Odcinek 44: Jak tata został naszym bohaterem...

... czyli Leskowiec na nowo odkryty - 7.09.2013

          Leskowiec odkryłam na nowo.. bo z perspektywy mamy. Nieprzypadkowo wybraliśmy ten szczyt na naszą pierwszą "potrójną" wędrówkę. Zaważyła krótkość czarnego szlaku od Rzyk, który choć stromy od początku do końca, zawiódł nas na górę w około 50 min. Bez przerw. Bez przystanków i w tempie (co uświadomiłam sobie już po zejściu) naprawdę szybkim, jak na wyprawę z Maluchem. Ważnym kryterium była - a jakże - obecność schroniska. Żeby było gdzie dziecku kaszkę mleczną przygotować. Bez tachania termosu oczywiście =).
          Nasza Córeczka trasę pokonała na rękach u Taty. Też bym tak chciała ;-). Zero zmęczenia i jaki komfort! Trochę mniej komfortowo miał M., który jednak wyszedł na szczyt, niosąc Słodki Nadbagaż, niemal bez zadyszki. A to na rękach, a to na ramionach. I został bohaterem swoich dziewczyn=).
     Słodki Nadbagaż, opatrzony dwoma sterczącymi kucykami, wzbudzał powszechną radość wśród mijających nas turystów i był w swoim żywiole, zaczepiając kogo się dało.
         Pogoda wprost wymarzona - nie za gorąco, nie zimno, słonecznie i  z delikatnym wietrzykiem. Ruch na szlaku umiarkowany, acz widoczny. Ludziów w schronisku masa, na szczycie nieco mniej=). Jesień wisiała w powietrzu, ale wciąż jeszcze królowało Lato. Może trochę już zmęczone, przyżółkłe z lekka, ale wciąż jeszcze zwiewne i czarujące magią leśnej gry świateł.
          Dotarło do mnie jak za tym światłem tęskniłam. Za tym lekkim zmęczeniem, sprężystym, równym marszem, odpoczynkiem na szczycie, okropną kawą w schronisku, bólem napinanych podczas schodzenia stromym zboczem mięśni, ciepłym wiatrem, ciszą. Tą szczególną ciszą=).