnienia: Nasza szkapa i Łysek z pokładu Idy!

Potem nastąpił długi i wyczerpujący atak śmiechu, który pomijamy wyrozumiałym milczeniem.

A teraz hit:
Chłopak (uczeń klasy III szkoły średniej, na moje oko): Czy jest Inny świat?
Ja: Tak, oczywiście.
Chłopak: I potrzebuję jeszcze jednej lektury, coś ze słowem DINGO  w tytule..
Ja: (oddaję się intensywnemu myśleniu, co u licha w szkole średniej było ze słowem dingo? Do głowy przyszedł mi Gringo wśród dzikich plemion, ale lekturą to przecież nie jest, no i dingo to jednak nie gringo..)
Ja: Niestety, nie kojarzę nic takiego...
Chłopak: To może ja sprawdzę dokładnie, jaki to był tytuł... (tu wyjął zeszyt z plecaka, rozłożył i odczytał):  TANGO MROŻKA..

Tu nastąpiłby wybuch długiego, niepohamowanego śmiechu, z rodzaju tych na granicy rozpaczy i absurdu, ale z przyczyn wiadomych ograniczyłam się do pełnego wyrozumiałości stwierdzenia, że dingo i tango, rzeczywiście brzmią podobnie...hmmm ;-).

Taaa, wesołe jest życie sprzedawcy ;-)

Odcinek 35: Śnieżny (w)skok w.. Nowy Rok =)

 01.01.2011 - Kamiennik 827 m n.p.m.

      Nowy Rok przywitał nas piękną i słoneczną pogodą. Słońce wdarło się przez okna i pogłaskało nas po buźkach, jakby chciało powiedzieć: "to specjalnie dla was" ;-). Nie zastanawiając się więc długo postanowiliśmy wyskoczyć na małą wycieczkę - taką, co to nie zajmuje całego dnia, ale gwarantuje mnóstwo przyjemności, szczyptę wysiłku i masę pięknych wrażeń.
       Padło więc na Kamiennik. Jeden z ważniejszych szczytów Beskidu Makowskiego, a moim prywatnym zdaniem, na pewno numer jeden pod względem osobistego uroku i niekwestionowanego wdzięku=).
     Wpakowawszy do samochodu Tusię - biszkoptowego psiaka o wielkim sercu, pojechaliśmy do Poręby, skąd na Kamiennik prowadzi zielony szlak. Droga - jak na warunki Beskidu Makowskiego była nawet stroma i  wiodła głównie przez las (ok. 45 min.). Na szczęście tuż przed szczytem odnaleźliśmy mały taras widokowy, z którego roztaczał się bajeczny widok na Myślenice oraz okoliczne wioski, a także na Zalew Dobczycki. M. wykorzystał fakt doskonałej widoczności, by wytłumaczyć mi co, gdzie i dlaczego się znajduje. Ale ja i tak nic z tego nie zapamiętałam=).
       Szczyt Kamiennika usiany jest.. kamieniami i podczas lata stanowić musi bardzo przyjemny punkt postojowy. (Już zaplanowałam wyjście z kocykiem, dobrą książką i zapasem prowiantu ;-)). 
      Ze szczytu, idąc nadal zielonym szlakiem wyruszyliśmy w kierunku Suchej Polany. Przyjemną drogą doszliśmy do niej w około godzinę. Stamtąd zeszliśmy ponownie do Poręby.
        Przejście całej trasy - w dość szybkim tempie - zajęło nam 3h. Były to absolutnie cudowne trzy godziny, w czasie których otrzymałam wszystko, co tak naprawdę kocham w górach. Piękne słońce, brokatowy śnieg, wiatr, rozległe panoramy, towarzystwo ukochanej osoby, mnóstwo radości i uśmiechu, no i ciszę. Ciszę, która zawsze przynosi ze sobą pokój.
         Każda wyprawa w góry przypomina mi o  prostej wdzięczności za to, że jestem. I że świat jest taki niezwykły. Tak doskonale stworzony. Począwszy od najmniejszej śnieżynki, a skończywszy na potężnych masywach Mont Everestu ;-). Żyć i nie zrozumieć tej prostej prawdy, byłoby ogromną stratą.
Piękno jest wszędzie. 
Gdziekolwiek spojrzysz. 
Gdziekolwiek tylko zwrócisz oczy.