Podróże (okiem po książce) ;-)

     Z racji czasowego unieruchomienia domowego (trwającego ostatnie trzy miesiące ;-)) szukam sobie substytutów turystycznych w postaci lektury książek podróżniczych (i nie tylko). Lepszy rydz niż nic.. Jakimś niepojętym cudem książki te zaczęły się ostatnio masowo pojawiać w mojej osiedlowej bibliotece, więc poluję co tydzień ;-)
I tak oto wędrując okiem po książce, przetrawiłam ostatnio:
- W. Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemion;
- W. Cejrowski, Rio Anaconda;
- J. Pałkiewicz, Syberia;
- T. Halik, Jeep;
- K. Choszcz, Moja Afryka;
- T. Michniewicz, Samsara;
- M. Wojciechowska, Przesunąć horyzont;
     Porównywanie tych wszystkich powieści jest zajęciem nader ciekawym. Jako bądź, co bądź antropolog literatury, nie mogę wyzbyć się wpojonych podczas studiów nawyków analizowania narracji (koszmar, wiem...). Jako zaś prosty czytelnik, nie mogę wyzbyć się lekkiego poczucia irytacji, wynikającego z zaobserwowanej niemal w każdej z powieści podróżniczych zasady - nazwijmy ją 2P:
- Podróżuje najlepiej - tylko JA (a większość turystów to zblazowani bogacze, którzy nigdy nie poznają naprawdę kraju, który zwiedzają);
- Porównuję - niemal zawsze na niekorzyść kraju ojczystego (gdzie ludność znerwicowana, zazdrosna, sfrustrowana, konformistyczna itd. itp.).
     Może wiele w życiu nie podróżowałam, ale miałam okazję spróbować opcji "podroży z biurem"- w wersji all inclusive, hotelem, wygodami i czego sobie dusza zapragnie oraz wersji dla mniej wybrednych - z noclegiem w towarzystwie szczurów, karaluchów, myszy i jaszczurek, kąpielą w deszczówce (o ile była) i innymi wygodami, których dusza pragnie nieco mniej.
     I cóż.. owszem, unikając hoteli, śpiąc wśród tubylców i uczestnicząc w ich życiu możemy ich lepiej poznać. Ale prawda jest taka, że nawet wtedy zawsze pozostaniemy "gringo", zawsze będziemy traktowani w sposób uprzywilejowany, będziemy budzić ciekawość i życzliwość i nigdy do końca nie poznamy jak to jest być rodowitym mieszkańcem danego kraju. To oczywiście moje zdanie. Nie widzę, żadnego sensu wartościowania sposobu podróży. Każdy tak zwiedza świat, jak mu na to pozwalają warunki, chęci i - krótko mówiąc - finanse=). Najważniejsze by jeździć. W końcu wszystko przemija, ale to co przeżyjemy na własnej skórze, zobaczymy, zwiedzimy - tego nikt nam nie odbierze. No.
     Wracając jeszcze do książek. Absolutnie urzekł mnie T. Halik - to jeden z tych piszących, który nie koncentruje się przede wszystkim na sobie (i swoich odczuciach), ale na spotkanych ludziach. Książka jest właściwie zbiorem opowiadań o niezwykłych postaciach spotkanych w czasie podroży z Argentyny na Alaskę. Ja autorskie bywa tu często ukryte - a z każdej strony książki przebija wielka pokora i ciekawość świata. Podobne odczucia budzi Pałkiewicz. W "Syberii" czyta się o podróżującym zespole, każdy jest ważny i każdy stanowi o sukcesie, bądź niepowodzeniu wyprawy. Z innej beczki - Cejrowski ma fantastyczny, humorystyczny sposób prowadzenia narracji, więc można śmiać się do rozpuku, czego w żadnej z pozostałych książek nie znalazłam=). A przeczytać i tak warto wszystkie.. Ot tak, żeby.. poszerzyć horyzont... ;-)/
    

3 komentarze:

  1. Zdaje się w TOK.FM była niedawno taka rozmowa, z której wnioski wyszły podobne. Podróże nawet te najbardziej "dzikie" czy "prawdziwe" i tak stają się już pomału czymś planowanym, przewidywalnym i w jakiejś formie organizowa(l)nym przez "tubylców". A my się cieszymy, że "odkryliśmy swiat".

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie.Ale cieszyć się chyba powinniśmy, bo nawet najbardziej komercyjna podróż jest naszym prywatnym "odkrywaniem świata".

    OdpowiedzUsuń
  3. Podróże są chyba trochę jak alpinizm czy himalaizm - uzależniają. Ale trudno tak bez nałogów :)

    OdpowiedzUsuń