Odcinek 36: To chyba nie jest szczyt??? ;-)

12.02.2011 - Ciecień (829 m n.p.m.)

        Droga do baśniowej krainy Ciecieńladii wiedzie z grodu Wiśniowa, szlakiem zielonym w 1,50 min. Wyczytałam wszystkie te informacje  ze swej małej mapy i chwilę później siedziałam już obok M. w karocy, a po kilkunastu minutach  byliśmy na miejscu  w Wiśniowej, nie na szczycie ;-)/. Samochód pozostawiliśmy obok miejscowej dzwonnicy.I zaczęliśmy wędrówkę =)
         Szlak Ciecieńlandowy poprowadził początkowo między rozsianymi tu i ówdzie jednorodzinnymi pałacykami. Po około 15 minutach rozpoczął się jednak las  i tak pozostało już do szczytu. Przed wejściem do lasu warto spojrzeć /okiem tęsknym, jednakowoż i oczarowanym/ na panoramę Beskidu Wyspowego. /Potem nic już nie będzie widać, he he =D/.
       Trasa była dość stroma, jak na warunki Beskidu W. i wiodła pod górę leśnym wąwozem. Kąt nachylenia pozostawał praktycznie niezmienny, choć droga z czasem stawała się równa i szeroka. Im bliżej szczytu tym łagodniej - można rzec. Nasza ekipa szła sobie więc spokojnie, sapiąc i zdejmując stopniowo kolejne części garderoby (czapki i rękawiczki, rzecz jasna), tempem równym, acz umiarkowanym (jak mniemam), nie forsując tempa, ale też nie robiąc żadnych postojów (bo po co). I tak po 55 minutach doszliśmy do rozwidlenia, z którego prowadziły trzy drogi.  
       Uradowałam się w sercu, że oto jesteśmy już w połowie drogi na szczyt.. A że każde z trzech rozgałęzień było równie kuszące, spojrzeliśmy niecierpliwie na drogowskazy i zauważyliśmy - o zgrozo! - że żaden nie wskazywał Ciecieńladnii! Po chwilowej konsternacji, wyrzekłam więc tonem cichym, acz niedowierzającym te słowa: "To chyba.. nie jest szczyt?". Po czym nerwowo poczęliśmy rozglądać się za słupkiem, który stałby się niechybnym potwierdzeniem tegoż przypuszczenia. A słupek był i stał sobie najspokojniej w świecie tuż obok. Ponieważ jednak nie należy się poddawać , sięgnęłam po mapę. Lecz i ona potwierdziła nasze mroczne przeczucia. W geście rozpaczy przestudiowaliśmy uważnie wszystkie możliwe opcje, lecz trasy w żaden atrakcyjny sposób przedłużyć się nie dało =). Nie tracąc głowy, troskliwy M. wyjął ze swego magicznego kuferka czekoladki i podarował mi tę o smaku karmelowym, gdyż wiedział, że takowe lubię najbardziej na świecie i, że rozczarowanie niewątpliwie mi osłodzą =).
        Na tym mogłaby zakończyć się nasza historia, ale nie byłaby ona pełna. Potrzebny jest przecież jakiś morał ;-). A jest nim prawda, że piękno przyrody może przenieść w nas w baśniowy świat w każdych warunkach. Dlatego idąc na szczyt  otwieraliśmy szeroko oczy ze zdumienia, gdy w Ciecieńladnii odbywał się  unikalny spektakl wirujących śnieżynek. I choć śniegu jest już tak malutko, tak malutko, że świat wygląda jak przyprószone cukrem pudrem czekoladowe ciasto, to tak naprawdę wystarczy ta odrobinka śnieżnego pyłu,  promienie słońca przebijające się  między drzewami i powiew niesfornego wiatru, żeby rzeczywistość zmieniła się w magię. Na tle słońca widać było jak płatki śniegu, wykonują swój jedyny i niepowtarzalny taniec. Było to tak piękne, tak proste, tak zachwycająco nieuchwytne, że nie dało się oderwać oczu. Na domiar wszystkiego na Ciecieniu liście zachowały swój stan jesienny i pokryte warstewką śniegu, cudownie szeleściły pod stopami, gdy zapadało się w nie aż po same kostki =). A zapadało się chętnie, oj chętnie ;-)...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz