Odcinek 37: Liryka, epika, dramat - Turrrrbacz ;-D !

24.02.2011 - Turbacz (1310 m n.p.m.)

I. LIRYKA
Za górami, za lasami, między morzem, a Tatrami
Leży szczyt Turbaczem zwany, magią zimy wciąż owiany.
Bielą skrzą się jego lasy i pałace kryształowe,
Bielą błyszczą i posadzki, posrebrzane, brylantowe.
Pani Zima, co swój pałac, tuż przy szczycie postawiła,
Świat zmarznięty, czas zaklęty błyskiem słońca ożywiła.
Mróz - jej rycerz najdzielniejszy,  zawsze do zabawy chętny,
Okrył wszystko blaskiem pereł, przybrał cały dwór  w diamenty.
Wkrótce śpiące jeszcze słońce do spektaklu dołączyło,
I promyczki-damy dworu, ze swych komnat uwolniło.
 Zawirował puch mięciutki, niczym słodka manna z nieba.
Spadł z chmur prosto, jak okruszki troską pachnącego chleba.
Noskiem śnieżki się trąciły, zawirował świat wesoło,
I w radosnym tańcu życia, zapląsało wszystko w koło ;-).

II. EPIKA 
     Naszą wyprawę rozpoczęliśmy o godzinie 10.45 z miejscowości Łopuszna. Jest to ostatni szlak, którym nie szliśmy jeszcze "na" lub "z" Turbacza - szlak niebieski. Szacowany czas podejścia tą trasą to 2h 20 min do schroniska, do czego doliczyć należy 10 minut potrzebnych na zdobycie szczytu. Ogólnie trzeba zarezerwować sobie około 2,30 h. Jest to więc bardzo, bardzo, bardzo długie podejście i umieszczam je na honorowej liście "niekończących się historii" na pozycji pierwszej ;-). 
    Jeszcze zanim wyruszyliśmy okazało się, że muszę iść bez kijków. Nie żeby napełniało mnie to szczególnym smutkiem (przynajmniej ominęła mnie lekcja poprawnego  posługiwania się nimi), ale obawiałam się nieco oblodzeń. Na szczęście występowały one tylko przez około 30 min naszej wędrówki. Im wyżej, tym warunki stawały się lepsze, a ja odczuwałam większą przyczepność do podłoża (a jako człowiek twardo stąpający po ziemi, bardzo lubię ją odczuwać ;-)). 
     Po około 2 h drogi doszliśmy do miejsca, w którym szlak niebieski, łączy się ze szlakiem zielonym (przy schronisku także z żółtym i czerwonym (i papieskim) =)). Stąd od schroniska dzieliło nas zaledwie pół godziny drogi. I rzeczywiście, wkrótce naszym oczom ukazały się znajome zabudowania, zwiastujące obietnicę gorącej herbaty, posiłku, przyjemnego ciepełka i w ogóle. (W zimie nawet trochę lubię schroniska, ale tylko w zimie ;-)). Zanim jednak weszliśmy w te gościnne progi, postanowiliśmy wdrapać się na szczyt. 
       Kocham, kocham, kocham podejście na szczyt Turbacza. Nie tylko jest krótkie, ale też łagodne, a w zimie także wyjątkowo malownicze! Naprawdę można się poczuć jak w pałacu Królowej Zimy =). Swoją drogą szczyt Turbacza nie oferuje turystom żadnych atrakcji, a ja - z przyczyn niewiadomych -  naprawdę go uwielbiam =).
      Po wizycie na szczycie;-) i  godzinnym odpoczynku w schronisku, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Naszym planem było zrobienie wielkiej pętelki do Łopusznej, w  celu po pierwsze penetracyjno-naukowo-odkrywczym;-), po drugie - dla uniknięcie powrotu tą samą trasą, po trzecie - dla naszego "widzi mi się". I choć niebo było zaciągnięte chmurami, a śnieg nie przestawał prószyć, wybraliśmy niemal trzygodzinne zejście kombinacją szlaku czerwonego i czarnego. A co!
       Droga powrotna miała więc dwa etapy. Etap czerwony, który podzielić można na odcinek A: "od schroniska do Kiczory (1282 m n.p.m.)" i odcinek B: "od Kiczory do miejsca gdzie odbijamy na czarny szlak" oraz odcinek czarny, prowadzący już do Łopusznej. 
       Szlak czerwony wiedzie przez Długą Polanę (patrz zdjęcie) i wspomniany już szczyt Kiczory. Z tej strony szczytu śniegu było znacznie więcej, więc czasem się zapadaliśmy. Wiał też silniejszy wiatr. To jednak nie stanowiło dla nas najmniejszego problemu. Problemem było natomiast dramatyczne oznakowanie szlaku (również tego niebieskiego, którym wchodziliśmy na Turbacz) i fakt, że nijak nie zaznaczono miejsca, w którym powinniśmy odbić na czarny szlak. Tak więc schodziliśmy sprawdzając każdy skręt w prawo, który potencjalnie mógł być naszą trasą. W pewnym momencie doszliśmy do sporego rozgałęzienia, noszącego ślady ludzkich stóp i korzystając z GPS Intuition (nie mojego oczywiście), postanowiliśmy tam właśnie skręcić. Po około 500 metrach pojawił się wreszcie znak na drzewie. To poczucie, gdy wreszcie odnajdujesz szlak - bezcenne =D.
      Droga czarnym szlakiem zajęła nam około 1,15 min. Wiodła lasem i była naprawdę przyjemna, przynajmniej dopóki nie rozpoczęły się ponownie oblodzenia.


