Odcinek 39: Wycieczka nieplanowana ;-)

Ebenalp 1644 m n.p.m. (Seealpsee, Wildkirchli)

   Ebenalp to pierwszy alpejski szczyt w mojej karierze;-). Szału nie ma (wysokościowo), ale zważywszy, że do dyspozycji mieliśmy pół dnia, to i tak uważam, że jest się z czego cieszyć=). Szczyt bowiem jest niezwykły pod względem widokowym i oferuje nam takie atrakcje, jak górskie jeziora, kaplicę i jaskinię. Poza tym - od czegoś przygodę z Alpami trzeba zacząć...
  Ebenalp to szczyt leżący po szwajcarskiej stronie alp. Wędrówkę rozpoczęliśmy około godziny 12 z miejscowości Wasserauen. Prawdę powiedziawszy pierwotnym celem naszej wędrówki, zważywszy na dość późną porę i niepewną pogodę, było dojście do górskiego jeziora Seealpsee. Z czasem jednak zrewidowaliśmy nasze plany=).
     Pierwszy odcinek trasy wiódł wąską bardzo stromą uliczką i trwał około godziny. Obserwując liczbę turystów, łatwo było dojść do wniosku, że jezioro cieszy się sporą popularnością wśród Szwajcarów. I szczerze powiedziawszy zupełnie mnie to nie dziwi. Seealpsee - położone na wysokości 1143 metrów, było po prostu zachwycające. Ciche, malownicze, otoczone wysokimi szczytami (niestety za mgłą), o wodzie turkusowej i idealnie przejrzystej. (Bardziej turkusowa jest tylko w Czarnym Stawie pod Rysami ;-)).

            
    W sąsiedztwie jeziora znajdowała się baza gastronomiczna, a po pobliskich łąkach spacerowały wszędobylskie w Szwajcarii krowy =). Co ciekawe, Szwajcarzy wykazują dużo większy luz w "traktowaniu" środowiska naturalnego. Wokół jeziora wyznaczono kilka miejsc ogniskowych, poruszać można się było praktycznie wszędzie i oczywiście w jeziorze można się było do woli kąpać. W porównaniu z tatrzańskimi rygorami, było to miłe zaskoczenie, ale fakt faktem - panował idealny porządek. Co kultura, to kultura=).








       Nad jeziorem zabawiliśmy do 16, po czym stwierdziliśmy zgodnie, że jak już jesteśmy.. to może by jednak pójść na ten szczyt =). Wróciliśmy więc w około 15 minut do miejsca, w którym trasa się rozwidlała i czerwonym szlakiem ruszyliśmy do Wildkirchli.
     Wildkirchli to system jaskiń pochodzących z epoki paleolitu, odkryty w dwudziestym wieku przez E. Bachlera. Do jaskini podchodziło się bardzo widokowym szlakiem, wiodącym wzdłuż ścian skalnego masywu. Co ciekawe do tychże ścian Szwajcarzy zdołali przyczepić nawet małe schronisko. Z dołu wyglądało to naprawdę ciekawie. W drodze wyjątku odsyłam do zdjęcia zamieszczonego w angielskiej Wikipedii http://en.wikipedia.org/wiki/File:Wildkirchli.JPG. Sama byłam niestety na górze, więc takiej foty zrobić nie zdołałam ;-)
    Z Wildkirchli pozostało nam już około 30 minut drogi na szczyt. Była to naturalnie czysta przyjemność. Na szczycie Ebenalpu znajdowało się dość klimatyczne schronisko z miniaturkowym ogródkiem botanicznym oraz miejsce startu paralotniarzy. Pierwszy raz mogłam zaobserwować z bliska jak wygląda taki start i szczerze podziwiam odwagę ;-). Nie startu - lotu =D.

     Drogę powrotną ze szczytu odbyliśmy innym - choć także czerwonym szlakiem. W początkowej fazie był on naprawdę cudowny i prowadził przez malownicze alpejskie polany. Później niestety przerodził się w strome, zabłocone, kamienne schody, zmuszające nas do wytężonej koncentracji, coby kończyn górnych, tudzież dolnych nie połamać ;-).
     Cóż dodać.. Wyprawa była nieplanowana i dlategoż odbyłam ją w adidasach. Zajęła nam cudowne pół dnia (licząc opalanie nad jeziorem=)) i przypomniała mi, jak bardzo, bardzo tęsknię za górami i jak różne one bywają. Zdumiała mnie pasącymi się wszędzie krówkami (niektóre leżały dokładnie, właśnie na środku szlaku=)) i - w związku  z tym - rozmieszczonymi do samego szczytu ... elektrycznymi pasterzami.
      Zachwyciła świeżością zieleni, czystością i prostą radością z tego, że było tak pięknie. No i narobiła apetytu na więcej, wyżej i intensywniej... Ale to już może w przyszłym roku...=)