III. Dramat
Ja: Idąc po tym lodzie trzeba być ostrożnym. Niby wydaje się, że śnieżek jest taki mięciutki i puszysty, a tu.. 
(W tym momencie poczułam, jak spod stóp odjeżdża mi grunt, potem ujrzałam nad głową szarość nieba, życie przebiegło mi przed oczami ;-D i upadając tak trzasnęłam się w łokieć, że mimo pory popołudniowej zobaczyłam przed oczami wszystkie gwiezdne konstelacje, jakie znam xD)
Ja: (wstając z kolan, tonem - a jakże - rezolutnym): A tu pod spodem czai się wróg =)! 
The End
zdj.A.

Odcinek 36: To chyba nie jest szczyt??? ;-)

12.02.2011 - Ciecień (829 m n.p.m.)

        Droga do baśniowej krainy Ciecieńladii wiedzie z grodu Wiśniowa, szlakiem zielonym w 1,50 min. Wyczytałam wszystkie te informacje  ze swej małej mapy i chwilę później siedziałam już obok M. w karocy, a po kilkunastu minutach  byliśmy na miejscu  w Wiśniowej, nie na szczycie ;-)/. Samochód pozostawiliśmy obok miejscowej dzwonnicy.I zaczęliśmy wędrówkę =)
         Szlak Ciecieńlandowy poprowadził początkowo między rozsianymi tu i ówdzie jednorodzinnymi pałacykami. Po około 15 minutach rozpoczął się jednak las  i tak pozostało już do szczytu. Przed wejściem do lasu warto spojrzeć /okiem tęsknym, jednakowoż i oczarowanym/ na panoramę Beskidu Wyspowego. /Potem nic już nie będzie widać, he he =D/.
       Trasa była dość stroma, jak na warunki Beskidu W. i wiodła pod górę leśnym wąwozem. Kąt nachylenia pozostawał praktycznie niezmienny, choć droga z czasem stawała się równa i szeroka. Im bliżej szczytu tym łagodniej - można rzec. Nasza ekipa szła sobie więc spokojnie, sapiąc i zdejmując stopniowo kolejne części garderoby (czapki i rękawiczki, rzecz jasna), tempem równym, acz umiarkowanym (jak mniemam), nie forsując tempa, ale też nie robiąc żadnych postojów (bo po co). I tak po 55 minutach doszliśmy do rozwidlenia, z którego prowadziły trzy drogi.  
       Uradowałam się w sercu, że oto jesteśmy już w połowie drogi na szczyt.. A że każde z trzech rozgałęzień było równie kuszące, spojrzeliśmy niecierpliwie na drogowskazy i zauważyliśmy - o zgrozo! - że żaden nie wskazywał Ciecieńladnii! Po chwilowej konsternacji, wyrzekłam więc tonem cichym, acz niedowierzającym te słowa: "To chyba.. nie jest szczyt?". Po czym nerwowo poczęliśmy rozglądać się za słupkiem, który stałby się niechybnym potwierdzeniem tegoż przypuszczenia. A słupek był i stał sobie najspokojniej w świecie tuż obok. Ponieważ jednak nie należy się poddawać , sięgnęłam po mapę. Lecz i ona potwierdziła nasze mroczne przeczucia. W geście rozpaczy przestudiowaliśmy uważnie wszystkie możliwe opcje, lecz trasy w żaden atrakcyjny sposób przedłużyć się nie dało =). Nie tracąc głowy, troskliwy M. wyjął ze swego magicznego kuferka czekoladki i podarował mi tę o smaku karmelowym, gdyż wiedział, że takowe lubię najbardziej na świecie i, że rozczarowanie niewątpliwie mi osłodzą =).
        Na tym mogłaby zakończyć się nasza historia, ale nie byłaby ona pełna. Potrzebny jest przecież jakiś morał ;-). A jest nim prawda, że piękno przyrody może przenieść w nas w baśniowy świat w każdych warunkach. Dlatego idąc na szczyt  otwieraliśmy szeroko oczy ze zdumienia, gdy w Ciecieńladnii odbywał się  unikalny spektakl wirujących śnieżynek. I choć śniegu jest już tak malutko, tak malutko, że świat wygląda jak przyprószone cukrem pudrem czekoladowe ciasto, to tak naprawdę wystarczy ta odrobinka śnieżnego pyłu,  promienie słońca przebijające się  między drzewami i powiew niesfornego wiatru, żeby rzeczywistość zmieniła się w magię. Na tle słońca widać było jak płatki śniegu, wykonują swój jedyny i niepowtarzalny taniec. Było to tak piękne, tak proste, tak zachwycająco nieuchwytne, że nie dało się oderwać oczu. Na domiar wszystkiego na Ciecieniu liście zachowały swój stan jesienny i pokryte warstewką śniegu, cudownie szeleściły pod stopami, gdy zapadało się w nie aż po same kostki =). A zapadało się chętnie, oj chętnie ;-)...

Wyznania (a)empatycznego sprzedawcy - część kolejna ;-)

Kilka perełek z ostatnich miesięcy:

Pani: Dzień dobry, czy są Opowiadania z Naranii?
Ja: (patrząc na nią nierozumiejącym wzrokiem): Może Opowieści z Narnii?
Pani: A tak, chyba tak, nie zapisałam sobie tytułu..

Pani: Czy są Szkolne przygody Kubusia Puchatka Marii Konopnickiej?
Ja: (zaniemówiłam)
bo:
1. Nie sądziłam, że Kubuś Puchatek chodził do szkoły (i miał tam przygody)
2. Zawsze czułam, że Milne zrzynał od naszej Marii
3. Nie wiedziałam, że Maria była taka wszechstronna...

Pani: Czy jest BELETRYSTYKA O KONIACH?
Ja: (oczyma duszy, zobaczyłam powieść, typu romans lub kryminał, gdzie zamiast ludzi występują konie. I te konie przeżywają zawody miłosne, radości, prowadzą śledztwa itp.) Ja: Chyba nie ma....

Po chwili wspólnego zastanawiania się, co pani miała na myśli, mówiąc "beletrystyka o koniach", doznałam olśnienia: Nasza szkapa i Łysek z pokładu Idy!

Potem nastąpił długi i wyczerpujący atak śmiechu, który pomijamy wyrozumiałym milczeniem.

A teraz hit:
Chłopak (uczeń klasy III szkoły średniej, na moje oko): Czy jest Inny świat?
Ja: Tak, oczywiście.
Chłopak: I potrzebuję jeszcze jednej lektury, coś ze słowem DINGO  w tytule..
Ja: (oddaję się intensywnemu myśleniu, co u licha w szkole średniej było ze słowem dingo? Do głowy przyszedł mi Gringo wśród dzikich plemion, ale lekturą to przecież nie jest, no i dingo to jednak nie gringo..)
Ja: Niestety, nie kojarzę nic takiego...
Chłopak: To może ja sprawdzę dokładnie, jaki to był tytuł... (tu wyjął zeszyt z plecaka, rozłożył i odczytał):  TANGO MROŻKA..

Tu nastąpiłby wybuch długiego, niepohamowanego śmiechu, z rodzaju tych na granicy rozpaczy i absurdu, ale z przyczyn wiadomych ograniczyłam się do pełnego wyrozumiałości stwierdzenia, że dingo i tango, rzeczywiście brzmią podobnie...hmmm ;-).

Taaa, wesołe jest życie sprzedawcy ;-)